Yeti Imperial Stout – Great Divide – USA
Pierwsze piwo amerykańskie na blogu to legendarny trunek z legendarnego a zarazem młodego browaru. Great Divide to przybytek cieszący się ...
https://thebeervault.blogspot.com/2011/08/yeti-imperial-stout-great-divide-usa.html
Jako społeczeństwo pozbawione tradycji, Amerykanie często i chętnie eksperymentują, a ponadto wyznają zasadę „bigger, better”, inwencja twórcza browarmistrzów w browarach rzemieślniczych, wywodzących się często z browarnictwa domowego, nie zna więc granic. Jednym z prymusów wśród amerykańskich browarów rzemieślniczych jest właśnie Great Divide, założony niedawno, bowiem w 1994 roku w Denver w stanie Colorado i warzący poza lekkimi piwami sesyjnymi w głównej mierze wysokowoltażowe, intensywne aromatycznie piwa do degustacji, tzw. „big beers”.
Najbardziej chyba znane piwa z Great Divide to Hercules Double IPA oraz Yeti Imperial Stout, którego istnieją zresztą różne wersje, w tym dojrzewające w drewnianych beczkach. W moim kielichu wylądował klasyczny Yeti, a jako że to pierwszy russian imperial stout na blogu, czas w kilku słowach nakreślić historię gatunku.
Wbrew nazwie ten styl piwny nie pochodzi z Rosji, warzony był bowiem po raz pierwszy przez londyński browar Thrale. Nazwa bierze się z tego, że rynkiem docelowym była XVIII-wieczna Rosja za panowania Katarzyny Wielkiej. Jako że piwo mogło zamarznąć podczas podróży po Bałtyku, stout eksportowany do Rosji był mocniejszy alkoholowo, o woltażu sięgającym 9-10%. W ten oto sposób wyewoluował nowy gatunek piwa, podgatunek stouta, którego klasyczna wersja jest piwem raczej sesyjnym, podczas gdy wersja imperialna jest gęstsza, bardziej treściwa i cięższa, przeznaczona do powolnej konsumpcji w mniejszych ilościach. Russian imperial stout to gatunek częściowo bardziej podobny do baltic portera niż do klasycznego stouta, tymczasem ja RIS bardzo lubię, zaś baltic portera nie trawię – i nie potrafię tego niestety sensownie wyjaśnić.
Yeti Imperial Stout ma nazwę wzbudzającą respekt, opisany jest na etykiecie jako „nieposkromiony i okazały” i butelkowany jest do szkła o pojemności 355ml, co jest dawką jak najbardziej wystarczającą jak na tak ciężkie piwo. Yeti jest smoliście czarny, o gęstej, kremowej, beżowej i bardzo trwałej pianie. Elegancja Francja. Zapach… o taaak! Jak skrzyżowanie IPA ze stoutem! Gorzka czekolada, owoce leśne, żywica, sosna i jałowiec – typowo stoutowe elementy w rodzaju ciemnej czekolady są więc równoważone silną owocowością i chmielem. Do tego dochodzi brązowy cukier, powoli owocowość staje się bardziej różnorodna, wzbogacona o mango, truskawki i borówki, a wszystko fantastycznie wkomponowane w iglastą zalewę z gorzkiej czekolady. Miodzio! Oczywiście czekolada nie jest tutaj jedynym „ciemnym” elementem, mocno obecne są bowiem również karmel, toffi i dużo kawy typu mocca, a paloność ziarna jest znaczna. Zapach jest niesamowicie złożony i intensywny, wszędzie go pełno.
A smak? Ależ to piwo jest gęste, gorzkie i pełne smaku! Przy imponujących 75 IBU (jednostki w których mierzy się goryczkę; mocno chmielony pilsner ma 45, piwo pszeniczne zazwyczaj paręnaście) pełno jest tutaj gorzkiej czekolady, kawy oraz iglasto-żywicznych smaczków chmielu. Owocowy tandem mango-truskawka jest również dzielnie obecny, ale bardziej w tle niż ma to miejsce w zapachu. Paloność jest wręcz ekstremalna, ale niesamowicie umiejętnie wkomponowana w całość. Piwo jest bardzo gęste, konsystencja niemalże oleista. Jako że Yeti jest nisko gazowany, przód języka jest opatulany aksamitem gorzkiej czekolady i kawy, natomiast tylna część jest zdecydowanie zdominowana konkretną, chmielowo-czekoladową goryczką, a na środku języka kawa i gorzka czekolada owocują lekką, przyjemną cierpkością. Goryczka jest mocna do bardzo mocnej, bardzo trwała. Owocowość i delikatne toffi nieco łagodzą ciężar tego ciężkiego jak kowadło trunku. Alkoholu mimo 9,5% w smaku nie czuć, ale szumi nieźle. Majstersztyk do sączenia i delektowania się nim!
Ocena: 9/10