Ach, ten Mikkeller...
https://thebeervault.blogspot.com/2015/02/ach-ten-mikkeller.html
Mało jest tak płodnych piwowarów jak on. Siedzi sobie w tej Kopenhadze i wymyśla piwo za piwem, zgarniając wiele pochwał i zbierając również często cięgi. Przy czym, odstawiając na bok różne gusta, czasami wydaje mi się, że hejt akurat w jego przypadku ma u swojego źródła kwestie ideologiczne. Tak jakby przynajmniej niektórzy jego krytycy czuli się bardziej hipsterami jak ostentacyjnie go będą flekować. Niemniej jednak, przy takiej płodności wtopy są nieuniknione, ale ja bardzo chętnie próbuję jego piw, bo rzadko kiedy można je zbyć wzruszeniem ramion. Są generalnie bardzo dobre, a czasem nie do końca dobre, choć i wówczas zawierają w sobie ten intrygujący element idiosynkratyczny który Mikkellera czyni rozpoznawalnym. Z Danii przyjechały do mnie dwa single hopy, APA uwarzona dla luksusowej restauracji oraz porter z domieszką papryczek chipotle.
Tomahawk Centennial Single Hop IPA (alk. 6,9%) z początku jest piwem średnim, zyskując na walorach z każdym łykiem i każdym stopniem ogrzania. Jest cytrusowo-kwiatowe, z lekko przebijającym słodem i pojawiającą się na marginesie sugestią anyżowej korzenności. Ostatnia rzecz jaką daje tutaj prawdopodobnie chmiel jest lodowo-mineralna nutka w finiszu, co ciekawe natomiast, mimo że akurat ta odmiana jest wyjątkowo bogata w alfakwasy, piwo ma jak na styl grzeczną goryczkę. W połączeniu z niezbyt intensywnym smakiem chmielowym ta mieszanka wydaje się być z początku nieco nudnawa, ale kiedy już człowiek przywyknie, to zaczyna doceniać balans, ułożenie i miękkość w ustach, mimo nieznacznej nutki alkoholu w tle. Bardzo smaczne piwo, mimo że ten chmiel nie wydaje się być na tyle ekscytujący, że się dobrze sprawdza w single hopach. W rękach mniej utalentowanego piwowara niekoniecznie wyszłoby z tego pomysłu coś smacznego. (7/10)


Texas Ranger (alk. 6,6%) to porter z dodatkiem papryczek chipotle, czyli wędzonych jalapenos. No i co ja tutaj czuję nosem? Tytoń, częściowo spalony, a częściowo nie. Czyli częściowo popielniczka, częściowo zrolowane, nienapoczęte fajki, a do tego czekolada i trochę kawy. I to w zaskakujący sposób działa! No a w smaku okazuje się, że ta mikstura papierosowo-popielniczkowa przechodzi w bardzo delikatny papryczkowy dymek, który sunie się wężem po podniebieniu, cały czas flankowany z obu stron przez solidną, czekoladowo-kawową bazę, kończąc się lekko pikantnie w przełyku. Nie powiem, bardzo oryginalna kompozycja, bo właśnie takie jej obrazowe przedstawienie nie jest bynajmniej nadmiernie poetyckie - ono w wypadku tego piwa najlepiej oddaje istotę rzeczy. Piwo jest mimo względnie niskiej zawartości alkoholu głębokie, i mimo pikantności bardzo miękkie w ustach. Zawsze to miło skosztować coś oryginalnego, co jednocześnie działa jak powinno. Takie piwa z chili to ja mogę pić codziennie. Wyśmienite. (8,5/10)
Jak już pisałem we wstępie, piwa Mikkellera są zazwyczaj bardzo dobre i powyższy wycinek z jego oferty mnie w tym mniemaniu utwierdził.