U Kocoura w Varnsdorfie
https://thebeervault.blogspot.com/2014/10/u-kocoura-w-varnsdorfie.html
Do czeskiego Kocoura (nie drewnego rzecz jasna, a piwnego) od dawna czuję sentyment. To ten browar w zasadzie wprowadził nową falę w piwowarstwie na teren Czech, po tym jak jego już były piwowar Honza Kočka (obecnie Nomad) po rozmowie ze śp. Michaelem Jacksonem zdecydował się na założenie własnego browaru i wykoncypował wspólnie z Japońcem Toshi Ishii recepturę do piwa które miało dostać nazwę IPA Samurai. I to Samurai był dla czeskiego piwowarstwa tym czym dla polskiego był Atak Chmielu. Pierwsza komercyjnie dostępna IPA (dobra, u nas wcześniej była jeszcze Soma, ale to dawno temu i nieprawda) z pierwszego browaru nowofalowego. Kamień milowy, tak to trzeba nazwać.
Było to pierwsze piwo z Varnsdorfu jakie piłem, jedno z pierwszych piw typu IPA i powaliło mnie na kolana. Zawsze potem chętnie próbowałem piw kocourowskich, mimo że zdarzały się między innymi również niewypały pokroju jasnej i ciemnej dwunastki, czy też Haka NZ Lager. Od jakiegoś czasu nie mogę piw z nuklearnym kocurem na etykiecie znaleźć w Polsce, ucieszyłem się więc jak dziecko kiedy nadarzyła się okazja do przenocowania w browarze. Spakowałem manatki i ruszyłem w drogę.
Po przejechaniu miejscami nieco upiornych miasteczek wschodniej Saksonii, czasami niemalże do połowy wyludnionych, ze straszącymi pustką ładnymi, ale popadającymi w ruinę domami, wjechałem na teren krainy zwanej Saską Szwajcarią (trochę na wyrost) i po przejechaniu 700 metrów po przekroczeniu granicy wjechałem na teren browaru. Ludzi zaznajomionych z postapokaliptycznym wzornictwem etykiet Kocoura wygląd browaru w Varnsdorfie może mocno zaskoczyć. Położony jest na samym skraju miejscowości, około 50 metrów od granicy niemieckiej, przy torach kolejowych. Po przekroczeniu żeliwnej bramy z napisem „Pivovar Kocour” ma się przed sobą sporych rozmiarów budynek nad którym góruje stylowy, ceglany komin. Za plecami pasą się krowy i owce, a z boku krząta się paru chłopów w liberii browaru, przenoszących gnój i wsypujących do koryta paszę dla licznych pawi, indyków, a nawet czarnych łabędzi. Kontrast jest niezły jak się obserwuje takiego jegomościa z falloutowym „K” na ubraniu roboczym przy wykonywaniu tego typu czynności. Bo jest browar Kocour browarem nowofalowym, ale również gospodarstwem wiejskim. Za budynkiem browaru mieści się staw i długie namioty, z pewnością rozstawione na okazję AleFestivale, który miał się odbyć tydzień po mojej wizycie. Zaraz przy browarze przechodzą tory kolejowe, a na bocznicy od niedawna stoi wagon-kuszetka, w którym można przenocować.
Od środka browar to nic specjalnego. Wystrój można sprowadzić do słowa: brak. Pomijając mercz na ścianach, nie ma tutaj żadnych bibelotów, meble są proste, a sklepienia wysokie. Kolory ceglasto drewniane, wzdłuż sufitu biegnie gruba rura znikająca za kątem; w rogu, w niemalże półciemni umieszczona jest warzelnia, i tylko w bocznej salce można podziwiać humorystycznie nastrajające dyplomy jakie browar dostał, między innymi za Catfisha Sumečka od Czeskiej Izby Rolnej. Toalety czyste, choć śmierdzą tanim mydłem, no i światło jest na fotokomórkę, więc się trzeba w trakcie załatwiania swojego biznesu bezustannie gibać, żeby nie znaleźć się wnet w ciemnościach jak u Cygana pod piecem. Kolorytu dodawała czereda lokalsów, zarówno z czeskiej jak i niemieckiej strony granicy, wśród których wyróżniał się jakiś Niemiec, który po pijaku klarował swojemu chyba znudzonemu towarzyszowi przez kilka godzin, jakie to kobiety nie są dziwne oraz pewien Czech, który z regularnością szwajcarskiego zegarka wypuszczał ze swoich wnętrzy soczyste beki (pewnie to wpływ kultur Dalekiego Wschodu), od których wibrował mi mózg mimo zagrania prawie setki koncertów metalowych, a tynk z sufitu leciał na bar i kadzie zacierno-warzelne. PS to prawda.
Jak to w czeskim lokalu, wolno niestety palić wewnątrz, ale połączenie dużych przestrzeni, wysokiego sklepienia i niesamowicie intensywnego zapachu brzeczki (w trakcie mojej wizyty trwało zacieranie) niweluje ten minus praktycznie do zera i fajek nie czuć.
Ludzi było sporo jak na lokal położony na odludziu w środowy wieczór. Co ciekawe, siedziałem około trzech godzin przy barze i zauważyłem, że lokalsi doceniają różnorodność oferty Kocoura. Najpopularniejszymi piwami wcale nie były jasna i ciemna dwunastka, a Stout, Catfish Sumeček oraz Weizen, mniej więcej w tej kolejności. Lokalny browar edukuje lokalsów.
Zabawną trzódkę stanowiła obsługa browaru. Tak więc po kolei. Najbardziej sensownym człowiekiem był koleś który wyglądał jak Arab. Z pozoru myślami nieobecny, a jednak uczynny. Jakaś młoda dziewczyna latała między stolikami i udawała że mnie nie rozumie ani po polsku ani po niemiecku ani angielsku, a jak zamówiłem APA, akcentując specjalnie dla niej AMERIKAN PEJL EJL, to mi przyniosła Weizena. Całością zarządzała mała, ruda Czeszka, która miała tak fatalną wadę wymowy, że ni w ząb jej nie rozumiałem jak mówiła po czesku, a po niemiecku i angielsku nie mówiła wcale. Za barem stał całkiem uczynny barman z potężnym zezem, który mi przypominał jak żyw pewnego policmajstra, który wydzierał się na mnie na komendzie w czasach licealnych, kiedy po pijaku oblałem mur vis a vis komendy. Wrzeszczał i wrzeszczał, patrząc się na mnie jednym okiem, a drugie mając wlepione w sufit. Ten czeski barman przynajmniej nie wrzeszczał, tylko się pytał czy jeszcze coś podać. No pewnie, lej pan śmiało. Aha, piwowar to kuc, zupełnie tak jak ja. Czyli ogólnie rzecz ujmując, czułem się jak w jakimś zakładzie pracy chronionej.
W ogóle biznes jest prowadzony w nieco dziwny sposób. Wspomniana Czeszka z wadą wymowy próbowała mi przez parę minut coś klarować na temat noclegu który zamówiłem, pokazując przy tym na kominek wewnątrz sali, nota bene pasujący do wnętrza lokalu jak pięść do oka. Ponieważ niczego nie zrozumiałem, pobiegła do tego kelnera-„Araba” i po chwili rozradowana wróciła, artykułując po niemiecku dwa słowa – fojer niśt, co zrozumiałem mimo że gadała jakby miała w ustach pół talerza hałusek. Aha, czyli będę miał zimno w wagonie.






Potem można było trzaskać powtórki. Niestety muszę potwierdzić wieści o zniżkowej formie IPA Samuraia, piwo jest mało intensywne, trochę brzeczkowe i trochę sosnowe, ale nie jest to bomba chmielowa jaką mam w pamięci. Kubik dużo bardziej smaczny, ale też mocno stracił na intensywności w porównaniu do niegdysiejszej, świetnej formy.

Piło się przyjemnie i tanio – za gulasz i osiem małych piw zapłaciłem równowartość 13 euro, a taki np. Kubik kosztował w przeliczeniu 3,50zł za 300ml.

No i mimo dyletanckiego podejścia do przenocowania gości, wybrałbym się jeszcze kiedyś w to miejsce. Może z okazji AleFestivale w następnym roku?
a jak ceny i wybór butelkowych ? Planuję sie wybrać do Kocour'a ale nie wiem jak wlasnie z cenami i wyborem butelek.... Kiedyś tokajskie piłem (juz nie pamiętam gdzie) i od ok 3lat nie mogę go znaleźć, a chętnie bym przyjął
OdpowiedzUsuńTak jak pisałęm, poza tymi na kranach jeszcze tylko Saison i K31. To ostatnie około 30zł, Quarterback szklana butelka 0,75 ok. 18zł, reszta dużo tańsza, mniej więcej tyle ile na kranach, kliknij sobie zdjęcie. Tokajskiego niestety nie mieli.
Usuń