Loading...

Piątkowy pub crawl, czyli nie tylko polskie piwa mają wady

Nie tak dawno podszedł do mnie czytelnik i zapytał, czy nie jest przypadkiem tak, że wobec polskich piw jestem bardziej surowy niż wobec zagranicznych. Wytłumaczyłem mu że bynajmniej, jak ktoś ma bęcki dostać to je dostanie, kraj pochodzenia nie ma żadnego znaczenia. Pomyślałem sobie jednak, że wśród piw zagranicznych rzadziej trafiam na wadliwe, choć to akurat może być wynikiem odpowiedniej selekcji wypijanego materiału. Pomyślałem dalej, że jednak fajnie by było zyskać taką świadomość, że zagraniczne piwa też bywają wadliwe, nawet te z wyższej półki. Myśl ta przypomniała mi się kiedy wczoraj szwędałem się po katowickich knajpach z ciekawym piwem.

Ale po kolei. W Kontynuacji zamówiłem podpiętą właśnie, świeżutką Sheldonadę z browaru Podgórz, chmieloną australijskim Galaxy. No i to było to. Aromat cytrusów, marakuji i innych tropików, smak cytrusów, marakuji i innych tropików, a w posmaku nutki chlebowe. Pełno chmielu w aromacie i smaku, goryczka umiarkowana. Zwiewnie lekkie, niesamowicie pijalne piwo, zniknęło w oka mgnieniu. Przy takim wywarze mógłbym spędzić resztę wieczoru. (8/10)

Trzeba było jednak próbować nowości, skoro już miałem ku temu okazję. W Rock’N’Rye z Piwnego Podziemia dwuacetyl łączy się z odchmielowymi owocami, dając efekt jogurtu brzoskwiniowego. Kiedyś taki myk nawet lubiłem, ale mi z grubsza przeszło. Trochę szkoda, bo receptura jest fajna. Żytnia pełnia balansuje goryczkę, a żytnia pikantność tworzy przeciwwagę dla owocowych smaków chmieli. Wykonanie siadło niestety, ale może być. (6/10)

Następna była artezanowa Mera IPA, ale już ją opisałem i nie będę się powtarzał. W każdym razie fakt powtórzenia przeze mnie tego piwa wystarczająco o nim świadczy.

Potem przenieśliśmy się do Absurdalnej, gdzie za stosunkowo niewielkie pieniądze można popić zagramanicznie. Winter In Bangalore z duńskiego Amagera zostało nalane wraz z towarzyszącą temu piwu wadą czyli ścierkowym utlenieniem. Nie żeby przeszkadzało bardzo, trochę jednak tak. Średnia pełnia, umiarkowana goryczka i ciekawe, zielone nachmielenie które mi się skojarzyło z liminką i trawą. Więc ponownie receptura fajna, gorzej z wykonaniem. (6/10)

Kolejny był KeTo RePorter z włoskiego Birra del Borgo. Smak fajny. Czekolada i tytoń całkiem wyraźna, finisz udany – popiołowy, tytoniowy, a zarazem pikantny. Haczykiem jest zapach, zdominowany niestety przez obierki papierówek. Czyli nawet u takiego poważnego włoskiego gracza można trafić na aldehyd octowy. Szkoda, choć smak, a szczególnie finisz ratuje sprawę. (6/10)

Następną stacją był niedawno ‘rozbudowany’ (doszły 4 krany) Browariat, gdzie mogłem w końcu sprawdzić, jak się rzecz ma z 330ml Do Nieba, piwem duńskiego Mikkellera, uwarzonym na polski rynek. No i szczerze mówiąc, po tym co można było przeczytać, a i usłyszeć o tym piwie u innych, to albo są w obiegu beczki z różnymi piwami podającymi się za to jedno albo sila sugestii jest jeszcze silniejsza niż myślałem. Cytrusy byłbym sobie może w stanie wmówić, choć musiałbym się potem z tego chyba spowiadać, ale na tropiki to już brakuje mi fantazji. Dominującą nutą jest granulat chmielowy, ziołowo-trawiaste klimaty, które wskazują, że określenie ‘Polish IPA’ nie jest w tym wypadku bynajmniej na wyrost. A samo piwo? Jest niezłe i jak najbardziej pijalne, choć jak na Mikkellera to nic specjalnego. Zbyt wyraźna jest moim zdaniem jego cukrowo-słodowa strona, a profil chmielowy też nie jest specjalnie przekonujący. (6/10)

Po tym wszystkim zachciało mi się czegoś ciemniejszego. Wybór padł na Stokey Brown z angielskiego Pressure Drop. No i tak właśnie powinien smakować rasowy, amerykański brown ale. Odchmielowa żywica jest wyraźna, ale nie jest pierwszoplanowym aktorem. Ziemia, kawa zbożowa, orzechy i tytoń – to są nuty, które przewijają się w złożonym, świetnie zintegrowanym smaku. Piwo jest bardzo miękkie i mocno pijalne. Ekstra. (8/10)

W Browariacie mają też sporo piw angielskiego Partizana. Wybrałem IPA Nelson Amarillo Cascade. Jest to typowa ajpowa multiwitamina, z przewagą mango oraz ananasa oraz dodatkiem nut miętowych. Jest bardzo dobry balans i byłoby to świetne piwo gdyby nie lekki dwuacetyl. Czyli nawet im się zdarza. (6,5/10)

Na koniec powróciłem do Pressure Drop. Pale Fire to wzorowo aromatyczna, lekka, rześka APA. Ciało i goryczka na poziomie umiarkowanym, pełnia smaku natomiast na wysokim. Obok dojrzałych tropików i silnych cytrusów występuje intrygująca nuta gruszkowa. Gdyby nie cena, możnaby pić przez cały wieczór. (8/10)

Wieczór i tak się już chylił ku końcowi, więc trzeba było zmykać do domu. Morał tej historii jest taki, że nawet najlepszemu zdarzają się wpadki. Oraz że muszę spróbować więcej piw Pressure Drop, bo póki co robią na mnie kapitalne wrażenie.

^Pressure Drop 4478217237295350554

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)