Loading...

W obronie koncernów piwnych

Najczęstszym chłopcem do bicia dla wszelkiej maści piwnych neofitów, począwszy od tych którzy dopiero co za sprawą Ciechana i innego Kormorana przeżyli swoją pierwszą piwną epifanię, jak i tych bardziej zaawansowanych, którzy nie potrafią się przyznać przed samym sobą że im kwaśny jak cytryna berliner weisse nie smakuje, są koncerny piwne. Czy to międzynarodowe typu Molson Coors, Heineken, Carlsberg, Ab InBev bądź SAB Miller, czy też ich lokalne filie w rodzaju Kompanii Piwowarskiej bądź Grupy Żywiec.

Jak to często bywa, flekowanie koncernów piwnych weszło niektórym osobom w krew i stało się odruchem bezwarunkowym. Koncernom można wiele zarzucić, niech to jednakże będą zarzuty merytoryczne, zgodne z rzeczywistością, a nie bzdury bądź półbzdury. Nie ma po co na siłę koncernów demonizować. Istnieje wystarczająco wiele rzeczywistych powodów żeby ich nie lubić.

Poniżej zrobiłem wykaz najczęstszych zarzutów stawianych koncernom piwnym, które uważam za bzdurne bądź przynajmniej naciągane.


1. Koncerny piwo produkują, małe browary piwo warzą.
Jestem ciekaw czy ludzie którzy tak mówią choć przez chwilę zastanowili się nad tym zarzutem. Tak, piwo się warzy. Koncerny też warzą, w sensie doprowadzenia brzeczki do wrzenia, fermentowania piwa drożdżami i chmielenia go. Słowo 'produkcja' w odniesieniu do jedzenia i picia źle się kojarzy, ale w istocie jest to po prostu określenie na wytwarzanie czegoś. Zupełnie neutralne. Tak więc kiedy SAB Miller warzy w Tychach Tyskie Gronie, a piwowar domowy w Pcimiu Dolnym warzy imperial stouta, to w obydwóch przypadkach mamy do czynienia z procesem wytwarzania, czyli produkcji piwa.

2. Koncerny piwne nie potrafią warzyć dobrego piwa.
Potrafią, wbrew pozorom koncerny mają na etatach kapitalnych piwowarów, o czym więcej w punkcie 5. Chodzi o to, że zazwyczaj nie chcą, bo prawda jest brutalna - najlepiej się sprzedają mało charakterystyczne piwa, zwane potocznie sikaczami. Niemniej jednak należące do największego piwnego koncernu świata, czyli AB InBev, mniejsze browary warzą często rewelacyjne piwa - mowa tutaj o takich browarach jak amerykański Goose Island czy belgijskie Leffe. Z drugiej strony koncerny także czasami warzą w dużych browarach piwa dla mas, które są ponadprzeciętnie dobre - vide Pilsner-Urquell czy witbier Fenix, bądź też szereg niemieckich piw pszenicznych pokroju Paulanera czy Franziskanera. Nie ma więc reguły.

3. Koncerny piwne psują rynek, zalewając go doszczętnie smakującymi tak samo, wodnistymi, sikaczowymi lagerami bez charakteru.
Ale to rynek tak chce, koncerny mu tylko dają to, czego wymaga. Sytuacja nie wygląda tak, że złe koncerny robią ludziom pranie mózgu i wmawiają, że bezpłciowe sikacze są tym, co ci ludzie pragną najbardziej. Nie, po prostu ludzie mają w większości mało wyrafinowany gust, co tyczy się również piwa, i wolą pić coś lekkiego i mało charakterystycznego z procentami. Piwa z charakterem nie smakują większości ludzi. Weźmy szeregowego miłośnika Tyskwca czy Kasztekocimia, i śmiało, dajmy mu do skosztowania IPA, sour ale'a, koźlaka dubeltowego czy nawet zwykłego bittera. Tylko musimy zawczasu przygotować szmatkę do starcia jego plwocin z podłogi, jeśli degustacja miała miejsce w naszym domu. Nie jest więc tak, że gdyby nagle jakimś cudem na świecie zabrakło makrolagerowych sikaczy, to ich wielbiciele rzuciliby się na inne gatunki bez opamiętania. Mają inny gust i tyle. I dobrze, ich prawo.

4. Koncerny piwne robią masowe cienkie lagery, których wyznacznikiem jest niska jakość.
Zależy oczywiście od definicji jakości. Fenomenem tych cienkich, sikaczowych lagerów, smakujących nierzadko jak lekko gorzkawa woda, jest to, że niezwykle trudno je zrobić. Może to brzmieć absurdalnie, lecz tak właśnie jest - im bardziej wyraziste aromatycznie piwo, tym łatwiej jest w nim ukryć wszelakie wady, na przykład pod aromatyczną powłoką silnych ciemnych słodów bądź asertywnych amerykańskich chmieli. Odwrotnie w piwie o rzadkiej konsystencji i słabym aromacie - tutaj wszelkie wady i tak wychodzą na wierzch. Nie mają się obrazowo gdzie ukryć. Trzeba również wziąć pod uwagę, że te miliony hektolitrów wodnistego piwa muszą zawsze smakować absolutnie tak samo - nie może być odczuwalnych różnic między kolejnymi warkami, bo przeczyłoby to stałości marki, która dla koncernu jest absolutnym priorytetem. A to też jest ciężko zagwarantować, biorąc pod uwagę, że jakość słodu, głównego poza wodą składnika piwa, siłą rzeczy z roku na rok może się różnić. Trzeba naprawdę sporych umiejętności, żeby przy zmieniającej się jakości składników uwarzyć za każdym razem dokładnie takie same piwo - i to szczególnie jeśli jest to wodnisty makrolager. Ściśle z tym związana jest jeszcze jedna kwestia - kontrola jakości. W koncernach absolutny priorytet. I w związku z tym, to koncerny gwarantują stałą jakość piwa, co w małych browarach, albo nawet średniakach typu czeskiego Nachodu, jest niestety rzadkością.

5. Koncerny piwne psują rynek bezlitośnie zwalczając małą konkurencję.
To jest najsolidniej ugruntowany zarzut wobec piwnych koncernów, zasadniczo prawdziwy i jedyny w tym zestawieniu, który bzdurnym z całą pewnością nie jest. Faktycznie miało i nadal ma miejsce pełno przejęć małych browarów przez duże, po to tylko żeby taki SAB Miller mógł nowy nabytek zamknąć i pozbyć się w ten sposób konkurencji. Ofiarą koncernów padła w Polsce w ten sposób duża liczba mniejszych browarów, co jest powodem głębokiej antypatii wielu osób, łącznie z niżej podpisanym do piwnych koncernów.

Jest jednak i druga strona medalu. Przy tym trzeba bowiem pamiętać, że taki AB InBev wykupił między innymi Goose Island i Leffe, i nie tylko zaprzestał warzenia, a zapewnił piwom tych marek o wiele lepszą dystrybucję. Najwidoczniej trafnie wyczuł niszę. Bo powiedzmy sobie szczerze - człowiek gustujący w Leffe Radieuse czy Goose Island Bourbon County Stout i tak raczej nie sięgnie po Stella Artois. To są piwa dla różnych grup docelowych, nie stanowią więc dla siebie specjalnie konkurencji.

Co więcej, można zauważyć trend odwrotny, kiedy to koncerny uczą się od małych browarów i zaczynają same warzyć piwa niszowe. Oczywiście boli to właścicieli mikrusów, bo koncerny wkraczają w ten sposób na teren obejmujący szacunkowo 5% rynku, na którym gnieżdżą się rozmaite mikrobrowary warzące nieszablonowe piwa. Ale dla konsumentów jest to w sam graj - mogą bowiem łatwiej (i taniej) dostać w pierwszym lepszym sklepie ciekawe piwo, na przykład witbier Blue Moon w USA. W Polsce nie jest to jeszcze tak bardzo widoczne, ale jest to kwestia czasu. Ma to też ten skutek, że koncerny zaczynają promować bardziej niszowe gatunki, czyli uświadamiać masy pod względem piwnym. To boli piwowarów rzemieślniczych jeszcze bardziej, wszak to oni mieli mieć rząd dusz wśród piwoszy jako "piwni ewangelizatorzy", tyle że ja osobiście nie uważam, żeby to dobre samopoczucie piwowarów rzemieślniczych było tym, co ma kierować moimi wyborami w kwestiach piwnych.

6. Koncerny piwne są nastawione tylko na zysk, w przeciwieństwie do małych browarów które stawiają na jakość.
Tak, są nastawione głównie na zysk. Tak samo jak browary średnie, małe, a nawet minipikopikobrowary. Z każdym przedsiębiorstwem jest bowiem tak, że w pierwszym rzędzie musi na siebie zarobić - inaczej nie ma sensu go prowadzić. To jest główna motywacja stojąca za każdym biznesem, włączając w to biznes piwowarski. Oczywiście - piwowarzy w minibrowarach częściej rzeczywiście lubią to co robią, w sensie warzą piwa które sami chętnie piją. Ale jeśli nie przynosiłoby to zysku, to by ich nie warzyli. Bo by browar zbankrutował.

Powie ktoś - no dobrze, to czemu ci wszyscy piwowarzy którzy robią belgijskie strongi, IPA, imperial stouty czy sour ale'e, nie przerzucą się na jasne sikacze, skoro to one stanowią 95% światowego wolumenu sprzedaży piwa? Wszak byłby to najłatwiejszy grosz, co nie?

No właśnie nie. A to z tego względu, że owe 95% światowego rynku piwnego jest już zajęte przez rozmaite koncerny i duże browary oraz ich marki, a konsumenci makrolagerów i tak mają swoje preferencje, których nie zmienią. Piją Tyskie, Bud Light, Jupilera czy Carlinga, i będą to pili, nawet jak im pod domem paru pasjonatów otworzy mikrobrowar robiący porównywalnego w smaku cienkiego sikacza.

Rynek makrolagerów jest już nasycony, koło 5% procent piwoszy zaś lubi wypić coś ciekawszego. Te 5% to nisza rynkowa, w którą się małemu graczowi dużo łatwiej wbić. Minibrowary dlatego więc nie są koncernami, bo miejsce koncernów jest już zajęte. Czyli jednak chodzi o interes. I nie ma w tym nic zdrożnego.

Morał z tego taki, że piwa nie dzielą się na koncernowe i niekoncernowe. Piwa dzielą się na dobre i niedobre, przy czym oczywiście jest to kwestia gustu. Nie warto się snobować na piwa z małych browarów ani też przekornie pić koncernówki z nienawiści do piwnego hipsterstwa żłopiącego piwa niszowe czasami wbrew własnemu gustowi. Trzeba pić te piwa które człowiekowi smakują, i nie doprawiać do konsumpcji ideologii. Taki truizm, a jednak nie dla wszystkich oczywisty.

publicystyka 527228342605914988

Publikowanie komentarza

  1. Do przedostatniego zdania jednak mam małe "ale" (i nie chodzi tu o piwo). To wszystko prawda, z tym że nie można mówić że ktoś kto nigdy nie spróbował piwa innego niż eurolager, pije to piwo bo lubi, jeśli nawet nie wie że istnieją inne piwa to skąd ma wiedzieć co lubi, a to koncerny jednak te gusta kształtują. Owszem produkują piwa dla przeciętnego konsumenta (a wybór wąski bo takie prawa ekonomii, marketingu, technologii produkcji etc.) ale jednocześnie nie dają alternatywy (dopiero teraz jak widać coś tam się nowego pojawia pod wpływem zmieniającego się rynku). Przez lata nie można było uświadczyć w Polsce innego piwa niż porter i lager, a ja nawet nie myślałem o spróbowaniu czegoś innego. Każde piwo inne niż jasne pełne było dla mnie wydziwianiem. Jakby mi serwowali chleb z tesko bez alternatywy, to też pewnie myślałbym że jest najlepszy na świecie.
    Co do snobowania to znam też piwoszy snobujących się żywcem, więc to jest chyba raczej kwestia osobowości, a nie piwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale większości ludzi inne piwa niż lekki jasny lager rzeczywiście nie smakują, i mówię to na podstawie obserwacji tych którzy mieli okazje skosztować tego i owego. Kiedyś się dziwiłem jak ktoś może nie lubić np. bittera którym go częstowałem. Po iluś próbach przestałem się dziwić. Zgadzam się, że piwosz powinien spróbować paru innych gatunków, chociażby żeby mieć ogląd możliwości, ale się nie łudzę że takiemu statystycznemu piwoszowi zasmakują.

      Usuń
    2. Ja mam jednak inne doświadczenia. Ludzie wspaniale reagują na odmienne smaki. Może to kwestia odpowiedniego doboru tego pierwszego "nielagerowego" piwa? Zwolennik mocnych piw słabo zareaguje na delikatnego milda, a etatowy żłopacz Żubra na milk stouta. Ja staram się chwilę porozmawiać zanim coś polecę, i możecie wierzyć lub nie, w 8 na 10 przypadków taka osoba wraca do poleconych piw i pyta o następne! Dlatego właśnie koncerny z uwagą śledzą ruchy na niszowym rynku i starają się (z różnym skutkiem, najczęściej jednak złym) wzbogacać swoje portfolio. A wtedy następuje ożywcze sprzężenie zwrotne. Niedoświadczony konsument zapoznawszy się z taką nowością, może chętniej sięgnie po ten sam styl uwarzony przez mikrobrowar? Gorzej kiedy zrazi się przy pierwszym podejściu - i tutaj bym upatrywał największego problemu.

      Usuń
    3. Z moich doświadczeń zaś wynika, że ludzie są często ciekawi nowego, ale albo im nie smakuje jak dam do spróbowania albo niby to smakuje, ale jak zaoferuję coś ciekawego w kuflu, to i tak często wolą Tyskie. Ale może trzeba faktycznie optymistycznie założyć, że kropla drąży skałę. I drążyć. No i celna uwaga z tym pierwszym podejściem. Dlatego chyba najgorszą robotę odwalają browary typu Koreba, lejąc zepsute, skisłe piwo jako "prawdziwe". Każdy normalny niedoświadczony człowiek po takim doświadczeniu wybierze "nieprawdziwe" ale sprawdzone.

      Usuń
  2. Doświadczenie jednak uczy, że 80% piw koncernowych jest po prostu nijakie, a w o wiele trudniej o piwo nijakie w mikrobrowarze. Z tej prostej przyczyny lepiej zaryzykować piwo stamtąd. Co do picia nielubianych stylów - dobrze spróbować, by wiedzieć czego się nie lubi. Ja po ostatnich Birofiliach wiem, że nie wypiję więcej wspomnianego Berlinera Weisse, bo totalnie mi nie podpasowało to coś. I choćby nie wiem jak bardzo hipsterskie było picie go, to nie będę. Ale mimo wszystko w dalszym ciągu będę się bucował na piwa niszowe, z tej prostej przyczyny, że pomimo zmieniającej się jakości, są JAKIEŚ, w odróżnieniu od nijakich.
    No i super tekst.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, statystycznie ciekawsze wypusty mają małe browary, stąd i warto je próbować. No i jak widać po wpisach na blogu, również wolę zazwyczaj szarpnąć się na coś 'rzemieślniczego' z czysto statystycznych założeń, ale jak zasłyszę, że jakiś koncerniak daje radę to z chęcią skosztuję. Np. Fenix (SAB Millerowski) bardzo daje radę.

      Usuń
  3. O jakim chmieleniu i drożdżach mowa na początku artykułu w przypadku koncernów? Wiele z koncernowych piw wcale nie zawiera chmielu i nie jest warzona, ale mieszana z ekstraktów i suszów. Gorzki smak nadaje takim produktom np. żółć bydlęca, a chmielu nawet nie widziały. Co "lepsze" mają na etykiecie informację, że zawierają również ekstrakt z chmielu i/lub słód jęczmienny, ale nie każde jest nawet tak opisane. Autor chyba pisze na zlecenie, naprawdę :) Może i są w koncernach piwowarowie, ale to, co dostaje przeciętny Kowalski w sklepie od koncernu to nie jest żadne warzone piwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taaaa.. żółć bydlęcą.. i co jeszcze? może jądra byka?
      Tak, często pewnie jest użyty ekstrakt chmielowy, ale nie ma to zupełnie nic wspólnego z tym czy jest warzone czy też nie.
      Jeżeli zawiera słód jęczmienny to według obowiązującego prawa musi być taka informacja na opakowaniu.

      W tym temacie szkoda tylko że w Polsce koncenry boją się napisać pełnego składu. Boją się że zwykły kowalski zrozumie, że esktrakt lub cukier to coś złego? W Czechach na przykład taka praktyka jest że skład jest opisany.

      Usuń
    2. ić być trolem gdzie indziej.

      Usuń
    3. kolejny mit: żółc bydlęca w piwach. Nie wiem jak mozna w takie rzeczy wierzyć.
      Piwo nie robi się z proszku lecz się warzy z słodu, wody, chmielu (postać granulek lub ekstraktu) i na koniec drożdży. To wlasnie piwa tzw. koncernowe maja swoje normy jakości i nie pozwalają na inne praktyki. Nie wiadomo jednak z czego piwo robią mikrobrowary które nie mają norm, dbają o koszty a kupując w małych ilościach płacą więcej.

      Usuń
    4. Przepraszam że dopiero teraz odpowiadam, ale byłem na rejsie luksusowym jachtem i właśnie wróciłem do willi na Madeirze. Wszystko za pieniądze od AB InBevu. Proponowali mi za ten artykuł również willę na Bahamach, ale wiedziałem że to pułapka, bo Ziemia jest jak wiadomo płaska, kończy się za Bermudą i żadnych Bahamów nie ma. Ktoś się musiał pod nich podszyć.

      Wpisz w googlu hasło "piwne mity", wyskoczą Ci od razu dwa artykuły, które polecam przeczytać :)

      Usuń
  4. Tym niemniej fakt pozostanie faktem! Po wypiciu kilku "piw" marki tyskie. żubr czy inny heineken głowa mnie boli przeokropnie, po wypiciu kilku kormoranów, amberów czy też ciechanów takich bóli nie odczuwam!!!
    I tyle w temacie jakości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz wracać spowrotem na wp czy inne onety i tam wypisywać swoje piwne mądrośći.
      Kiedyś po czytaniu komentarzy na wp (świetna zabawa -polecam) pod jakimś artykułem o piwie postanowiłem sprawdzić ile kosztuje ta sławetna żółć bydlęca, za małą fiolkę 75 ml trzeba dać coś z 15 zł, rozcieńcza się nią farby. W podobnej cenie można kupić pół kilo chmielu lubelskiego.
      Niemniej lubię takich "znawców".

      Usuń
    2. Ja ostatnio po Amberze odczuwałem. A po winie czy cydrze zdycham przez dwa dni. Czy to świadczy o tym, że wino generalnie jest złej jakości trunkiem?

      Usuń
    3. a po belgijskich refermentowanych piwach mnie łeb po prostu pęka, co nie oznacza że nie powinienem ich pić (przynajmniej nie więcej jak trzy na raz). Wydaje mi się, że to są po prostu uboczne efekty fermentacji, która nie poszła całkowicie w kierunku etanolu. Głowa najmniej boli bo dobrze oddestylowanej wódce, głównie dlatego że jest tam czysty alkohol. Wina nawet nie piję, głowa boli mnie nawet po lampce.

      Usuń
  5. Myślę, że jednym z największych zarzutów wobec koncernów w Polsce jest unifikacja kultury piwnej. Oczywiście wygoda jest tu głównym argumentem. Po co się starać edukować i uwrażliwiać Polaków na różnorodność piwnych smaków, skoro i tak kupią klasyczne jasne pełne. Przecież od lat 90-tych XX wieku ponad 90% rynku należy do trzech wielkich koncernów. A one warzą podobne piwa, bo dysponują niemal tym samym sprzętem i aparaturą, kupują surowce na tych samych rynkach i wykorzystują niemal te same technologie opracowane przez największe równie wielkie centra rozwojowe. Chcąc nie chcąc piwo jest podobne. Oczywiście receptura zawsze może być inna, ale tu wchodzi akurat czynnik ekonomiczny. I nagle przypadkowo okazuje się, że i receptury są do siebie zbliżone, bo są po prostu optymalnie ekonomiczne. Oczywiście te piwa w cale nie muszą być złe, ale to po prostu drobna część dziedzictwa piwnego jakie znamy, warzona jednak masowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale lekkie jasne lagery wszędzie na świecie są do siebie podobne, np. między Coroną a Sol nie ma z tego co pamiętam specjalnie różnicy. Koncerny nie edukują bo nie mają potrzeby, natomiast trzeba sobie uzmysłowić, że gros konsumentów też takiej potrzeby nie odczuwa. Nie jest więc tak, że koncerny unifikują wbrew woli konsumentów. Rola blogerów polega m.in. na tym, żeby podsuwać czytelnikom sugestie, przedstawiać faktyczną różnorodność rynku piwnego, a jak ludzie zaskoczą to i koncerny będą na tym chciały zarobić.

      Usuń
  6. Warto zobaczyć też gdzie rozlewane są piwa dla hipermarketów i dyskontów. Koncernów tam nie znajdziemy. Można też zobaczyć portfel takich małych browarów. Bardzo często będą to marki podszywające się pod jakieś tajemne receptury obok piw sprzedawanych po 1,50.

    OdpowiedzUsuń
  7. Odniosę się do praktyk żółci bydlęcej w koncernach. Też w to nie wieżyłem, ale znam kolegę który pracuje w broważe (tu nie podam jakim i gdzie)i są jednak takie praktyki. Zresztą modre przysłowie mówi: "Polak potrafi" i zawsze znajdzie metodę i obejście w prawie by coś na opak zrobić. Otóż byłem świadkiem (nawet nakręcił telefonem filmik) jak dodają żółć, tyle że to była akurat kacza, która w śmiesznie niskiej cenie była sprowadzana z Ukrainy. Więc nie mówcie mi że to są za drogie praktyki, nawet jeśli była by droga to dla gigantycznego koncernu i ich zyskom to pikuś. Chmiel owszem i dodają, ale od czasu do czasu jednak dolewają tej żółci. Do tego specjalnie oznaczali kegi. Co 5 był malowany zieloną farbą (stawiano X)co oznaczało że to partia oszczędna. Poza tym sporo małych browarów stosuje całe szyszki i nawet stosują metodę Dry Hopping (jak Pinta) sądzę że tej metody w koncernach nie ma napewno. owszem mi czasami dobrze uważone masowe piwa smakują jak Pilsner Urquell z Czech, ale to dzięki tradycyjnemu browarowi który trzyma się receptury i tradycja jest bardzo ważna. Poza tym piwo często po uważeniu leżakuje niekiedy nawet i 70 dni w piwnicach by mogła się nazywać Lezak w Czechach. Ale większość, zdezydowana większość wielkich koncernów aż tyle czasu na piwo nie poświęca. Szybka i przyśpieszona produkcja i wyjazd. A żeby było dobrze uważone piwo potrzeba sporo czasu i cierpliwości, a to mają piwowarzy domowi i mikrobrowary. Ja np. prawie zawsze miałem zgagę po koncernowym polskim piwie, a już po niemieckich czy belgijskich już nie. Jestem wytrawnym smakoszem i piwoszem. Lubię kwaśne i cierpki piwa, ten Berliner Weisse który tak wam nie smakuje mi bardzo smakuje. Moje ulubione gatunki to Oude Kriek, Oude Gueuze, Lambic Unblended, a browary Rodenbach i Cantillon należą do moich ulubionych. Przeprowadźcie sobie taki eksperyment, zostawcie trochę piwa z koncernu w szklance w pokoju i po 12 godzinach powąchajcie to, a nawet skosztujcie zobaczycie jak ta chemia i inne niepożądane dodatki śmierdzą i smakują, po czym powtórzcie to samo z piwem z browaru np. De Struise i zobaczycie sami różnicę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi z kolei kolega który pracuje w dużym browarze (oczywiście nie mogę powiedzieć w którym) opowiadał że teraz stosuje się szczurzą żółć, sprowadzaną za pół darmo z Wietnamu w kontenerowcach. Jak wiadomo największe i najsmaczniejsze szczury tam właśnie żyją, a żółć z nich daje szlachetniejszą goryczkę. Mało tego dogadali się tak z Wietnamczykami że zaklejają na tych beczkach trupie czaszki ładnymi nalepkami z szyszkami chmielu.

      A tak na poważnie, jak jesteś takim "wytrawnym smakoszem i piwoszem" jakim jesteś znawcą gramatyki to gratuluję.













      Usuń
    2. Jeśli chodzi o szczury to powiem ci że w zakładach Zbyszko koło radomia w wielkich zbiornikach pływał szczur i kilku pracowników męczyło się by go wyłowić. W pewnym momencie szef powiedział do nas "dajcie spokuj napewno się rozpuści" to sobie teraź wyobraź ile tam jest chemii i innego dziadostwa. Powrócę jeszcze do koncernów. Jeśli wierzycie w normy jakościowe itp i że są ściśle według tradycyjnych metod i receptur produkowane nasze piwa to jesteście naiwni. Tak samo jak koncerny okłamują nas w reklamach pokazując jak wiozą całe szyszki chmielowe tirami i że je w całości dodają (reklama Warki), albo dębowe i że ponoć jest długo ważone i w wielkich dębowych beczkach (Dębowe mocne), albo że piwo Tyskie jest super znane na całym świecie i że każdy mieszkaniec, nawet w wiosce w Australii zna to piwo (Tyskie Gronie). Taka jest nasza rzeczywistość że polak polaka od lat rąbie na każdym kroku. Dla mnie zawsze wyrób regionalny i lokalny będzie lepszy od masowego i koncernowego. Choć czasami zdażają się dobre piwa z wielkich browarów, ale to nie na pewno w naszym kraju.

      Usuń
    3. No ale co gazowana słodka woda ma wspólnego z piwem, oprócz tego że jest robiona z wody? I co mają oczywiste bzdury typu tradycyjne receptury, szyszki chmielowe i drewniane beczki w kontekście browarów przemysłowych wspólnego z normami jakości?

      Usuń
  8. Gazowana słodka woda nie ma nic wspólnego z piwem, ale chodziło mi o to że to też jest koncern spory i w każdych tego typu zakładach obowiązują zasady: minimalizacja kosztów i maksymalizacja zysków. Eurolagery z koncernów także są w myśl tej zasady produkowane, bo nikt nie wyleje ze zbiornika 300 litrów gotowego wyrobu, ale wg norm jakościowych tak należało by zrobić. No bo taki prezez nie pozwoli sobie na wylanie bo za duża strata finansowa by była. Do tego nie sądze by przestrzegano ściśle receptór i czasu leżakowania piwa. Do tego ujednolicone jest wszystko i to nie jest sukces że warka nie smakuje już jak warka z wareckiego browaru tylko jak żywiec itp, Zubr smakiem nie przypomina tego produkowanego w Dojlidy w Białystoku, więc albo się nie trzymają receptur, przyśpieszają produkcję, albo kombinują ze składnikami itp. Zresztą po całej tej aferze z żółcią nałożono kary na ponad 70% skontrolowanych browarów. A np. na piwie żywiec zaczęli wymieniać na etykiecie chmiel i to tuż po tej aferze nagle taka zmiana nastąpiła, to chyba o czymś świadczy.

    OdpowiedzUsuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)