Oktoberfest po skandynawsku
https://thebeervault.blogspot.com/2012/10/oktoberfest-po-skandynawsku.html
Zamiast z okazji Oktoberfestu popić sobie jakieś bawarskie märzeny, zdecydowałem się słownie zdystansować wobec samego Festu, wzmiankując również, że märzenów to ja w zasadzie nie lubię. Klasycznych märzenów, znaczy się. Bo to, co z tej okazji warzy się w Skandynawii, nie ma z klasycznymi piwami oktoberfestowymi zbyt wiele wspólnego, poczynając od woltażu, a kończąc na smaku i aromacie. Norweski Borg Oktoberøl oraz szwedzkie Wisby Red October, St. Eriks Oktober i Mohawk October Unfiltered w zasadzie tylko od wielkiej, somalijskiej biedy mogłyby ujść za marcowe sensu stricte. Wszystkie cztery piwa zresztą unaoczniają, że skandynawska fiksacja na chmielu (również amerykańskim) nie omija tam chyba prawie żadnego gatunku piwnego.
Piwo naprawdę smakuje, ale Bawarczykom mogłoby nie smakować. I w aromacie i w samym smaku postawiono bowiem na chmiel, uzyskując poza nieco zielonym zapachem również dość konkretną goryczkę. Baza słodowa jest jeszcze w miarę solidna choć nie na miarę typowego marcowego – piwo robi miejscami wrażenie, że tak powiem, półwytrawne. Po prostu ma zbyt mało ciała jak na marcowe. Za to jest bardzo rześkie, również za sprawą dość sporego, ale drobnoperlistego nasycenia. (Ocena: 6,5/10)
Przy nadzwyczaj drobnoperlistym nasyceniu Czerwony Październik dysponuje solidnym, quasi marcowym ciałem, jednak życie komunisty jest gorzkie, bardzo gorzkie. Jego końcówka nie ma nic wspólnego ze słodką wesołością Bawarczyka – jest trawiasta i sianowa niczym ukraińskie żniwa. Czyli co – Saaz märzen? Ale piwo naprawdę dobre. (Ocena: 6,5/10)
Ponownie jest to piwo, którego deklarowanego stylu na blind tastingu bym nie odgadł. Pełnia nieco niższa niż w typowych märzenach, natomiast (pół)ciemne słody oraz asertywne chmiele z którymi na szczęście nie przedobrzono, świetnie się w tym piwie uzupełniają. Całość sunie aksamitnym nasyceniem po podniebieniu, kończąc się mocną, grejpfrutową goryczką. Dolnofermentacyjny amber ale. (Ocena: 7/10)
Mętność króluje w szkle, a ciemne złoto jest zwieńczone dość puszystą pianą. Wygląda całkiem atrakcyjnie. Wyobraźmy sobie jednak przeciętnego Helmuta, który doprowadza do kontaktu swojego narzędzia powonienia z zapachem tego piwa. Co te owoce robią w jego märzenie? Ananas, mango, brzoskwinie, parę sztuk liczi, grejpfrut – is zis ze draihopping? Ja wiem, że z tym chmieleniem na zimno odmianami z Nowego Świata wszystko się robi trochę na jedno kopyto, ale swoim aromatem Mohawk faktycznie zawstydza inne märzeny. Ent ze flałers – łot ar zej duing in maj märzen, verdammt! Moc dojrzałych owoców tropikalnych, pod którymi czai się jednak również chlebowa baza słodowa. Świetne!
Ta baza jest mocno odczuwalna podczas picia swoim konkretnym, marcowym w sumie ciałem, choć pod względem aromatu jest oczywiście nadal zdominowana chmielem. Jak na tak mocno chmielone piwo, goryczka (28 IBU) jest raczej delikatna – też po marcowemu zresztą. Przyczynia się do tego konkretna pełnia, która to znajduje jednak swój kontrapunkt w dość wytrawnym finiszu – słód przestaje być odczuwalny w okolicach gardła, wskutek czego niestety końcówka sprawia wrażenie cokolwiek pustawej, przypominając kulejące pod tym względem często APA, tyle że ze słabszą goryczką. Małe niedociągnięcie bardzo dobrego, aksamitnie nasyconego, ciekawego piwa. (Ocena: 7/10)
Wszystko to skłania mnie do wniosku, że zamiast do Monachium lepiej się wybrać we wrześniu do Sztokholmu na tamtejsze piwa sezonowe.