Loading...

Bulgar Display of Power. Raport z Bułgarii. Część I

Pierwszy raz byłem w Bułgarii w roku 2008. Zastana rzeczywistość w zestawieniu z niezbyt mądrymi przesądami jakim wcześniej hołdowałem, s...

Pierwszy raz byłem w Bułgarii w roku 2008. Zastana rzeczywistość w zestawieniu z niezbyt mądrymi przesądami jakim wcześniej hołdowałem, sprawiła że moje nastawienie zmieniło się na wręcz entuzjastyczne. Chłonąłem wszystko co tylko można było na temat tego kraju, od historii przez muzykę, skończywszy naturalnie na jedzeniu i piciu. Od tamtego czasu byłem w Bułgarii pięć razy, za każdym razem mi się bardzo podobało, przy czym już nieco ochłonąłem od pierwszego zauroczenia. Jak każdy kraj ma swoje plusy i minusy, te pierwsze jednak, przynajmniej jeśli jest się turystą, zdecydowanie przeważają. Po ostatnim pobycie, z którego wróciłem dwa miesiące temu, postanowiłem nakreślić raport czego się można spodziewać nad bułgarskim wybrzeżem Morza Czarnego. Będzie sporo o piwie, choć nie tylko.

Pierwszy raz byłem autokarem, trzy razy samochodem, w tym roku po raz pierwszy samolotem. Najlepiej a zarzem najgorzej było samochodem. Najlepiej, bo wówczas zwiedziłem po drodze Belgrad i Nowy Sad. Najgorzej wcale nie przez długą, dwudniową jazdę, a przez to że w drodze powrotnej auto się nam rozkraczyło w środku Serbii i dostaliśmy się nieszczęśliwie w łapska jakichś miejscowych mafiozów. Samolot jest zdecydowanie najlepszą opcją - półtorej godziny lotu i na miejscu. Szkoda trochę że w towarzystwie cwaniackich troglodytów, dla których wyprostowanie oparcia mając za sobą matkę z dzieckiem na kolanach jest czynnością niesłychanie kłopotliwą i których ulubioną plebejską rozrywką na pokładzie jest robienie zdjęć stewardom w trakcie instruktażu bezpieczeństwa.

Po wylądowaniu bułgarska, południowa maniana, czyli niemalże godzinne czekanie na bagaże. Transfer do hotelu w Słonecznym Brzegu. Znowu maniana - okno zepsute, zamknąć się nie da, a techniczny dopiero jutro przyjdzie. Wykładzina rodem z PRL-u, a łóżeczko dziecięce chyba wykradzione z 50-letniego, opustoszałego sierocińca w którym straszy duch cygańskiego dziecka. No ale nie po to się tu przyjechało.

W końcu pierwszy wieczorny spacer i pierwsze piwo, Zagorka z litrowego PET-a. Ceny wzrosły w porównaniu do stanu sprzed paru lat, co jednak nie dziwi, biorąc pod uwagę że paliwo jest obecnie tak samo drogie jak u nas, a i cena prądu ostatnio mocno poszła w górę. Nadal jednak Polak ze średnim wynagrodzeniem może sobie jeśli chodzi o Europę najtaniej wczasować właśnie w Bułgarii (może jeszcze Czarnogórze). Względnie niskie podatki (np. liniowy dochodowy 12%) powodują, że Bułgaria jest nadal tania, nieco tańsza niż polski interior, o polskim wybrzeżu Bałtyku nie wspominając. Trzymając się obrzeży hotelowego molocha jakim jest Słoneczny Brzeg albo idąc do Nesebyru, od którego dzieliło nas jakieś 300m, można tanio zjeść i wypić. Drugie dania w przedziale 10-20zł, zupy koło 5zł, piwo lane w knajpie 3zł-6zł. W centrum Słonecznego Brzegu przy głównej ulicy wojna cenowa doprowadziła do tego, że piwo leje się po 2zł, żeby tylko przyciągnąć turystów na jedzenie, które w tym miejscu oczywiście jest nieco droższe. Sklepy dla turystów drogie, piwo w puszcze potrafi w takich przewyższać ceną lane w knajpie. Przykładem Zora, nieco większe, schludne i czyste delikatesy z dość wysokimi cenami. Alkohole też podrożały. Czasy kielonków tequili za 1zł już minęły raczej bezpowrotnie. Wprawdzie butelkę Sofii można kupić już za 3,60zł, czyli w cenie jabola, ale najgorsza miejscowa wódka czyli Flirt to już wydatek około 20zł za litr. Jak sobie przypomnę obalanie ciepłej butelki tego specyfiku wyjętej z półki przegrzanego sklepiku w Kranewie przed wejściem do dyskoteki, to robi mi się niewyraźnie...

Na południu miejscowości otworzył swoje podwoje Penny Markt, dyskontowa sieć niemiecka, u nas jeszcze nieobecna. Tanio jest, choć rozgardziasz i brud jak w Biedronce 10 lat temu. Ale za to są ścinki! Co to są ścinki? Plastry drogich wędlin z Zachodu po śmiesznych cenach. Już ostatnio się nimi zajadałem, obecnie podaż znacznie wzrosła. Zacząć trzeba od tego, że te wszystkie szynki prosciutto crudo, te wszystkie salame milano czy inne spianatta bądź chorizo są często paczkowane w Bułgarii oraz Rumunii. Jako że w ten sposób plastrowane wędliny muszą mieć ten sam zestandaryzowany wygląd, a każdy plasterek musi mieć taki sam wymiar, jest oczywiste że część odpada. W przypadku kiełbas są to końcówki, które tutaj można dostać w półcentymetrowych plastrach za około 15zł/kg. Trochę ciężko się to gryzie. Lepiej jest z szynkami. Prosciutto crudo jest krojone w cienkie plasterki do końca, tak samo bresaola czyli włoska szynka wołowa. Normalnie te szynki kosztują u nas w przedziale między 80-120zł/kg. A tutaj 20zł/kg. Wystarczy że plastry są nieunijne i od razu skokowo spada ich wartość. Wskutek tego obżerałem się niemalże codziennie lekko anyżową bresaolą i nieco orzechowym prosciutto crudo. Takie rzeczy tylko w Bułgarii.

Ewenementem są stojące na każdym rogu automaty z kawą za monety, częściowo produkcji włoskiej. Żadna tam lura rozpuszczalna Neskafej tylko smaczne espresso. Cena 80gr do 1zł. Cappuccino 1,20zł-1,40zł. Parę takich dziennie piłem i po powrocie najbardziej mi (oprócz słońca) właśnie ich brakuje. Espresso za 80gr jako podstawowe prawo człowieka!

Architektura Słonecznego Brzegu jest hotelowa. Pomiędzy hotelami są już tylko restauracje i malutki kościółek pw. św. Katarzyny, wiecznie zamknięty zresztą. Poza sezonem chyba nikt tutaj nie mieszka. Fajne jeśli się chce baunsować all night long, ale nie ma klimatu. Jest też sporo kiczu i południowej maniany. Przykładem hotel Imperial. Cztery gwiazdki, przed wejściem jakieś wypasione bryki, ale tapety w toalecie obok holu odłażą od ścian, a sam hol przytłaczający i mega kiczowaty wszechobecnością egipskich hieroglifów.

Dlatego warto się wybrać do Nesebyru, i to również do jego nowej części. Tutaj nad wybrzeżem jest garść gustownych hoteli i apartamentowców, w dalekim interiorze straszą szkielety niedokończonych kamienic, ukatrupionych przez przeinwestowanie bułgarskiego rynku nieruchomości, ale pomiędzy znajduje się tętniące życiem południowe miasto na wzgórzu, z pielęgnowanymi ogrodami nad plażą, zielonymi, wąskimi alejkami, kafejkami, małymi restauracjami i sklepikami. Brak dużego centrum handlowego robi swoje i taki stan rzeczy mi jak najbardziej odpowiada. Bułgarskie miasta to zazwyczaj siermiężna komunistyczna architektura, która sprawia że zaczynamy łagodniejszym okiem patrzeć nawet na takie miejscowości jak Opole czy Bytom. W Nesebyrze nowym jest inaczej, pewnie przez zieleń i sporą ilość cegieł użytych nawet przy konstrukcji bloków. Ma coś w sobie z Podgoricy i nowej Budvy, choć od pierwszej jest bogatsze, zaś od drugiej bardziej klimatyczne. No i absolutny ewenement - schody na plażę zakręcają, tworząc mały taras, z boku którego można podziwiać znajdującą się poniżej przebieralnię na plaży. Od góry! Takie rzeczy tylko w Bułgarii. Nie omieszkałem na chwilkę przystanąć rzecz jasna, przebierająca się (chyba) Rosjanka była tego warta. 

Osobnym tematem jest stary Nesebyr. Przepiękne miasteczko na półwyspie, jedno z pięciu najładniejszych w jakich byłem (a byłem w paru takich miejscach), założone przez Traków, a później znane jako grecka kolonia Mesembria. Pełno ruin cerkiewek (w szczytowym momencie działało tutaj ponad 40 cerkwi, co czyniło bądź co bądź małe miasteczko najbardziej zakościelonym na świecie), charakterystyczne bułgarskie domy z murowanym parterem i drewnianym piętrem, niezliczone klimatyczne knajpki, kramiki z ręczną robotą, ciuchami i tureckimi roleksami. Co ciekawe, można tutaj zjeść i wypić taniej niż w Słonecznym Brzegu. Nie da się oddać magii tego miejsca, trzeba to samemu zobaczyć. Podobne miejscowości znajdują się na wschodnim wybrzeżu Adriatyku, a równać się z Nesebyrem mogą moim zdaniem jedynie Rovinj i Budva.

Plaże szerokie i piaszczyste, oddzielone wydmami od zabudowań, drobny piasek, morze ciepłe i mało słone. A no i ładne panie na ręcznikach, aczkolwiek nie ma takiego szału jak w miejscowościach typu Kranevo, w których są de facto sami turyści (i turystki) z Europy wschodniej. No ale myśmy w sumie byli na uboczu miejscowości. Zaraz obok nas na plaży restauracja Serbski Dom, a w środku pełno Serbów, serbska muzyka, serbski grill, a obsługa ni w ząb po serbsku. Que?

Mniej fajnie było jak mnie w pierwszy dzień po wypłynięciu głębiej w morze użądliła meduza. Nie udało się jej mnie zatopić, więc szybko do brzegu, biegiem do jakiejś plażowej restauracji i polałem sobie miejsce użądlenia octem (neutralizuje użądlenia meduz; ponoć mocz jeszcze lepiej działa, no ale bez jaj...). Wpierw parzy, potem grzeje, po paru godzinach rozpoczyna się ból reumatyczny no i skóra robi się chropowata. I tak aż do późnego wieczora. Ogółem nie polecam.

Ludzi w Bułgarii odbieram generalnie jako przyjaznych. Co ciekawe, ostatnimi czasy łatwiej jest się z nimi dogadać po angielsku niż po rusku. Po polsku nie da rady - jest to chyba najbardziej odmienny od naszego język słowiański, a przy okazji dość twardy w wymowie. Co sympatyczne, na dzieci reagują bardzo przyjaźnie, niekiedy wręcz entuzjastycznie, łącznie z obsługa restauracji. Jak we Włoszech. Miło. Turystów było całkiem sporo, ale wyraźnie mniej niż w szczycie - był to przełom sierpnia i września, więc koniec sezonu. W szczycie na ulicy słychać często język angielski oraz skandynawskie. Pod koniec sezonu turyści to głównie Bułgarzy, Rosjanie (sporo ładnych kobiet), Polacy (sporo cwaniaków), Angole (sporo podpitych troglodytów), Skandynawowie (sporo Skandynawów), Niemcy (faszyzm nie przejdzie!), Ukraińcy (faszyzm nie przejdzie!) i Rumuni, dla których bułgarskie wybrzeże Morza Czarnego jest chyba tańszą alternatywą dla własnego. W starej części Nesebyru było sporo turystów z Izraela. Jeden chłopaczek miał na sobie bluzę z polskimi emblematami narodowymi. Bardzo mnie to zdumiało, biorąc pod uwagę antypolonizm panujący w jego kraju, i rzecz jasna ucieszyło.

Spotkań międzykulturowych ciąg dalszy. Głowa poznanej młodej rodziny z Samary bardzo się ucieszyła kiedy skojarzyłem że mają w mieście fabrykę samochodów (Łady), chłop mi jednak wyłożył po angielsku z sążnistym ruskim akcentem, że nie jest to wcale fabryka samochodów, tylko co najwyżej jeżdżących trumien bądź też machin zagłady (doomsday machines). Sympatyczna autoironia. W ogóle nie jestem póki co w stanie potwierdzić negatywnych stereotypów nt. rosyjskich turystów. Owszem, czasami się potrafią nieco dziwnie ubrać, generalnie są jednak grzeczni i sympatyczni. Inaczej niestety niż sporo turystów z Polski, którzy lepiej żeby z z domu nie wyjeżdżali. Choć ten ubiór... naprzeciwko nas w ciufci kursującej między starym Nesebyrem a Słonecznym Brzegiem siedziała taka para z Rosji. Ona - ładna, gustownie ubrana dziewczyna w długiej sukience. On - ubrany w strój galowy, czyli szary, bawełniany dres od okutych w niebieskie adidasy stóp do ogolonych głów. U nas jednak gust raczej od bezguścia stroni.

Niedaleko hotelu mieliśmy knajpę która wyglądała na firmowy pub piwa John Smith's, w której jednak rzeczonego piwa nie można było dostać, mimo natłoku szyldów z oryginalnym logo tegoż piwa na zewnątrz i wewnątrz. Ne panimajut. W środku poznaliśmy grupkę serbskich lekarzy z Pirotu z którymi trochę popiliśmy. Szkoda że stygmatyzacja tego narodu idzie tak daleko, że niektórzy z nich się początkowo przedstawiali jako Chorwaci. Nieopatrznie podwędziliśmy dwa krzesła ze stolika przy którym z drugiej strony siedzieli starsi, wulgarnie pijani Anglicy (Angielki zawsze się wulgarnie upijają) i zostaliśmy obwrzeszczeni, obgdakani i obkrakani przez taką jedną albiońską pijanicę. Arr, arr, majj czerr, arr!

W tej samej knajpie (swoją drogą, miła obsługa i świetny tarator) widzieliśmy innego Angola, który akurat wtedy przybił gwoździa na stole kiedy mu jego żona śpiewała na karaoke piosenkę miłosną. Cóż, bywa. Ciekawostka - Angole kiedy są pijani, to są jeszcze bardziej niemili i agresywni niż na trzeźwo, za to umieją całkiem nieźle śpiewać. Ot, zagwozdka.

Popis charyzmy dało trzech młodych Niemców którzy w naszym hotelu próbowali uskuteczniać podryw barmanki. Połączenie akcentu który zawstydziłby Conana Barbarzyńcę z niemieckim poczuciem humoru i finezją = prawiczek forever. "Yn Dszyrmeni łi sej "najn" foa "noł", bat yn ijstarn Dszyrmeni zej sej "neiii". [pauza] Hahahaha!" Biedna barmanka też się zaśmiała, widać dobrze wychowana.

Obsługa w restauracjach raczej szybka i miła. Zetknąłem się w trakcie moich pobytów z grubo powyżej setką kelnerów w Słonecznym Brzegu, Nesebyrze i Kranevie i aroganckich miałem co najwyżej ośmiu. Usprawniono również kolejność podawania dań. Parę lat temu zdarzało się jeszcze, że siadając w restauracji większą grupą jeden dostawał jako pierwsze deser, potem drugie danie a potem zupę, natomiast drugi dostawał najpierw drugie danie, ale wtedy kiedy ten pierwszy swoją zupę kończył. Po prostu podawali jak akurat było wygodnie. Te czasy należą już raczej do przeszłości.

Co warto zjeść oprócz ścinek? Na przykład tarator, czyli chłodnik z kwaśnego mleka i świeżych ogórków, doprawiony koprem, orzechami włoskimi i czosnkiem. Podawany jest niesolony i tak powinien być też jedzony, choć odrobinka soli nie zaszkodzi. Kavarma, czyli duszone mięso z kurczaka albo świni, razem z papryką, cebulą i ziemniakami, i dużą ilością szarenej soli, czyli narodowej mieszanki przypraw, która jest dodawana niemalże wszędzie, łącznie z wędlinami. Mi smakuje, choć nie każdemu musi. Nazwa oznacza kolorową sól, znana jest również jako czubryca. W składzie dominującym elementem jest cząber górski, a ponadto dodaje się do niej papryki, pietruszki, czosnku czy kozieradki. W niektórych daniach, np. właśnie kavarmie, podawanej zazwyczaj w glinianej misce z pokrywą, jest wyraźnie wyczuwalna. Co dalej? Na przykład papryka, cukinia oraz bakłażan, wszystko z farszem z mielonego mięsa. Całkiem popularne są dania z barana. Jadłem wiele razy barani rosół, trzeba jednak uważać bo dodawane są do niego często baranie podroby. 

Zapiekanki, np. w kształcie gondoli, z ziemniakami, grzybami, mięsem i papryką, zapiekane miejscowym żółtym serem który się moim zdaniem nadaje jedynie do zapiekania właśnie, są lekkie w smaku i bardzo smaczne. Specjalnością jest sacz, czyli ogromna ceramiczna płyta na której znajduje się pełno warzyw i mięsa. Minimum na dwie osoby. Popularne są również szaszłyki kaukaskie, podawane na szpadzie (bo to jest takie długie że inaczej jak szpadą się tego nazwać nie da) na stojaku. Poza tym ser po szopsku, podawany również w ceramicznej misie z pokrywką, mieszany z jajkami oraz pomidorem. Podstawą tego dania jest ser feta, który w Bułgarii z uwagi na miejscowe kultury bakterii (lactobacillus bulgaricus) ma dość specyficzny smak. Dodaje się go również do szopskiej sałaty (pomidory, ogórek, cebula, czasami grillowana papryka, wszystko pokryte wiórami sera feta), która mi w związku z tym bardziej smakuje w Serbii, w której to feta jest bardziej kremowa bądź Grecji, gdzie znowuż jest nieco mniej kwaskowa. Jeśli więc chodzi o sery bułgarskie, znajdują się poza obszarem zainteresowań moich kubków smakowych. Inaczej ma się nieco rzecz z wędlinami. Zdarzają się ohydne, np. czosnkowa salami lukanka, ale i również smaczne, jak suszanica, mocno suszone a la salami po 30 parę złotych za kg. Trzeba tylko lubieć szareną sól, bo jest wszędzie. Jak motocykle.

Inną kwestią jest instytucja grilla (bułg. skara), czyli specjalność Bałkanów. Królują wszelkiej maści szaszłyki, kjufte i kebabcze (mięso mielone w kształcie placuszka albo rolki; coś jak jugolskie cevapcici ino większe i z szareną solą, a jakże) czy kiełbasy typu karnacze bądź nadenica. Ale najlepszy bałkański grill jest typu leskovackiego, czyli serbski. Stąd też bardzo dużo serbskich restauracji w Bułgarii. Mnogość pleskavic, cevapów, szaszłyków, różnych kiełbas i innych mięs, grillowanych tradycyjnie na drewnie, przez co stają się również lekko podwędzane. Mistrzostwo! Mistrzostwem jest też pieczony prosiak bądź jagnię, nadziewane na rożno w caości i pieczone nad ogniem. Takie coś można zjeść w każdym słowiańskim kraju na Bałkanach, również w Bułgarii.

Przy ulicy królują fast foody, czyli zazwyczaj kawałki dużej pizzy (4-6zł) albo kebaby (6-10zł), które są tutaj podawane w cienkim, okrągłym placku, a frytki stanowią część farszu. Można również spotkać stoiska na których podaje się kalmary (nie tylko kółka, czasami całe robale w całości), popularną cacę (minirybki frytowane w całości, jedzone zamiast czipsów) czy nawet raki rzeczne. 200gr cacy razem z dużym piwem to niewielki wydatek, rzędu 6-8zł.

Stołowaliśmy się zresztą zazwyczaj na mieście, bo inaczej nie dawało rady. Nie polecam w Bułgarii hotelu z wyżywieniem, bo na mieście i tak się zje tanio, a i smaczniej. No chyba że hotel ma dobrego kucharza, stąd warto przed wyjazdem przeczytać opinie na Internecie. Te o naszym były fatalne, ale myślałem że były pisane przez jakieś francuskie pieski z Anglii. Tymczasem jedzenie faktycznie było fatalne. Na śniadanie zjadliwa tylko jajecznica, więc po tygodniu jedzenia tego samego żołądek mi zaczął strajkować. Na obiadokolację jak było coś z grilla to fajnie, dwa razy gulasz wołowy i kavarma - ok. Ale poza tym nic się nie marnowało, najtańsza mortadela ze śniadania lądowała w zupie albo potrawce. Absolutnym hitem była zupa z kulek - tak się właśnie nazywała. Cienki rosół w którym pływały kulki z mielonego mięsa z poprzedniego obiadu.

Co więc mogę polecić jeśli chodzi o knajpy? Na plaży na samym południu Słonecznego Brzegu Srpska Kuća czyli Dom Serbski, świetny grill. Trochę wyższe ceny niż poza plażą, ale tańsze niż w innych restauracjach na plaży. Tu sobie szczególnie upodobałem pleskavicę, choć i kebabcze mieli niezgorsze. Na tej samej wysokości ale w interiorze, obok stadionu i vis a vis cerkiewki św. Katarzyny restauracja Saroch, uczęszczana przez miejscowych, stąd z wyglądu nie tak okazała, za to tania i klimatyczna. Zapiekanka w glinianej formie 10zł, szopska sałata 7zł, szaszłyk kaukaski 20zł. Świetne jedzenie, same bułgarskie specjały. Tuż obok restauracja The Step z przyjemnym ogródkiem na tyłach, w nieco śródziemnomorskim stylu. Drogo, ale w godzinach południowych można zjeść zupę i drugie danie za 10zł. Kavarma z wieprzowiną z dużą ilością szarenej soli była bardzo aromatyczna, a zarazem delikatna. Samo centrum nowego Nesebyru obfituje w fajne knajpki, przy głównym skrzyżowaniu jest np. taka jedna o nazwie Buleward, naprzeciwko hotelu Stella, z dużym ogródkiem i wygodnymi sofami, a wewnątrz ma ciekawy bar za którym podłoga jest około pół metra poniżej poziomu dla gości, stąd siedzi się przy nim na niskich krzesłach. Jeśli dodać dostępność Leffe Brune, można wybaczyć nieco wolną obsługę. W Starym Nesebyrze od strony północnej przy wybrzeżu jest knajpa "Morskiego Wilka" jak żeśmy go za ostatniego pobytu ochrzcili, gadającego w wielu językach i wyglądającego jak kapitan z Simpsonów. Już się dla mnie przestała nadawać. Nie mam nic przeciwko wielkiej fladze Rosji na ścianie, jeśli jest jednak skrzyżowana z równie wielką flagą Sojuza, a spojone są ze sobą dużą płaskorzeźbą z mordą Lenina, to czuję bulwers. Zaraz obok jest jednak The Old Mill, w której podają świetne żeberka z grilla, sądząc po smaku marynowane w czerwonym winie. Odrobinkę dalej jest The Mexican, w którym chyba nie ma dań meksykańskich, za to jest bardzo fajne mięsiwo z grilla, tarator za 4zł a piwo za 3zł. Przy wybrzeżu od strony wschodniej są bardzo klimatyczne knajpki z niesamowitymi widokami, miejscami zawieszone tuż nad wodą. W The Old Captain zjadłem smaczny, dość słodki ogon langusty za 13zł. W środku miejscowości, pomiędzy kramikami i ruinami cerkiew są również bardzo sympatyczne knajpy do których warto wstąpić chociażby na kawę czy na piwo.

Jeśli chodzi o piwo, to szczegółowy przegląd tego co można zastać w bułgarskich miejscowościach turystycznych opublikuję już w następnym wpisie. Będzie również o mocniejszych alkoholach, pamiątkach i muzyce.

Słoneczny Brzeg 1458069595821711201

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)