Bulgar Display of Power. Raport z Bułgarii. Część I
Pierwszy raz byłem w Bułgarii w roku 2008. Zastana rzeczywistość w zestawieniu z niezbyt mądrymi przesądami jakim wcześniej hołdowałem, s...
https://thebeervault.blogspot.com/2013/11/bulgar-display-of-power-raport-z.html
Pierwszy raz byłem w Bułgarii w roku 2008. Zastana rzeczywistość w zestawieniu z niezbyt mądrymi przesądami jakim wcześniej hołdowałem, sprawiła że moje nastawienie zmieniło się na wręcz entuzjastyczne. Chłonąłem wszystko co tylko można było na temat tego kraju, od historii przez muzykę, skończywszy naturalnie na jedzeniu i piciu. Od tamtego czasu byłem w Bułgarii pięć razy, za każdym razem mi się bardzo podobało, przy czym już nieco ochłonąłem od pierwszego zauroczenia. Jak każdy kraj ma swoje plusy i minusy, te pierwsze jednak, przynajmniej jeśli jest się turystą, zdecydowanie przeważają. Po ostatnim pobycie, z którego wróciłem dwa miesiące temu, postanowiłem nakreślić raport czego się można spodziewać nad bułgarskim wybrzeżem Morza Czarnego. Będzie sporo o piwie, choć nie tylko.
Pierwszy raz byłem autokarem, trzy razy samochodem, w tym roku po raz pierwszy samolotem. Najlepiej a zarzem najgorzej było samochodem. Najlepiej, bo wówczas zwiedziłem po drodze Belgrad i Nowy Sad. Najgorzej wcale nie przez długą, dwudniową jazdę, a przez to że w drodze powrotnej auto się nam rozkraczyło w środku Serbii i dostaliśmy się nieszczęśliwie w łapska jakichś miejscowych mafiozów. Samolot jest zdecydowanie najlepszą opcją - półtorej godziny lotu i na miejscu. Szkoda trochę że w towarzystwie cwaniackich troglodytów, dla których wyprostowanie oparcia mając za sobą matkę z dzieckiem na kolanach jest czynnością niesłychanie kłopotliwą i których ulubioną plebejską rozrywką na pokładzie jest robienie zdjęć stewardom w trakcie instruktażu bezpieczeństwa.
Po wylądowaniu bułgarska, południowa maniana, czyli niemalże godzinne czekanie na bagaże. Transfer do hotelu w Słonecznym Brzegu. Znowu maniana - okno zepsute, zamknąć się nie da, a techniczny dopiero jutro przyjdzie. Wykładzina rodem z PRL-u, a łóżeczko dziecięce chyba wykradzione z 50-letniego, opustoszałego sierocińca w którym straszy duch cygańskiego dziecka. No ale nie po to się tu przyjechało.
W końcu pierwszy wieczorny spacer i pierwsze piwo, Zagorka z litrowego PET-a. Ceny wzrosły w porównaniu do stanu sprzed paru lat, co jednak nie dziwi, biorąc pod uwagę że paliwo jest obecnie tak samo drogie jak u nas, a i cena prądu ostatnio mocno poszła w górę. Nadal jednak Polak ze średnim wynagrodzeniem może sobie jeśli chodzi o Europę najtaniej wczasować właśnie w Bułgarii (może jeszcze Czarnogórze). Względnie niskie podatki (np. liniowy dochodowy 12%) powodują, że Bułgaria jest nadal tania, nieco tańsza niż polski interior, o polskim wybrzeżu Bałtyku nie wspominając. Trzymając się obrzeży hotelowego molocha jakim jest Słoneczny Brzeg albo idąc do Nesebyru, od którego dzieliło nas jakieś 300m, można tanio zjeść i wypić. Drugie dania w przedziale 10-20zł, zupy koło 5zł, piwo lane w knajpie 3zł-6zł. W centrum Słonecznego Brzegu przy głównej ulicy wojna cenowa doprowadziła do tego, że piwo leje się po 2zł, żeby tylko przyciągnąć turystów na jedzenie, które w tym miejscu oczywiście jest nieco droższe. Sklepy dla turystów drogie, piwo w puszcze potrafi w takich przewyższać ceną lane w knajpie. Przykładem Zora, nieco większe, schludne i czyste delikatesy z dość wysokimi cenami. Alkohole też podrożały. Czasy kielonków tequili za 1zł już minęły raczej bezpowrotnie. Wprawdzie butelkę Sofii można kupić już za 3,60zł, czyli w cenie jabola, ale najgorsza miejscowa wódka czyli Flirt to już wydatek około 20zł za litr. Jak sobie przypomnę obalanie ciepłej butelki tego specyfiku wyjętej z półki przegrzanego sklepiku w Kranewie przed wejściem do dyskoteki, to robi mi się niewyraźnie...

Ewenementem są stojące na każdym rogu automaty z kawą za monety, częściowo produkcji włoskiej. Żadna tam lura rozpuszczalna Neskafej tylko smaczne espresso. Cena 80gr do 1zł. Cappuccino 1,20zł-1,40zł. Parę takich dziennie piłem i po powrocie najbardziej mi (oprócz słońca) właśnie ich brakuje. Espresso za 80gr jako podstawowe prawo człowieka!
Architektura Słonecznego Brzegu jest hotelowa. Pomiędzy hotelami są już tylko restauracje i malutki kościółek pw. św. Katarzyny, wiecznie zamknięty zresztą. Poza sezonem chyba nikt tutaj nie mieszka. Fajne jeśli się chce baunsować all night long, ale nie ma klimatu. Jest też sporo kiczu i południowej maniany. Przykładem hotel Imperial. Cztery gwiazdki, przed wejściem jakieś wypasione bryki, ale tapety w toalecie obok holu odłażą od ścian, a sam hol przytłaczający i mega kiczowaty wszechobecnością egipskich hieroglifów.

Osobnym tematem jest stary Nesebyr. Przepiękne miasteczko na półwyspie, jedno z pięciu najładniejszych w jakich byłem (a byłem w paru takich miejscach), założone przez Traków, a później znane jako grecka kolonia Mesembria. Pełno ruin cerkiewek (w szczytowym momencie działało tutaj ponad 40 cerkwi, co czyniło bądź co bądź małe miasteczko najbardziej zakościelonym na świecie), charakterystyczne bułgarskie domy z murowanym parterem i drewnianym piętrem, niezliczone klimatyczne knajpki, kramiki z ręczną robotą, ciuchami i tureckimi roleksami. Co ciekawe, można tutaj zjeść i wypić taniej niż w Słonecznym Brzegu. Nie da się oddać magii tego miejsca, trzeba to samemu zobaczyć. Podobne miejscowości znajdują się na wschodnim wybrzeżu Adriatyku, a równać się z Nesebyrem mogą moim zdaniem jedynie Rovinj i Budva.
Plaże szerokie i piaszczyste, oddzielone wydmami od zabudowań, drobny piasek, morze ciepłe i mało słone. A no i ładne panie na ręcznikach, aczkolwiek nie ma takiego szału jak w miejscowościach typu Kranevo, w których są de facto sami turyści (i turystki) z Europy wschodniej. No ale myśmy w sumie byli na uboczu miejscowości. Zaraz obok nas na plaży restauracja Serbski Dom, a w środku pełno Serbów, serbska muzyka, serbski grill, a obsługa ni w ząb po serbsku. Que?
Mniej fajnie było jak mnie w pierwszy dzień po wypłynięciu głębiej w morze użądliła meduza. Nie udało się jej mnie zatopić, więc szybko do brzegu, biegiem do jakiejś plażowej restauracji i polałem sobie miejsce użądlenia octem (neutralizuje użądlenia meduz; ponoć mocz jeszcze lepiej działa, no ale bez jaj...). Wpierw parzy, potem grzeje, po paru godzinach rozpoczyna się ból reumatyczny no i skóra robi się chropowata. I tak aż do późnego wieczora. Ogółem nie polecam.
Ludzi w Bułgarii odbieram generalnie jako przyjaznych. Co ciekawe, ostatnimi czasy łatwiej jest się z nimi dogadać po angielsku niż po rusku. Po polsku nie da rady - jest to chyba najbardziej odmienny od naszego język słowiański, a przy okazji dość twardy w wymowie. Co sympatyczne, na dzieci reagują bardzo przyjaźnie, niekiedy wręcz entuzjastycznie, łącznie z obsługa restauracji. Jak we Włoszech. Miło. Turystów było całkiem sporo, ale wyraźnie mniej niż w szczycie - był to przełom sierpnia i września, więc koniec sezonu. W szczycie na ulicy słychać często język angielski oraz skandynawskie. Pod koniec sezonu turyści to głównie Bułgarzy, Rosjanie (sporo ładnych kobiet), Polacy (sporo cwaniaków), Angole (sporo podpitych troglodytów), Skandynawowie (sporo Skandynawów), Niemcy (faszyzm nie przejdzie!), Ukraińcy (faszyzm nie przejdzie!) i Rumuni, dla których bułgarskie wybrzeże Morza Czarnego jest chyba tańszą alternatywą dla własnego. W starej części Nesebyru było sporo turystów z Izraela. Jeden chłopaczek miał na sobie bluzę z polskimi emblematami narodowymi. Bardzo mnie to zdumiało, biorąc pod uwagę antypolonizm panujący w jego kraju, i rzecz jasna ucieszyło.

Niedaleko hotelu mieliśmy knajpę która wyglądała na firmowy pub piwa John Smith's, w której jednak rzeczonego piwa nie można było dostać, mimo natłoku szyldów z oryginalnym logo tegoż piwa na zewnątrz i wewnątrz. Ne panimajut. W środku poznaliśmy grupkę serbskich lekarzy z Pirotu z którymi trochę popiliśmy. Szkoda że stygmatyzacja tego narodu idzie tak daleko, że niektórzy z nich się początkowo przedstawiali jako Chorwaci. Nieopatrznie podwędziliśmy dwa krzesła ze stolika przy którym z drugiej strony siedzieli starsi, wulgarnie pijani Anglicy (Angielki zawsze się wulgarnie upijają) i zostaliśmy obwrzeszczeni, obgdakani i obkrakani przez taką jedną albiońską pijanicę. Arr, arr, majj czerr, arr!
W tej samej knajpie (swoją drogą, miła obsługa i świetny tarator) widzieliśmy innego Angola, który akurat wtedy przybił gwoździa na stole kiedy mu jego żona śpiewała na karaoke piosenkę miłosną. Cóż, bywa. Ciekawostka - Angole kiedy są pijani, to są jeszcze bardziej niemili i agresywni niż na trzeźwo, za to umieją całkiem nieźle śpiewać. Ot, zagwozdka.
Popis charyzmy dało trzech młodych Niemców którzy w naszym hotelu próbowali uskuteczniać podryw barmanki. Połączenie akcentu który zawstydziłby Conana Barbarzyńcę z niemieckim poczuciem humoru i finezją = prawiczek forever. "Yn Dszyrmeni łi sej "najn" foa "noł", bat yn ijstarn Dszyrmeni zej sej "neiii". [pauza] Hahahaha!" Biedna barmanka też się zaśmiała, widać dobrze wychowana.
Obsługa w restauracjach raczej szybka i miła. Zetknąłem się w trakcie moich pobytów z grubo powyżej setką kelnerów w Słonecznym Brzegu, Nesebyrze i Kranevie i aroganckich miałem co najwyżej ośmiu. Usprawniono również kolejność podawania dań. Parę lat temu zdarzało się jeszcze, że siadając w restauracji większą grupą jeden dostawał jako pierwsze deser, potem drugie danie a potem zupę, natomiast drugi dostawał najpierw drugie danie, ale wtedy kiedy ten pierwszy swoją zupę kończył. Po prostu podawali jak akurat było wygodnie. Te czasy należą już raczej do przeszłości.



Przy ulicy królują fast foody, czyli zazwyczaj kawałki dużej pizzy (4-6zł) albo kebaby (6-10zł), które są tutaj podawane w cienkim, okrągłym placku, a frytki stanowią część farszu. Można również spotkać stoiska na których podaje się kalmary (nie tylko kółka, czasami całe robale w całości), popularną cacę (minirybki frytowane w całości, jedzone zamiast czipsów) czy nawet raki rzeczne. 200gr cacy razem z dużym piwem to niewielki wydatek, rzędu 6-8zł.
Stołowaliśmy się zresztą zazwyczaj na mieście, bo inaczej nie dawało rady. Nie polecam w Bułgarii hotelu z wyżywieniem, bo na mieście i tak się zje tanio, a i smaczniej. No chyba że hotel ma dobrego kucharza, stąd warto przed wyjazdem przeczytać opinie na Internecie. Te o naszym były fatalne, ale myślałem że były pisane przez jakieś francuskie pieski z Anglii. Tymczasem jedzenie faktycznie było fatalne. Na śniadanie zjadliwa tylko jajecznica, więc po tygodniu jedzenia tego samego żołądek mi zaczął strajkować. Na obiadokolację jak było coś z grilla to fajnie, dwa razy gulasz wołowy i kavarma - ok. Ale poza tym nic się nie marnowało, najtańsza mortadela ze śniadania lądowała w zupie albo potrawce. Absolutnym hitem była zupa z kulek - tak się właśnie nazywała. Cienki rosół w którym pływały kulki z mielonego mięsa z poprzedniego obiadu.

Jeśli chodzi o piwo, to szczegółowy przegląd tego co można zastać w bułgarskich miejscowościach turystycznych opublikuję już w następnym wpisie. Będzie również o mocniejszych alkoholach, pamiątkach i muzyce.
Meduzy nie zadla a parza. Flirt jest jedna z lepszych wodek w bulgarii ale musi byc mrozony ponad -30 stopni.
OdpowiedzUsuń