Loading...

Bulgar Display of Power. Raport z Bułgarii. Część II

Teraz cosik o piwie. Nie wiem czy w Bułgarii jest system koncesyjny podobny do naszego, w każdym razie taka koncesja na sprzedaż musi być bardzo tania, bo piwo jest dostępne dosłownie w każdym kiosku. Czy jest dobre, to już insza sprawa. Generalnie jednak, jako piwa stołowe niektóre bułgarskie wywary dają radę. Trzeba się tylko nastawić na to, że nie dla piwa się na Bałkany przyjeżdża.

Jeśli chodzi o importy, to ich ilość jest niezbyt imponująca i są zazwyczaj drogie. Zdarzają się wszak wyjątki. Ot, można kupić butlekę Leffe Blond za 3,60zł. Albo Baltika Porter za 5zł. Królują jednak wodniste lagery - czyli Stella Artois, Heineken, Carlsberg, Beck's, Tuborg Green, austriacki Kaiser, czasami coś rosyjskiego można wyhaczyć. Poza tym wszędzie jest Sommersby, Strongbow i Magners z cydrów, częsty jest również lany Guinness, rzadszy Murphy's, można się natknąć na puszki John Smith's. Ale Wielka Brytania to wydatek rzędu 10zł. W jednej z serbskich restauracji wypiłem małą buteleczkę Stella Artois bez spojrzenia na cenę. 10zł za takie coś! I to tylko dlatego bo bułgarskie piwa im się skończyły. Trudno. Takie wodniste, choć poprawne słodowe piwo z lekkim kwaskiem i lekką goryczką. Nie aż takie złe jak myślałem (4/10). Z ruskich spróbowałem Baltika Porter, bo wydawał mi się najciekawszy. Nie wiem zresztą czy słusznie. Aromat z gatunku mocno lukrecjowych, ziemistych, nieco palonych. Ma jedyne 7% alkoholu i jest jak na styl dość lekkim piwem, choć gardło grzeje. Lekko gorzki, lekko słodki trunek któremu brakuje głębi i nie zapada na dłużej w pamięć (6/10). W dyskoncie osiągalny był Valentins Hefeweissbier, który smakował jak uboższa, nieco bardziej wodnista wersja jasnego Paulanera. Czyli był dość stonowany i miękki, bardziej bananowy niż goździkowy. Zauważyłem że pszenice dyskontowe bywają całkiem niezłe (6,5/10)

Wbrew skomplikowanej historii, w Bułgarii można stosunkowo łatwo wejść w posiadanie piw z Turcji. Takim jest np. Efes Dark. Początkowe wrażenie niezbyt korzystne, pachnie niczym sztuczne cappuccino, po paru chwilach dzięki karmelowi oraz delikatnej paloności wszystko się jakoś układa. jest piwem dość orzeźwiającym, z lekką acz odczuwalną goryczką. Nic specjalnego, ale o niebo lepsze od swego jasnego brata. (5,5/10) Z Rumunii nad bułgarską riwierę przyjechało Karsten Bier, które ma ten odpychający, słodowo-stęchły, nieco kartonowy aromat charakteryzujący sporą część eurolagerów, przy czym smakowo piwo jest zaskakująco niezłe jak na to czym jest. Miękkie i łagodne, w pierwszej chwili wodniste, po paru łykach nieco bardziej pełne, z goryczką powyżej średniej. Pijalne (4/10). 

Największa konsternacja zapanowała w mojej piwnej percepcji zapanowała kiedy ujrzałem na tablicy z menu czeskiej restauracji w starym Nesebyrze dwa słowa - Svijany Kvasničák. Nie wiem jak to się stało że niefiltr-niepaster z kultowego czeskiego browaru znalazł swoją drogę do bułgarskiego wybrzeża, ale stało się. A stało się dobrze. Przyniesione przez urodziwą czeską kelnerkę pokale weizenowe zawierały mętną, złotą ciecz, o profilu drożdżowo-słodowym, ciut bananowym, z niewielkim dodatkiem chmielu. Finisz udowadniał że to jednak są Svijany, bowiem goryczka była na poziomie co najmniej średnim. Bardzo miękkie, świeże i orzeźwiające, i po paru dniach smuty nareszcie normalne piwo w Bułgarii. No i w końcu pierwsze bardzo fajne piwo ze Svijan (7/10).

Królestwem importu za grosze jest Penny Markt. Tutaj szczycą się że takie a takie piwo jest warzone z Niemczech bądź Czechach. Gdyby się było jeszcze czym chwalić... Kupiłem wszystko co było w ofercie. I wszystko było mizernej jakości. Ot np. piwa z Czech. Taki Hopfen Bräu. Chmielu niet, słodu w zasadzie też niet. Ino woda, woda, woda. Skupiwszy się mocno, można odnaleźć jakieś echa zboża. A jednak woda smakuje lepiej (1,5/10). Kroner to kolejny ohydny czeski dyskontowiec. Sporo kartonu w aromacie, z dodatkiem słodu i kapusty. Piwo jest wodniste, z ciut mocniejszą goryczką niż konkurencja. Niesłychanie męczące, fatalnie wykonane (1,5/10). Ceska Koruna bije jednak na głowę wszystko. Jest to okropieństwo o aromacie i smaku mokrej ściery. Jest słodycz lekka, goryczki ni mo. Ekstrakt ze szmaty rozpuszczony w gazowanej wodzie. Gorzej się eurolagera w zasadzie nie da uwarzyć. Fuj! (1/10) Steininger to zaś sztampowa niemiecka marka Penny Marktu. Chwalą się że jest to piwo niemieckie. No nie wiem czy chwaliłbym się akurat tym piwem. Jest skrajnie wodniste, z minimalnym słodem, minimalną ścierą i minimalną goryczką oraz lekką alkoholową cierpkością na finiszu. Naprawdę fatalne (1,5/10).

Gros rynku to są jednak oczywiście bułgarskie jasne lagery. Piłem je zamiast wody (całkiem dwuznaczne stwierdzenie), nie odnotowując de facto wcale efektu alkoholu, były więc bardzo lekkie. Czuć było czasami delikatną różnicę między piwem kupionym w lodówce w kiosku a takim ze świeżo podpiętej beczki w knajpie. Pierwszym piwem po przyjeździe była litrowa plastikowa butelka Zagorki. Nie zmieniła się wcale od ostatniego pobytu - zeskunksiały, lekko słodowy i lekko goryczkowy pale lager, choć na tle europejskiej konkurencji nie najgorszy. No i półlitrowe, tłoczone butelki fajnie wyglądają (4/10). Wypita nad basenem Ariana jest skrajnie wodnista, jak niesłychanie cienki wywar zbożowy ze szczątkową goryczką. Wypiłem do końca, ale tylko dlatego że na słońcu (2/10). Kamenitza to też euro pale lager, pokroju Ariany, tyle że wyraźnie bardziej intensywny, pełniejszy, z mocniejszą goryczką, a zarazem dość orzeźwiający. Nic specjalnego, ale nadaje się jak najbardziej do picia w ciepłe dni (4/10). 

Astika to w zasadzie powtórka z Ariany, czyli wodniste piwo z lekką goryczką, tyle że z wyraźnymi nutami jabłkowymi w aromacie. Niestety poza plażą jest raczej niepijalne (2,5/10). Piwem lokalnym jest Burgasko. Początkowo czuć coś pokroju chuchnięcia ziołowego chmielu, po chwili już tylko zboże i jabłka. Całkiem typowy eurolager z lekką goryczką. Niemniej jednak nie jest to złe piwo, szczególnie kiedy pije się je ze świeżo podpiętej beczki (4/10). Pozytywną niespodzianką było Pirinsko Svetlo (alk. 4,3%, ekstr. 10%). Mimo że producentem jest Carlsberg, jest naprawdę niezłe jak na eurolagera. Delikatne, nieco chlebowo-słodowe, z niską goryczką, ale uwaga jest skupiona na owej nadzwyczaj przyjemnej jak na koncerniaka słodowości. Coć pokroju hellesa, tyle że z mniejszą słodyczą (5/10). Od normy odstaje nieco Boljarka, która ma nawet ciekawy choć nie do końca przyjemny aromat brzeczkowo-tytoniowy, przez który się niestety przedziera karton. Ten ostatni dominuje w smaku, wskutek czego jest to piwo ciężkie do wypicia (2/10).

Shumensko ma dwie odsłony. Jedna to Shumensko Premium Malt, czyli słodkawe, słodowe piwo ze szczątkową goryczką. Lane w barze hotelu Imperial było całkiem w porządku jak na ten gatunek (4/10). Druga odsłona jest tańsza i lepsza. Shumensko Svetlo to taki helles, czyli zdecydowanie słodowe piwo z bardzo nikłą goryczką ale nie takie wodniste jak sztandarowe pale lagery. Wprawdzie było również czuć trochę słodkiej kukurydzy, ale nie przeszkadzało mi to. Jedno z lepszych piw tutaj (5/10).

Niejako poza konkurencją jest Kamenitza Nealko, które było zaskakująco dobrym piwem bezalkoholowym. Przynajmniej jeśli ktoś lubi sok z marchwi, bo poza brzeczką właśnie to było głównie w tym piwie czuć. A ja lubię. Orzeźwiające, naprawdę niezłe. Goryczka nikła, ale to nic. Puszka w rękę i hen na spacer po mieście (5,5/10).

Krowy. Właśnie, krowy, czyli PET-y o pojemności od 2 litrów do 2,5l to jest bułgarski szlagier, który wszak furorę robi również w innych krajach Europy wschodniej, choć nie wiedzieć czemu ominął Polskę. Taka krowa w sklepie kosztuje około 3,5-4,50zł, więc się opłaca, szczególnie że standardowe marki bułgarskie są również sprzedawane w takiej postaci. Najdroższym jakie kupiłem było Slavena Svetlo, okazało się być również najznośniejszą z "krów". Nieco słodowy aromat, średnio wodnisty smak z lekką goryczką. Brak ewidentnych wad, jak najbardziej pijalne na plaży. Szczególnie że jak na piwo o niskim ekstrakcie (8%) nie było nadmiernie wodniste (4/10). Balkansko Svetlo mimo fajnej nazwy i fajnej etykiety nawiązującej do sztuki ludowej niestety było kiepskie. Trochę słodowe, trochę wodniste, trochę męczące (3/10). Najtańsze były dwa piwa z browaru Lom, obydwa fatalne, jedno z nich szczególnie. Tym lepszym była Mizija, która ma przywary czeskiego pilsa bez jego plusów. Czyli sporo masła, trochę słodu i kartonu. Dość wodniste, ma 9% ekstraktu początkowego i 4% alkoholu. Szybko zaczyna męczyć i irytować. Budżetowy sikacz dla mało wybrednych (2/10). Jeszcze gorsze było Dunavsko Svetlo, które pachniało i smakowało jak landrynka rozpuszczona na arkuszu kartonu. Tego się wypić nie dało. Aha, jest to "siódemka", odfermentowana na maksa. Tak, 7% ekstraktu, 3,5% alkoholu. Takie coś istnieje (1,5/10).

Oczywiście, tak samo jak w innych krajach regionu, tak i w Bułgarii nastąpiła inwazja radlerów, choć efekt jest raczej mizerny. Na ulicy nie widzi się dziewczyn w miniówach pociągających łyk za łykiem z radlerowej puszki (dziewczyny w miniówach bez radlerów widzi się za to często), a na sklepowych półkach sekcja z radlerami obejmuje mniej więcej taki procent całości co u nas dział z porterami bałtyckimi. Więc niewiele. Hitem, i to dosłownie jest Zagorka Fusion. Zagorka poszła w segment premium, toteż napój jest droższy od średniej, ale wart swej ceny. Połączenie jasnego piwa z sokiem z białych winogron zaowocowało (nomen omen) łagodnym, orzeźwiającym, winogronowym smakiem z podkreśloną goryczką i stosunkowo niską słodyczą. Goryczka przyjemna i rozległa a nie punktowo drapiąca jak w przypadku większości radlerów. No i smakuje bardzo naturalnie. Fajna rzecz (6,5/10). 

Niezły okazał się równiez Kamenitza Fresh Lemon. Przede wszystkim był jak na radlera mało słodki, za to przyjemnie kwaskowy, smakował lemoniadą (bardziej domową, nie Sprite'em), a i goryczka w finiszu nie była męcząca. Jak najbardziej w porządku (5/10). Kamenitza Fresh Grep jest gorszy, mniej wyrazisty, mniej kwaskowy, slodszy i bardziej landrynkowy. Jest wszak nadal pijalny i w porównaniu do radlerów konkurencji mimo wszystko nie zalepia słodyczą (3,5/10). Radlery robi też Ariana, której propozycja jest jednak przesadnie słodka i nieco landrynkowa. Jakościowo poziom zbliżony do piwa bazowego, niestety (2,5/10). Pirinsko Radler zaś odstaje in minus wobec piwa bazowego, czyli Pirinsko. Pachnie i smakuje bardzo sztucznie, jest słodkie z nieprzyjemnym, cierpko-słodkim, zaklejającym finiszem (2/10).

Wśród tej mizerii udało mi się wszak kupić jedną perełkę, i to produkcji bułgarskiej, która stanowi ekwiwalent porterów bałtyckich w Polsce jakiś czas temu. I wówczas wszyscy przecierali oczy ze zdumienia że w królestwie jasnych sikaczy i spirolowatych strongów produkuje się takie cuda. Na rynku bułgarskim takim cudem jest Stolichno Bock (ekstr. 16%, alk. 6,5%). Powyższe nawiązanie do porterów bałtyckich ma większy sens (na pięknej puszcze zaś widnieją peany do Einbecku, czyli stylowo), wbrew swojej nazwie piwo jest bowiem bardzo ciemne i ma głęboki aromat, w którym nuty karmelu, orzechów i suszonych śliwek kulminują w czekoladowym finiszu. Piwo jest lekko słodko-gorzkie, kremowe w ustach, gęste i treściwe, zaś alkoholu (6,5%) nie czuć wcale, nie licząc rozgrzewającego uczucia w gardle. Ujawniające się po lekkim ogrzaniu nutki sosu sojowego dopełniają całości. Świetny koźlak, od kiedy miałem sposobność skosztowania świątecznej warki Zlatego Bażanta w tym stylu nie piłem równie dobrego. Kojarzy mi się nieco z Amber Grand Imperial Porterem, tyle że w lepszym wydaniu (7,5/10).

Jeśli chodzi o alkohole mocne, to warto spróbować trzech rzeczy. Jedną jest rakija, czyli na dobrą sprawę bimber, tutaj robiony z winogron. Rakija Pesztera, jedna z tańszych, ma zaskakująco łagodny, lekko słodki smak i była lepsza niż wszystkie rakije jakich kosztowałem w dawnej Jugosławii. Sądzę że rakija muskatowa jest wobec tego jeszcze lepsza. Najlepszą rakiję jaką piłem kupiłem swoją drogą z domowego wyrobu nadzorcy restauracji w hotelu w Kranevie. Była to rakija miodowa, a ten rzemieślnik znał swój fach.

Drugim miejscowym alkoholem jest mastika, czyli mocny (47%) destylat anyżowy. Gęstszy i słodszy od ouzo czy raki, przypominający nieco włoską sambuccę. Kiedy jest zmrożona, w środku tworzą się kryształki, zaś po dolaniu czystej wody zmienia kolor na mleczny. Trzecim specyfikiem jest likier miętowy (menta), który miejscowi piją zmieszany pół na pół z mastiką. Tę ostatnią można również pić rozcieńczoną colą, podobnie jak ouzo. Tylko uwaga na kaca, bo przychodzi bez litości...

Oczywiście jest też dużo wódki, Bruce Willis reklamuje tutaj swoją twarzą Sobieskiego już od ładnych paru lat kiedy w Polsce jeszcze nikt o tym nie słyszał. Sobieski jest w Bułgarii zresztą uważany za wódkę z wyższej półki i sprzedawany po cenach zbliżonych do Finlandii i Absolutu. Ogółem rozpoznawalna marka, udała im się kampania marketingowa w tym kraju - drink bary się często wręcz reklamują tym że do drinków stosują różne odmiany Sobieskiego. Z miejscowych alkoholi warto wspomnieć o Savoy czyli takim chyba bułgarskim Polmosie, który sądząc po smaku i cenie najpierw robi wódkę a potem za pomocą barwników i armatów robi z niej whisky, gin i inne rzeczy. Nie tak dawno został skazany za podrabianie banderoli do swoich produktów, ale zapłacił karę i pędzi dalej.

Co kupić do domu? Polecam naturalnie piękne ikony, całkiem ładne gliniane naczynia, niedrogie srebro, roboty ręczne których tutaj jest nadal sporo mimo obecności chińszczyzny. Absolutnym hitem są łańcuchy na szyję, które się kupuje nawinięte na rolki, płacąc od metra. Świetny widok przedstawiały sobą również ongiś stoiska manufakturowe na targu w Warnie, gdzie jakaś pani mozolnie przyszywała metki Calvin Klein czy innego Levisa ze stosu takich metek do dżinsów podawanych jej przez inną panią. Zgodne z duchem craft. Ja się zdecydowałem kiedyś na dwa Roleksy, chyba tureckie choć może i produkcji chińskiej. Ten za 10zł mi spaźniał mniej więcej 5 minut na każdą godzinę i przestał działać po tygodniu, natomiast ten za 12zł chodził chyba nawet z miesiąc. Dobrze mieć w posiadaniu symbole statusu!
Tradycyjnie przywożę do domu z wyjazdu składankę z bułgarską muzyką. Nie jest to muzyka ludowa - ta brzmi mile dla ucha, często jak połączenie melodii kojarzących się z bałkańskimi pasterzami (ale i naszymi góralami) z rytmami nieco orientalnymi. W użyciu są często dudy - taki szalony dudziarz który od wielu lat codziennie gra na murach przy wejściu do starego Nesebyru to człowiek instytucja, człowiek w ogniu, integralna część starówki. 

Ja jednak przywożę składanki z chalgą, czyli osobliwym połączniem bałkańskich rytmów z muzyką taneczną. Disco bułgaro? No i co z tego. W Jugosławii się na to mówi turbofolk, a mi się bardzo podoba. Panie które śpiewają mi się zresztą też zazwyczaj bardzo podobają. Podoba mi się również zdziwienie na twarzy sprzedawcy kiedy proszę o jakąś chalgę. Inostraniec przyjechał kupić bułgarski kicz? A czemu by nie? Niestety, widać pewne znaki rozkładu. Dawniej wokalistki musiały mieć trochę talentu żeby śpiewać charakterystyczne wibrato, na nowych utworach jednak niestety często słychać badziewie o nazwie autotune, które irytuje moje uszy bez litości.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że jest to kraj w którym Polak spoza listy stu najbogatszych może sobie w ciepłym słoneczku pójść na plażę z drobnym piaskiem, popływać w stosunkowo ciepłym i mało słonym morzu, pooglądać ładne panie, poznać sympatycznych ludzi, chodzić parę razy dziennie do restauracji albo kafejki i nie płakać nad zanikiem zawartości swojego portfela jak we Włoszech czy innej Chorwacji. Przekłada się to na bardziej wyluzowane, a stąd i udane wakacje. Mimo braku większych piwnych uniesień.
piwne podróże 5102608981057371958

Prześlij komentarz

  1. 'Następną razą' polecam płyty kapeli 'Hipodil' - bułgarskie punk/ska daje radę i to mocno! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie moje klimaty, ale Overdawn gra całkiem sympatycznie, choć bardzo wtórnie: http://www.youtube.com/watch?v=DqItl0-mEhc

      Usuń
  2. Zagorka to też Calsberg

    OdpowiedzUsuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)