Loading...

Poland can (not?) into Belgium

Zachodzę w głowę czemu niektóre polskie browary ‘regionalne’ uparły się że w celu urozmaicenia portfolio będą warzyć piwa belgijskie. Nie jest to takie banalne jak dosypanie wywrotki chmielu do kadzi i umieszczenie napisu ‘IPA’ albo ‘APA’ na etykiecie. Ja wiem, że szczególnie wśród starszych (i świadomych) piwoszy słowo ‘Belgia’ budzi respekt, ale właśnie – w angielskim jest takie słówko, mianowicie ‘awe’, nie mające przekładu na polski a wyrażające połączenie bojaźni i szacunku. I to właśnie słówko powinno zagościć w umysłach tych piwowarów ‘regionalnych’ którzy, mając przemysłowe doświadczenie tylko z jasnymi i ciemnymi lagerami chcą się szarpnąć na coś belgijskiego. Pół biedy jesli to jest witbier, przyprawami niejedną wadę można zamaskować, ale dubbel czy tripel, a nawet poprawnie wykonany belgijski pale ale to już wyższa szkoła jazdy. Trzeba przede wszystkim okiełznać pracę drożdży, co nawet doświadczonym nowofalowcom z AleBrowaru przyszło z trudem.

No i często wychodzi jak wychodzi. Ciechanowski Belg to w wersji udanej fajny angielski bitter, a w nieudanej maślana bomba, jabłonowski Blond to nie jest piwo które chciałbym powtórzyć, a komesowe dubbel i tripel to niepijalne horrenda.

I właśnie browar Fortuna, w którym powstają Komesy, zdecydował się pójść za ciosem i stworzyć quadrupla, żeby mieć taki belgijski tercet. Komes Poczwórny Bursztynowy (alk. 10%) trochę u mnie przeleżakował, bo spodziewałem się po poprzednich belgijskich Komesach rozklekotanej bomby alkoholowej, no i nie wiem czy to coś dało. W każdym razie, jeśli po paru miesiącach piwo jest bardziej zbalansowane, to w wersji świeżej powinno być całkiem użyteczne np. do odkażania ran. Aromat jest mocno mydlany z nutami chmielu, słodyczą pomiędzy karmelem a brązowym cukrem, no i mnóstwem alkoholu. A mimo to po pierwszym łyku, wyginając usta w pogardzie i obrzydzeniu, skonstatowałem, że w aromacie ten alkohol, a raczej rozpuszczalnik był całkiem nieźle ukryty. Wytrawność (wytrawny quadrupel, haha), landryna, w finiszu anyż. Nader wszystko jednak alkohol, zmywacz do paznokci, rozpuszczalnik. Czekam na promocje belgijskich Komesów w Castoramie, bowiem tam jest ich miejsce, w dziale z klejami. Nie mam pojęcia jak producent najlepszego polskiego portera bałtyckiego, piwa rewelacyjnego, może wypuszczać na rynek takie paskudztwa. Ale ludzie najwidoczniej kupują. I to jest jeszcze bardziej dziwne. (1,5/10)

Pełen obaw byłem wobec Corneliusa Triple Blond (alk. 8%). Nie dość że chodziły słuchy o alkoholowości tego piwa, to w dodatku browar poza smacznymi pszenicznymi radlerami moim zdaniem niczego pijalnego nie produkuje. A tu taki ambitny styl. Postarano się o bardzo ładną oprawę graficzną, dosypano do kadzi chmielu Cascade i... uwarzono bardzo smaczne piwo. Aż się sam swoim słowom dziwię. Owocki, owocki, owocki. Banan, brzoskwinia, guma balonowa. Pełno estrów owocowych. Łamiące, ostre, quasi goździkowe fenole. Jest też niestety trochę alkoholu, ale inaczej niż w przypadku quadrupla z Fortuny, w smaku jest go wyraźnie mniej, nie licząc grzejącego gardło finiszu. Co ciekawe, piwo jest dość pełne jak na tripla i być może dlatego mi tak odpowiada – triplowa wytrawność jest bowiem tym co mi w tym stylu nie do końca pasuje. Trzon smaku stanowią owoce, wspomagane lekką słodyczą, dla której przeciwwagę stanowi przyprawowy, lekko pieprzny i lekko gorzki finisz. Poza alkoholem w aromacie absolutnie wszystko gra. Wielka niespodzianka. Szkoda tylko, że – jeśli wierzyć doniesieniom – obecne warki są dużo gorsze. (7/10)

Na całość poszli macherzy z browaru (póki co) kontraktowego Gzub. Najwidoczniej uznali że w polskich browarach belgi warzyć hadko, stąd upichcili Piknik z Dzikiem (alk. 6,1%) w belgijskim Brasserie de Bastogne. Ma to ten minus, że jest to obecnie chyba najdroższe polskie piwo w obiegu, nie licząc jednorazowych delicji pokroju Artezana Chateau czy Ciechana Portera Grudniowego. Musiałem za nie dać ponad dyszkę, dostając przy tym niezłej zadyszki. Mamy tutaj do czynienia chyba z american saisonem, wszak są nowofalowe lupuliny, obok skórki słodkiej pomarańczy i drożdży belgijskich. Te ostatnie odwalają, jak w prawdziwym belgu, główną robotę, dając mu agresywne, nieco dzikie, mocno stajenne nutki. Dobrze to się łączy z pomarańczą i wtrętami przyprawowymi z rejonu cynamonu. W smaku jest wbrew moim przypuszczeniom raczej łagodnie, choć chmielu na goryczkę nie pożałowano. Piwo jest wytrawne, ale i gładkie, choć trochę przeszkadza zbyt wysokie nasycenie. Wyszło jednak całkiem smacznie i wiejsko. Tylko cena jakby mało wiejska. (6,5/10)

Na belgijskiego blonda porwali się również chłopcy z inicjatywy kontraktowej Faktoria. Przy okazji dosypując ponoć pokaźne ilości curacao i kolendry. Tak na wszelki wypadek gdyby jakieś wady miały wyjść na wierzch, czy może było to pomyślane pod recepturę? Nie jest to istotne. Co jest istotne, to że jest to drugie z kolei piwo z Faktorii nie odwołujące się do dzikiego zachodu, drugie które na etykiecie ma wytłuszczone dodatkowe składniki i drugie w którym tych składników w zasadzie nie czuć. Madame Blond (alk. 6,4%) pachnie jak mało wyszukany, belgijski blond, czyli z jednej strony słodowo, a z drugiej ekskrementami belgijskich drożdży, co się tutaj sprowadza do nut gumy juicy fruit i pikantności. Jeszcze stajnię o dziwo poczułem, no, może z dużym przymrużeniem oka zawstydzone curacao gdzieś w tle mignęło, kolendry zaś niet. Jednak smak nadrabia braki w aromacie, jest bowiem kwaskowo-rześki, a mimo to uczucie w ustach jest miękkie. Drożdżowa owocowość nadaje tutaj ton, a finisz jest lekko pikantny i łodygowo-cierpkawy. Z rodzimych pozycji chyba najbliżej jest Madame Blond do Deep Love, od którego jest zdecydowanie mniej gorzkie a zarazem bardziej przystępne. Z chęcią wypiłbym go więcej. (7/10)

Z tymi polskimi Belgami bywa więc raz źle, raz tragicznie, raz smacznie, a nawet bardzo smacznie. Ponieważ jednak sporo ludzi narzeka zarówno na corneliusowego tripla, jak i na Madame Blond (ponoć niektóre partie są nie do końca smakowite), wydaje się, że polskie piwowarstwo do belgijskich styli jeszcze nie do końca dorosło. Czy może się mylę?

recenzje 3536402724931473266

Publikowanie komentarza

  1. Polskie piwowarstwo do belgijskich styli nie dorośnie przez długiiiiii czas.... Nowofalowe chmiele pozabijały by te piwa totalnie. A to co AleBrowar nazwał cherry sour ale to nawet na miano porażki nie zasługuje. Nie ta technologia (wszystko źle tam jest)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem, mi John Cherry bardzo smakował, tyle że ani przez chwilę nie traktowałem go jako piwo belgijskie, bo i nie ma w nim niczego belgijskiego. Jeśli miał być belgijski (a nie wiem czy miał) to faktycznie nie wyszedł zgodnie z założeniami, ale jest według mnie bardzo smaczny.

      Usuń
  2. John Cherry jest fajnie pijalnym produktem piwopochodnym. Niestety słyszałem sugestie (mam nadzieję, że nie pochodzące z AB), że jest to wariacja na temat Lambica czy Krieka. W tym wypadku byłoby to duże nadużycie! Bo ani spontanicznej fermentacji, ani brettów w tym piwie nie uświadczysz.
    Za to wrócił Jasny Dynks w świetnej formie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, Szałpiw ma chyba największy potencjał pod tym względem. Ciekaw byłbym Ciemnego Dynksa, może się mimo wszystko zdecydują na powtórkę.

      Usuń
  3. Zapomniałem dopisać. Ktoś w końcu napisał prawdę o Komesach. A już myślałem, żem jakiś nienormalny....

    OdpowiedzUsuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)