Loading...

To Øøøøøøøøøøøl...!

Duński rynek piwny jest mocno specyficzny. Brak wyrobienia konsumenckiego wydaje się być odwrotnie proporcjonalny do jakości krajowych produktów. Zdecydowana większość pięciomilionowej ludności woli pić korposiuśki zamiast piw craftowych, które są robione głównie na eksport. Z drugiej strony, piwa Mikkellera, Amagera czy To Øl zaliczane są do absolutnej klasy światowej, a pogawędka z Tobiasem z To Øl unaoczniła mi, że duńscy piwowarzy to nie są ludzie którzy poprzestają na paru udanych warkach z nadzieją, że uda im się utrzymać poziom w przyszłości, tylko stale się doskonalą w swoim fachu. Koronnym dowodem na ten stan rzeczy był panel degustacyjny z piwami To Øl, który miał miejsce w krakowskim multitapie Viva La Pinta wieczorem po uwarzeniu kooperacyjnego kwacha w Zawierciu.

Wpierw, jeszcze w Browarze Na Jurze, mogliśmy się napić trzech piw uwarzonych przez Tobiasa razem z angielskim Buxtonem.

Sky Mountain Sour (alk. 4,9%), to pierwsze piwo w stylu berliner weisse, które mi zasmakowało. Cytrynowa kwaśność nie jest w nim przesadzona, nie wyczułem za to nutek mlecznych. Piwo wygrywa swoim mocno kwiatowym (kwiat bzu), cytrusowym, delikatnie miodowym aromatem oraz subtelnie anyżowym posmakiem. Jest rześkie za sprawą kwaskowości, ale zarazem ma jednak trochę ciała. (6,5/10)

Collaboration Carnage IPA (alk. 7,4%) pachnie jak świeżo otwarta paczka chmielu - feeria nut cytrusowych, ziołowych i trawiastych. W smaku mocno chmielowe, pikantne, z nutką lukrecji. Goryczka jest bardzo mocna, ale i wyraźnie sucha. I jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to właśnie do szorstkości tego piwa, które jest jak na styl niebywale pikantne, a w finiszu bardzo suche. Niemniej jednak, smaczne. (6,5/10)

Collateral Carnage (alk. 9,1%) jest piwem bardziej stonowanym, również pikantnym, ale mniej od Carnage IPA. Aromat jest również mocno świeżo chmielowy, przy czym nutki są bardziej kwiatowe, ze wsparciem akcentów cytrusowych i ziołowych. Bardziej masywna baza słodowa i lekka słodycz zapewniają piwu fajny balans, mimo mocnej goryczki. Świetne. (7,5/10)

W Viva La Pinta Docent narzucił marszrutę począwszy od najwyższego ballingu do najmniejszego. Złamaliśmy tym samym wszelkie konwenanse i zbrejkaliśmy wszystkie piwne rule, przynajmniej do momentu kiedy każdy zacżął brać to, co akurat miał pod ręką. No, przynajmniej piliśmy piwa ze szkła. Jako że nie zdążywszy skosztować wszystkiego musiałem pędem udać się na ostatni autobus do domu, rozpoczęcie degustacji od wyżej ekstraktowych piw nie było swoją drogą złym pomysłem.

Yule Maelk (alk. 15%), imperial stout leżakowany w beczkach po sherry i koniaku. Wow. Mieszanina sporej dawki dębiny z gorzką czekoladą, sherry, marcepanowo-koniakowymi nutami, słodyczą oraz śliwkami i wiśniami w alkoholu. Niesamowicie złożone piwo, w którym obecność piekącego uczucia w gardle od szlachetnych nut alkoholowych wydaje się być oczywistością. (8,5/10)

Goliat Imperial Stout Bourbon Barrel Aged (alk. 10,1%) to kolejne piwo w którym panuje istny natłok suchych nut dębinowych. Czekolada gorzka łączy się z nutami palonymi i marcepanowymi, a także końską dawką tytoniu w eleganckiego RIS-a, wzbogaconego o delikatne wtręty burbonu. Świetne, mocno drewniane piwo. (8/10)

Brown Paper Bag (alk. 8,5%) to dla mnie największa niespodzianka wieczoru, bo nie sądziłem że strong lager może tak rewelacyjnie smakować. Nie jest to oczywiście zwykły strong lager, tylko taki z amerykańskimi chmielami. Nadal nie brzmi do końca ciekawie? Ale za to jak smakuje! Mimo że piwo nie jest lezakowane w drewnie, jakimś trafem wyczułem tutaj sporo nut zarówno waniliowych, jak i drewnianych. Czysty profil lagerowy otwiera przestrzeń do działania dla chmielowej kombinacji cytrusów i ziół, co kulminuje w nutach które kojarzę z różnych cukierków alpejskich. No niemalże gruitowo się tutaj dzieje. Super. (8/10)

Black Ball Ballistics (alk. 8%), czyli świetny mocny porter z To Øla leżakowany dodatkowo w beczkach po sherry i koniaku, zyskał na tym niesamowicie. Drewna jest tu trochę, ale mniej niż w poprzednich wypitych piwach, za to dębinowa wanilia doskonale uzupełnia gorzką czekoladowość portera, a wszystko się łączy w bezbłędną całość z nutami wiśni i innych czerwonych owoców. Gorzka czekolada, wanilia, wiśnie i drewno. Czego chcieć więcej? Gładkości? No, piwo jest bardzo gładkie. (8,5/10)

Black Malts and Body Salts (alk. 9,9%), black IPA z kawą, jest wywarem nieco osobliwym. Piwo jest bardzo mocno nachmielone, za sprawą czego nuty żywiczne dominują gorzką czekoladę i słabsze niż oczekiwane wtręty kawowe. W smaku jest zgodnie z nazwą słonawe, z nutami lukrecji, cierpkawe i pikantne w finiszu. Oryginalna black IPA i świetne piwo. (8/10)

Baltic Frontier (alk. 6,5%), IPA z rokitnikiem i owocami jałowca, jest też osobliwe, ale w gorszy sposób. Średnio pełne piwo ma dość mocną goryczkę, sporo kwasu (! pewnie od rokitnika) i profil aromatyczny, który łączy nuty ziołowo-kwiatowe z bardzo delikatnym miodem. Smaczne, ale nic więcej. (6,5/10)

Ktoś złośliwy mógłby w tym momencie podnieść kwestię niskiego ballingu i mniejszej zawartości alkoholu która w połączeniu z wypitymi wcześniej petardami wagi ciężkiej i superciężkiej mogła zaważyć na słabszej ocenie Baltic Frontier. Otóż nie, a za dowód posłuży mi następne wypite piwo, czyli...

Raid Beer (alk. 5,2%). Pils z dużą dawką nowofalowych chmieli oraz płatkami owsianymi w zasypie. Uzyskano w tym średnio gorzkim piwie czyściutki profil lagerowy, który daje pole do popisu łączącym w sobie nuty kwiatowe oraz ziołowe chmielom. Szczególnie mocno podeszła mi w tym piwie sugestia rumianku. Świetne! (7,5/10)

Powracając do świata kowadeł, następnym piwem było Liquorice Confidence (alk. 14%). Intensywny bukiet wypełniony nutami wanilii, estrów (wiśnie!), gorzkiej czekolady, ponownie wiśni, a w smaku dodatkowo kawy wprost zniewala. Dodajmy do tego aksamitną gładkość na podniebieniu kontrującą grzewcze właściwości alkoholu, nuty pestkowe i lukrecjowe w finiszu, a otrzymujemy piwo bliskie doskonałości. (9/10)

Final Frontier (alk. 9%), imperial IPA z masywną chmielowością, jest zgodnie z oczekiwaniami mocno cytrusowe i ziołowe, miejscami jednak muśnięte landrynką, średnio gorzkie, za to bardzo pikantne w smaku. Bardzo dobre piwo, choć nie wyciśnięto wszystkiego co można było z tego stylu. (7/10)

Shamelessly Barrel Aged (alk. 10%), belgijski strong leżakowany przez cztery miesiące w dębinie, jest piwem słodowo owocowym, w którym belgijskie drożdże poza estrami są również odpowiedzialne za pikantny smak. Dodatkowo słody dały mu nuty pumpernikla, zaś dębina wanilię. Bardzo dobre, wyraźnie słodowe ale niebanalne piwo. (7/10)

I na koniec stout imperialny Long Time No See (alk. 12,8%). Zestawienie piekącego alkoholu z jedwabistą gładkością działa rewelacyjnie, a silna gorzka czekolada w połączeniu z akcentami tytoniu i kawy tworzy świetną głębię. Wzorowy RIS. (8,5/10)

Jestem pod wielkim wrażeniem To Øla. Uchodzę za osobę nadmiernie krytyczną wobec różnych piw, ale w przypadku kreacji Tobiasa, niczego złego nie jestem w stanie powiedzieć. Wręcz przeciwnie, nie pamiętam czy i kiedy tak często wpadałem w zachwyt nad wywarami z jednego browaru. Piwa z To Øl do najtańszych nie należą, ale po tym panelu degustacyjnym doszedłem do przekonania, że można je w zasadzie chyba kupować w ciemno. No bo jak inaczej, skoro na czternaście piw najgorsze było 'zaledwie' dobre?

recenzje 8499368254801065662

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)