Loading...

Majorka – wiatraki, plaże i trzy browary


Interior Majorki jest stosunkowo płaski, przynajmniej w odniesieniu do majestatycznych gór Serra de Tramuntana na północy. Zwraca uwagę duża liczba gajów oliwnych oraz małych kamiennych miasteczek, spośród których każde wydaje się być warte zwiedzenia, tyle że trzeba by tutaj przyjechać na jakieś trzy miesiące, żeby tego dokonać. Osobliwością krajobrazu są kamienne wiatraki. Wszyscy zapewne kojarzą legendę o Don Kichote, walczącym z wiatrakami. Ponieważ jeszcze do niedawna pod nazwą wiatrak czy też młyn rozumiałem ogromną, stożkową budowlę z rozłożystym wiatrakiem, o podstawie, której średnica nierzadko przekracza dziesięć metrów (takie stare młyny dominują w krajobrazie Holandii i Nadrenii), historia hiszpańskiego błędnego rycerza wydawała mi się zupełnie absurdalna. Po tym, jak zobaczyłem wiele hiszpańskich wiatraków na Majorce, nabrała ona nieco sensu. Otóż wiatraki mają tutaj inną budowę. Korpus nie ma kształtu stożka, lecz walca zwieńczonego małym stożkowym daszkiem, wiatraki mają podstawę góra kilku metrów, no i są dużo niższe, drobniejsze niż te północnoeuropejskie. Za sprawą swojego kształtu wyglądają trochę jak kamienne rolki do papieru toaletowego. A może nie wyglądają, jeno mnie się tak kojarzyły. Whateva.


Pod jednym z nich, umiejscowionym u wlotu do miejscowości Sineu, w restauracji Moli d’en Pau, zjedliśmy bardzo dobre żarło, przy czym moim kulinarnym wymaganiom sprostała aromatyczna polędwiczka wieprzowa po majorkańsku, soczysta, rewelacyjna. Kamienne patio restauracji wpisuje się w architekturę miasteczka, które jest właściwie w całości z kamienia. No i trzeba w tym miejscu podkreślić, że ta restauracja z tym zabytkowym młynem jest właściwie najlepszym, co Sineu ma do zaoferowania.



Umiejscowione niemalże dokładnie pośrodku wyspy Sineu o mało co nie zostało miejscowością naszego pobytu. Ależ bym sobie pluł w brodę. Nie to, że jest brzydkie. Przeciwnie, jeśli na przykład tak wyglądałyby Kielce, to bym pewnie tam co jakiś czas jeździł. No ale tak nie wyglądają, więc nie jeżdżę. Sęk w tym, że kamienne (a jakże) Sineu wypada blado w zestawieniu z Pollençą, a także wieloma innymi miasteczkami na Majorce. Nawet kościół ogołocony z ornamentów (zostały mu jedynie witraże) robi od wewnątrz biedne wrażenie; od zewnętrznej strony jest trochę lepiej. Swoje do całokształtu dokłada senna atmosfera, jaka panuje w mieścinie, bo można sobie spacerować wąskimi dróżkami okolonymi starym piaskowym budownictwem częściowo nieco przyróżowionym w górę i w dół (Sineu jest ulokowane na wzniesieniu) i mało kogo po drodze spotkać. Ale jedzenie mają świetne, co jednak też nie jest elementem wyróżniającym. Mątwa z grilla z domowym pesto w Cafeteria Croissanteria Sineu była palce lizać, moją uwagę przykuł jednak mieszczący się przy jednym z dwóch głównych placyków browar.


Cerveseria Mon
to typowy mikrobrowar, którego wyszynk jest jedynie dodatkiem do działalności; w związku z tym w godzinach wieczornych ma otwarte zaledwie dwa razy w ciągu tygodnia. Jako że naprzeciwko mieści się całkiem nieźle wyposażony plac zabaw, połączyliśmy przyjemne z pożytecznym i nawiedziliśmy Sineu ponownie w sobotę.


Jak na wyszynk okazyjny, wnętrze pozaprodukcyjne browaru Mon jest całkiem obszerne; w zgodzie z okazjonalnością jest jednak słabo wyposażone. Trzy stoliki na krzyż, piłkarzyki, jakiś regał i tyle. Leciwa barmanka polała mi każdego z dostępnych piw, żebym mógł stwierdzić, czy warto się tutaj dla piwa udać.

Otóż nie warto.



Mon Torrada
– lekko słodowe, lekko drożdżowe piwo, śladowo tostowe, efemeryczna kwiatowość oddrożdżowa, lekki kwasek. Mało charakterystyczne piwo typu ajntopf – nie było czyste i miałem wrażenie, że piwowar stwierdził, że zrobi coś na chybił trafił. Przy czym jest całkiem rześkie i dobrze wchodzi. (6/10)
Mon Rossa – w rzeczywistości bardziej blond niż rossa, ponadto mało apetyczne połączenie słodu i siarki ze śladową mineralną (sic!) chlebowością w finiszu. Sporo nut stęchłego zboża. Niedobre. (3,5/10)
Mon IPA – aromat niczym sztuczny perfumowy cytrus ciastowy (może chmiel Lemondrop?). Ciało konkretne, trochę estrów, tosty, konkretne ciało, no i fest goryczka. Aromat nikły i sztucznawy, ale plus za goryczkę. Rezultat jest średni. (5/10)
Mon Negra – estrowy overkill. Ciut paloności i orzechów, poza tym smakuje sokiem z jeżyn i ciemnych winogron. Wyraźnie kwaskowe z posmakiem churchelli, czyli gruzińskiego słodyczu robionego z orzechów i moszczu gronowego. Po polsku nazwa tego czegoś powinna brzmieć „Bimbrowe Ciemne”. Fuj. (2,5/10)


Sineu można sobie więc moim zdaniem w całości odpuścić, nie znaczy to jednak, że wycieczka do majorkańskiego interioru nie ma sensu. Otóż niedaleko Sineu, niecałe dziesięć kilometrów na zachód, w małej wiosce Cas Canar mieści się jeden z najciekawszych majorkańskich browarów. Wysoki kamienny budynek na łuku drogi prowadzącej na północ jest siedzibą browaru o nazwie Toutatis, swojsko brzmiącej dla czytelników przygód Asteriksa i Obeliksa. Klimat miejsca jest absolutnie przedni, wygląda to bowiem tak, jakby stare domostwo zostało opanowane przez hipisów (spokojnie, ci tutaj nie słuchają Dżemu), którzy postanowili powarzyć cosik na modłę belgijską, ale i amerykańską.


Wewnątrz panuje zaduch raz rozgardiasz, będący skutkiem porozstawianych kegów i kartonów, choć trzeba przyznać, że trzy tanki i warzelnia za witryną prezentują się godnie. Poza tym w środku jedynie zamawia się piwo u sympatycznej barmanki, siedzieć można tylko poza budynkiem. Na zewnątrz jest, cóż, też rozgardiasz. Browar dysponuje sporych rozmiarów kaskadowym ogródkiem, w którym są w losowych miejscach porozstawiane stoliki. Co chwila przyjeżdża samochód z kolejnymi klientami, w większości młodymi wiekiem i w dobrych nastrojach. Turystów tutaj nie zaznaliśmy, ale młodzież z okolicznych wiosek i miejscowości widocznie upodobała sobie to miejsce. Panuje klimat rozproszonej imprezy. Brzdęk szklanek w uszach, zapach marihuanen w nozdrzach i można się oddać degustacji w tym totalnie luzackim miejscu, łączącym wiejską przaśność z młodocianą żywiołowością.



Toutatis Blonde
– soczyste morele, gruszki, nalewka brzoskwiniowa. Kwaskowe, ciut winne, z ciasteczkowo-słodowym posmakiem. Fenole w tle. Wyśmienity belgijski blond. (7,5/10)
Toutatis Blanche – kwaskowe, fenolowe i cytrynkowe piwo z cierpkawą, cytrusową goryczką. Ok. (6/10)
Toutatis IPA – kwiatowa, ciasteczkowa, ciut fenolowa. Świeża, z posmakiem chleba i drożdży oraz lekko podbitą, grejpfrutową goryczką. Świeżutka, bardzo smaczna belgian IPA. (7/10)
Toutatis La Fruittee – wodniste, ciut słodowe piwo z nutami malinowymi i lekkimi brettami. Mało pasjonujące mimo dzikich nut. (4,5/10)
Toutatis Hoppy Pils – kwaskowe, cienkie i cierpkie piwo, z nutami owocowymi, winnymi, estrowymi, bimbrowymi. Ani hoppy ani pils. Może w tym problem, że bezglutenowe. Tak czy owak, do niczego. (3,5/10)
Toutatis Small NEIPA – Mocno przecierowo-owocowy zapach z mango, grejpfrutem i brzoskwinią. W smaku jednak za mało soczyste; goryczka podkreślona, ale ciut sucha. Mimo wszystko smaczne. (6,5/10)
Toutatis Belgian Dark Strong Ale – piękny zapach quada – śliwki, figi, karmel, daktyle, delikatny marcepan, sporo przejrzałego banana, w smaku dodatkowo fenole, słodycz mocno dojrzałej śliwki węgierki, w finiszu ciasteczka, fenole, karmel i banan. Świetne, kompleksowe i rozgrzewające piwo. (7,5/10)


Galijsko-belgijskie, wyluzowane miejsce z klimatem rozproszonej imprezy centralnie na wsi oraz częściowo bardzo smacznymi piwami – jeśli to kogoś nie zawiedzie do centralnej części wyspy, to już nic go tam nie zawiedzie.

W tym miejscu robimy nawrót i jedziemy w kierunku wschodniego wybrzeża Majorki. Puerto de Pollença opisałem już w poprzednim wpisie, tym razem uderzamy więc prosto do Alcudii, sporego jak na majorkańskie warunki miasta rozlokowanego u początku półwyspu okalającego Zatokę Pollençy od strony południowej.




Faktycznie jest to miasto warte zwiedzenia i zgodnie ze słowami irlandzkiego właściciela knajpy w Pollençie, szczególnie mocno odczuło nieubłagany młot lockdownu na swoim grzbiecie. W zasadzie ma wszystko, czego potrzebuje miejski magnes turystyczny – świetnie zachowane mury miejskie, okalające całkiem sporą starówkę na planie prostokąta, urokliwe kamienne deptaki wewnątrz fortyfikacji, kwiaty zdobiące liczne zaułki, a nawet girlandy powieszone nad głównymi traktami, które dają upragniony w takim klimacie cień bez zasłaniania nieboskłonu.

Nie ma tylko jednego.

Ludzi.

W normalnych czasach Alcudia kipiałaby zapewne zwiedzającymi, no ale wskutek destrukcyjnej działalności polityków jest na odwrót. Alcudia robi wrażenie pokrewne każdego czeskiego miasta (poza Pragą i ewentualnie Brna) w niedzielę. Jest pusto i aż się człowiek zaczyna zastanawiać, gdzie się podziali jego mieszkańcy.



Opuszczamy Alcudię i udajemy się wzdłuż wybrzeża w kierunku południowo-wschodnim, podczas gdy cykady drą się tak niemożebnie, że w samochodzie słychać je bardziej niż silnik audicy, i to przy zamkniętych oknach.



Wbijamy na jedną z fajniejszych plaż na wyspie, czyli Playa del Muro. Plaża jest długa, ale za to dość wąska i na tym kończą się w zasadzie jej wady. Topless + stringi + niesamowity lazur wody widoczny nawet kiedy słońce chowa się za chmurami = bardzo estetyczne otoczenie. Plaża jest bardzo popularna, ergo lekko zatłoczona, co mi jednak z uwagi na wspomniane, wyeksponowane estetyczne zalety Hiszpanek absolutnie nie przeszkadza. Przyswajam sobie zawartość kilku puszek Mahou Session IPA, w trakcie kiedy jedna z kobiet o urodzie instagramowej modelki urządza sobie na molo sesję zdjęciową. Wszystko trwa bite 40 minut. Chyba się przestanę śmiać z „influencerek” – to musi być jednak mocno wyczerpujące zajęcie, przeciętny człowiek umarłby z nudów.


Idziemy do restauracji obok plaży na burgera z wołowiną wagyu (dobry był, ale bez przesady) i udajemy się dalej na wschód.


Im bliżej Capdepera, najbardziej na wschód wysuniętemu punktowi Majorki, tym bardziej krajobraz jałowieje. Żeby była jasność – nigdzie na wyspie nie jest pustynnie, a doliny są praktycznie wszędzie zielone, jednak góry w tle stają się bardziej gołe, z nieco mniejszą ilością zieleni, która to zieleń na dodatek jest mniej soczysta niż na północy, bardziej wyblakła od słońca. Natężenie niemieckich turystów zwiększa się i wraz z nim również liczba osób, które noszą maski, nawet prowadząc samochód samemu. Wjeżdżamy na górujący nad miejscowością Arta, świetnie zachowany zamek Almudaina d’Arta, zderzając się ponownie z pustkami w sensie ludzkim. Dla zwiedzającego to zaleta, ale dla miejscowych zapewne dramat.



W drodze do Capdepera robimy ponowny skok na plażę, tym razem Cala Agulla, gdzie podoba nam się tak bardzo, że udajemy się w to miejsce dwukrotnie w trakcie naszego pobytu. Dość długa, ale przede wszystkim bardzo szeroka plaża z drobniutkim piaskiem, lazurową wodą i bardzo długim, łagodnym wejściem do morza, w sam raz dla rodziny z dziećmi. Widoki na samej plaży ponownie bardzo powabne, zresztą Hiszpanię od reszty Europy zachodniej odróżnia między innymi uroda kobiet na poziomie Europy wschodniej, a więc poziom maksymalnie wyśrubowany.



Capdepera
to najdalej na wschód wysunięte miasto Majorki. Warto podjechać na krańcowy punkt tego miasta, czyli półwysep o tej samej nazwie, na którego końcu mieści się biała latarnia morska. W tym miejscu wzburzone fale Morza Śródziemnego wbijają się w klify piętrzące się na klinie cyplu, lekki wiatr daje ochłodę przed słońcem, zaś nozdrza cieszą się zapachami rozgrzanych ziół oraz iglaków. Próbowałem się do tego cieszyć agrentyńskim Quilmesem, lesz połączenie miodowego utlenienia, estrowych motywów i braku goryczki doprowadziły mnie tylko do paraoptymistycznego wniosku, że piłem już gorsze (3/10).



Lepsze z kolei piłem w browarze mieszczącym się w Capdepera, który zwiedziliśmy zaraz po zejściu z plaży. SA CerVIseria mieści się w mało charakterystycznym budynku poza główną, turystyczną częścią miasteczka. Omal skandynawski minimalizm, jaki panuje w jego wnętrzu, jest sparowany z omal skandynawskim chłodem zapewnianym przez klimatyzatory, co jednak akurat dobrze balansuje lipcowy skwar. Białe miejsce, w którym za ozdoby robią poszycia poduszek z worków na słód, dysponuje kilkoma stolikami na krzyż oraz sześcioma kranami, z których leją własne wyroby. Muzyka odpowiednia do miejsca, czyli mieszanina lat 60-ych, U2 oraz new wave z lat 80-ych, a do tego sympatyczny barman. Tylko monitor trochę razi, na którym bez przerwy podawane są kolejne statystyki zakażeń na dobrze-wiecie-co. Pomijając ten monitor, jest to jednak świetne, mocno chill-outowe miejsce.



Szczególnie że i pod względem piwnym jest warte odwiedzenia.

Mallorca Tropical – marakujowy semi sour z lekko podbitym ciałkiem. Soczysty i przyjemnie rześki. Bardzo smaczny. (7/10)
Sa De Sempre – Golden Ale podany stylowo nieco cieplej niż sour powyżej. Ciasteczka, chuchnięcie kwiatowego chmielu, dyskretny urok siarki, lekka słodycz resztkowa. Sesyjne, smaczne piwo. (6,5/10)
S’Amargueta – strong bitter ze stosunkowo konkretnym ciałem, korzenno-żywicznymi chmielami, wodą kolońską, aromatem mydła Fa i porządnie podkreśloną goryczką. Pomijając specyficzną perfumowość, jest dobre. (6,5/10)
Sa Bona – świeżutka, cudowna (!) IPA. Kwiaty, białe cytrusy (grejpfrut), trochę pomarańczy, melon, odległe tchnienie ananasa. Mocna, oldskulowa, ziemista, „angielska” goryczka, która jest miękka, ale nie cierpka i chropowata. Ponoć jest to zasługa bardzo miękkiej wody, jak mi wyjaśnił barman. Tym samym jest to najlepsze majorkańskie piwo, jakie piłem. (8/10)
7 Nits – sweet stout o aromacie bombonierkowej czekolady, kawy z mlekiem i delikatnych nutek palonych. Słodkawy z goryczkową kontrą, bardzo dobry. (7/10)
Sa De Fusta Whisky Oak Aged – Przez słodką bazę złożoną głównie z karmelu i suszonych owoców przebija kokosowa dębina, która jednak jest jak na mój gust zbyt mocno zdominowana przez kiszonego ogóra. Tym samym wyszło rozczarowanie. (4,5/10)



Nie jest to typowo nowofalowy browar, ale jako że po pierwsze piwa są częściowo na bardzo wysokim poziomie, po drugie jest to bardzo fajne miejsce, zaś po trzecie i tak jest to jedyny browar we wschodniej części wyspy, to ominięcie go podczas wojaży po Majorce byłoby dużym błędem.

Tak samym, jak ominięcie Palmy, ale o niej napiszę następnym razem.

Następna część relacji:
Palma de Mallorca, przestępcy i browar za górami

Poprzednia część relacji:
Majorka – Mare Nostrum, pejzaże i punkowy browar

slider 58639885701683585

Prześlij komentarz

  1. Super relacja! (Najfajniejsza jest ta piwowarka na niektórych zdjęciach! :-) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Piwowarka" wprawdzie nie potrafi piwa warzyć, ale za to warzy mi bardzo smaczne rameny ;)

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)