Loading...

Majorka – Mare Nostrum, pejzaże i punkowy browar


Niemcy składają się z szesnastu krajów związkowych. Oficjalnie. Nieoficjalnie jednak jest tych krajów siedemnaście, przy czym siedemnasty de iure należy do innego państwa, lecz w okresie wakacyjnym staje się tak oblężony przez Niemców, że określenie „siedemnasty kraj związkowy” staje się adekwatne. Co ci Niemcy tam wówczas robią? Ano różne rzeczy, stosownie do wieku oraz upodobań, lecz duża ich liczba rezyduje El Arenal, w areale wokół knajpy Ballermann 6, gdzie codziennie urządzają pielgrzymki, żeby wspólnie pić sangrię z wiader (dosłownie) za pomocą długachnych słomek, po czym oddają się kulturalnym zabawom przywiezionym wprost z Oktoberfestu – szczają pod siebie, rzygają na ludzi obok, biją się i w końcu przybijają gwoździa na podłodze w eklektycznym miksie różnych wydzielin ciała, własnych oraz cudzych.


Tak to w każdym razie było przedstawiane w niemieckiej telewizji, kiedy jako nastolatek mieszkałem w kraju Wagnera. Powziąłem wówczas postanowienie, żeby nigdy nie postawić mojej stopy na Majorce, bo mimo uwielbienia dla imprezowania, taki cyrk, jaki wówczas pokazywano – w tonie absolutnie nie prześmiewczym bądź rozpaczliwym! – mnie po prostu brzydzi.

Był to błąd, albowiem rzygające pijaki ze śródmieść Bochum, Ludwigshafen i innych niemieckich miast stanowią jedynie mały urywek tego, co Majorka ma do zaoferowania. Trafnie zresztą przewidziałem, że w roku covidowym tych akurat Niemców na Majorce będzie tyle, że będą niewidoczni, ucieszyłem się na wieść o bardzo tanich biletach lotniczych, zarezerwowałem lokum i nagrzałem się na pomysł mojej pierwszej wycieczki na Baleary.


Jak już wielokrotnie na blogu pisałem, uwielbiam latać na wyspy. Ma to źródło w moim kompletyzmie – kiedy już znajdę się w miejscu, w którym jest fajnie i dokąd nie wiem, czy kiedykolwiek wrócę, to chcę, obrazowo pisząc, zaliczyć ile się tylko da. Majorka co prawda ma ten „minus” względem Korfu czy Teneryfy, że jest sporo większa, a wobec Cypru, że jest wprawdzie mniejsza, ale ma dużo więcej punktów wartych zwiedzenia, tak że musiałem po niemiecku drobiazgowo wszystko rozplanować, żeby zobaczyć większość rzeczy, które chciałem. W ten sposób ułożyłem dziesięciodniową wycieczkę, koncentrując się na północnej połowie tej wyspy o kształcie rombu. W trzech kolejnych wpisach opiszę tę dużo bardziej widowiskową, północną część Majorki, dzieląc tę połowę na północ, północny wschód oraz północny zachód wraz ze stolicą wyspy, Palmą. W ten sposób w każdym wpisie znajdzie się po kilka miejscowych browarów, bo łącznie zwiedziłem ich sześć, czyli większość działających na wyspie przybytków tego typu.


Na początek kilka informacji ogólnych. Transport jest łatwy do ogarnięcia – bilety samolotowe są na ogół niedrogie, zaś na miejscu najlepiej się poruszać wynajętym wozidłem, chyba że ktoś ma zamiar się przez cały czas smażyć na plaży. Ale wówczas może to zrobić taniej np. w Bułgarii. Ponieważ potrzebowałem wozidła na pięć osób z bagażami, ucieszyłem się, że udało mi się wyhaczyć za stosunkowo niewielkie pieniądze Audi Q2. Jako człowiek, którego zainteresowania nie obejmują motoryzacji, myślałem, że to SUV, tymczasem to pyrtek wśród SUVów i część bagaży musiała spędzić podróż z lotniska do naszego lokum na kolanach podróżnych. Na szczęście wzdłuż pasma górskiego na północy wyspy biegnie autostrada, za której sprawą trawers niemalże całej długości Majorki zajmuje w tym miejscu około 40 minut.


Kultura jazdy
jest hiszpańska, czyli intuicyjna, a zarazem nieintuicyjnie bezpieczna. Zrobiłem po majorskich drogach około 2000km, nie spotykając po drodze nikogo, szarżującego ile wlezie, musząc jednak w ruchu śródmiejskim polegać na instynktach – używanie migacza jest tutaj chyba często uznawane za ujmę na honorze, z kolei nie warto obrażać się na okazjonalne, przyjacielskie trąbnięcie klaksonem i je po prostu odwzajemnić. Hiszpania ma jeden z najniższych wskaźników śmierci drogowych na kontynencie, różniąc się pod tym względem diametralnie od pozostałych krajów południa, więc jeździ się bardzo komfortowo. Podobny, niski wskaźnik swoją drogą cechuje Wielką Brytanię, a obie krainy łączy celtycka genetyka, ale może to tylko przypadek.


Ludzie są naprawdę fajni. I to mimo że Katalończycy, a ci mają, przynajmniej jeśli chodzi o mieszkańców Barcelony, według wielu moich znajomych nierówno pod deklem i manią wyższości dorównują Francuzom. No więc ci na Majorce to najwidoczniej z innego drzewa są ciosani. Cieszą się, jak się do nich zagada w bieda-hiszpańskim zamiast po katalońsku, no i mają piękne kobiety.


Uzyskałem tutaj szybciej niż gdzie indziej umiejętność wtapiania się w tłum. Po dwóch dniach byłem już mocno opalony, co w połączeniu w moją urodą sprawiło, że wszędzie brano mnie za Hiszpana i w każdym punkcie usługowym, kiedy już ktoś zdecydował się zagadać, musiałem dawać odpór kanonadzie słów po hiszpańsku, spośród których wprawdzie rozumiałem mniej więcej połowę, ale dopiero po kilku sekundach namysłu. Mówić potrafię jeszcze mniej, wiem jednak, że nie należy do policjanta zwracać się per „pinche pendejo”, co już jest dobre na start.

Ruch turystyczny w roku covidowym był na poziomie około 30% ruchu zwyczajowego. Tak nam to przynajmniej przedstawił bardzo sympatyczny policjant śledczy na komendzie w Palmie (do tej historii wrócę później; nie ma wyjazdu bez przypału). Dla miejscowych, których głównym źródłem utrzymania jest turystyka, jest to dramat. Dla nas było idealnie – można było komfortowo parkować, stołować się w restauracjach, czy przemierzać śródmieścia zabytkowych miejscowości. Nie było nadmiernego tłoku, ale jednak było sporo ludzi – mniej więcej jak w centrum Krakowa latem. Wnioskuję, że w zwyczajowym sezonie Majorka musi być faktycznie napakowana turystami do imentu.


Cenowo jest hiszpańsko, czyli niestety nie kanaryjsko. Na Teneryfie jest stosunkowo tanio, na Majorce stosunkowo drogo i za drugie danie w restauracji trzeba liczyć te 13-15 euro. Z kolei kupując w markecie i pichcąc samemu, nie wyda się o wiele więcej niż w Polsce. Godne polecenia są hiszpańskie suszone wędliny, które tutaj są dużo lepsze niż w Polsce (szczególnie chorizo), no i tańsze. Tańsze i o wiele lepiej dostępne (głównie w wersji świeżej) są owoce morza. Świetne jest świeże pieczywo, do którego tak naprawdę wystarczają anchois oraz papryki i ogórki dojrzewające pod śródziemnomorskim słońcem, żeby cieszyć podniebienie. Osobną kategorią są długo leżakowane twarde sery. Roczny owczy manchego to była totalna pyszka.


Odnośnie dań restauracyjnych, dwa zasługują moim zdaniem na szczególne uznanie. Jednym to sepia i mątwa w różnych postaciach. Miękka, rozpływająca się w ustach, z fantazyjnymi marynatami. Oczywiście z grilla. Drugim to pimientos de padron, czyli małe zielone papryczki (nieostre) grillowane, posypane grubo mieloną solą. Mała rzecz, a cieszy.

No i na koniec w ramach informacji ogólnych, trochę klimatów pandemicznych. Przyjechaliśmy akurat na ostatni moment, żeby pozwiedzać miasteczka na Majorce bez maski na twarzy. Jej noszenie było wówczas co prawda już prawnie uregulowane, ale gros pobytu przypadał na okres przejściowy, bez sankcji. Co prawda Hiszpanie na ogół bardzo ufają ponoć swojemu rządowi i podporządkowują się jego zaleceniom (sanitarnym i wszelkim innym) bez szmeru, tak więc widok pięknych opalonych nóg oraz długich ciemnych włosów autochtonek był na ulicy mącony przez okwefowane twarze. Dopiero przez ostatnie trzy dni trzeba było uważać, ale pojedyncza słowna potyczka z patrolem policji została wygrana. Gdybyśmy byli nielubianymi tutaj chyba specjalnie Anglikami, to mogłoby się skończyć inaczej – jak dowiedzieliśmy się od pewnego Turka, mającego knajpkę nieopodal naszego lokum, który obserwował nalot na bezmaskowych Anglików, zwieńczony gradem mandatów.


I. Pollença

Mógłbym kilka dni spędzić tylko w tym małym miasteczku i byłbym zadowolony. Powód jest prosty – mimo zwiedzenia większości wybrzeża Adriatyku, Sycylii, czy kilku greckich wysp, nigdy nie byłem w miejscu, które jest tak dobitnie przeniknione śródziemnomorskością.



Miriady kamiennych deptaków, flankowanych ciągami starych, wysokich, kamiennych domostw o piaskowym zabarwieniu z drewnianymi okiennicami. Kamienne placyki ze starymi posągami i knajpkami na zewnątrz. Wszechobecny zapach owoców morza smażonych z czosnkiem. Kamienne kościoły, częściowo przerobione na galerie sztuki, czy raczej pseudo sztuki. Pojedyncze ruiny starych fortyfikacji, w niektórych miejscach z pozostawionymi armatami. Pasące się na zboczach wzniesień kozy. Niemożebny smród w pobliżu zbyt rzadko opróżnianych śmietników komunalnych. Cyprysy, agawy, kwitnące na różowo i fioletowo bugenwille. Coś pięknego.



Na miejsce dojechaliśmy, przecisnąwszy się przez bardzo wąskie dróżki śródmieścia i nie rysując przy tym samochodziku. Naszym lokum był stary, 500-letni dom, stanowiący element traktu biegnącego przez jeden z głównych placów w centrum mieściny. Właścicielem jest – zupełnie stylowo – starszy Hiszpan, z zawodu kowal, z zamiłowania szermierz. Kilkupiętrowe gmaszysko zostało wybudowane ponoć przez templariuszy, co zyskało w moich oczach dodatkowy sens po tym, jak wgramoliłem się na dach, na którym urządzono taras z leżakami i grillem. Po drodze miałem wybór między wewnętrzną oraz zewnętrzną klatką schodową, przy czym ta druga dawała dostęp do dwóch dodatkowych tarasów na niższych kondygnacjach.


Nie wiem, ile pokoi minąłem po drodze, ale układ miał w sobie coś z labiryntu. Na dachu budynku ukazał mi się piękny widok na okoliczne wzgórza, umiejscowione na wzniesieniu na południe od miasta sanktuarium oraz samą Pollençę. Z tego punktu widokowego mieścina jawi się jak niezwykle gęsto zabudowane stare miasteczko, w którym każdy konstruktor miał inny pomysł na swój dom, ale dobudowywał go zawsze do domu obok, korzystając z już istniejących ścian, a nawet wystających poza budynek dachów. Widoczny od strony ulicy, ciągnący się w miarę równo front budynków od strony tylnej wyglądał jak niekończąca się kaskada załamujących się dachów, ukrytych tarasików, gzymsów i attyk wyrastających w nieoczekiwanych miejscach oraz niemalże ukrytych zaułków. Przecież ta sceneria nadawałaby się jak ulał do kolejnej edycji gry komputerowej Assasin’s Creed.


Codzienne spacery po tej zabytkowej, kamiennej miejscowości dostarczały mi dużo frajdy. Place z kamiennymi kościołami i knajpkami, sklepiki z rękodziełem, a pośród nich prowadzona przez sympatyczną turecką parę władną językiem niemieckim kawiarenka, do której udawaliśmy się zwyczajowo koło południa na kawę.


Zaraz obok znajduje się najładniejszy zabytek Pollençy, czyli Kalwaria 365 Schodów. Szerokie, kamienne schody w liczbie sztuk 365, flankowane na całej długości agawami, kaktusami, cyprysami oraz pięknymi kamiennymi domkami ozdobionymi bugenwillami. Po drodze mija się bezpańskie chyba, ale zadbane koty oraz nowoczesne rzeźby, same w sobie brzydkie, ale w pewien zagadkowy sposób wpisujące się w otoczenie.


Na samej górze wzniesienia znajduje się mały kościółek, jedna z niewielu świątyń w Pollençie, która jeszcze nie została sekularyzowana. Widok w dół ukazuje inną, równie cudną perspektywę kalwarii, z wysokim wzgórzem z sanktuarium majaczącym po drugiej stronie miasteczka.


Zaraz obok, pięćdziesiąt metrów ku zachodowi, mieści się punkt widokowy, z którego można podziwiać resztę Pollençy z góry, okoliczne skaliste wzgórza stanowiące wycinek pasma górskiego Tramuntana, Zatokę Pollençy oraz Zatokę Alcudii w oddali, a przy łucie szczęścia również brązowe kózki, pasące się na stromych zboczach dwadzieścia metrów niżej. Dodajcie do tego wszechobecny zapach ziół i kwiecia, et voila – zupełnie serio nie byłem nigdy w ładniejszym miasteczku niż Pollença. To jest absolutna esencja tego, jak ja sobie wizualizowałem miasteczko na wskroś śródziemnomorskie. Nigdy w ładniejszym nie byłem i w związku z tym niestety być może już w ładniejszym nigdy nie będę.


Zejście serpentynami zostaje wynagrodzone widokiem na prawdopodobnie najstarszą konstrukcję w miasteczku, czyli Pont Roma vel Rzymski Most. Wzniesiony jeszcze przez Rzymian, jest masywnym kamiennym mostem z przejściem o mniej więcej metrowej szerokości. Takim na mały wóz z osiołkiem. Niemniej jednak jest tak mocno obudowany, że nie dziwię się, że przetrwał te 2000 lat w stanie niemalże nienaruszonym. Nie to, co autostrada A4 u nas.


Wyjazd rodzinny rządzi się swoimi prawami, więc imprezowania nie było – zresztą nawet nie mogło być, bo w Hiszpanii zazwyczaj zaczyna się imprezować po godzinie 23, podczas gdy tutaj już obowiązywała godzina policyjna i o pierwszej w nocy wszystko musiało być zamknięte, jednak dwie knajpy w Pollençie zwiedziliśmy. Jedna to La Gallo zaraz obok Kalwarii i kawiarenki Turka. Prowadzi ją otyły Irlandczyk, który maski ma gdzieś, w odróżnieniu od jego hiszpańskiej barmanki, która ufa rządowi jak cielę pokorne. Irol stwierdził, że ma większe obroty niż rok temu, z uwagi na to, że jednak jest trochę turystów, zaś większość gastronomii w ogóle się nie otwarła na lato, wskutek czego jego lokal ma większe ssanie. W niedalekiej Alcudii sprawy się mają ponoć inaczej – prawie wszystko zamknięte, turystów brak, właściciele gastro bankrutują jeden po drugim. Wychyliliśmy Guinnessa z kija i poszliśmy dalej.


Knajpą, którą odwiedziliśmy wiele razy, była La Birreria, zaraz obok głównego rynku. Lokal o jasno wyartykułowanym politycznym zabarwieniu lewicowym, do którego uczęszczają miejscowe punki. Długowłosy, obleśny barman był przez większość czasu nawalony i bekał, aż się ściany trzęsły, a z sufitu odpadała reszta tynku, wszędzie było pełno antifowych wlepek, zaś z kranów lał się La Chouffe (spoko, ale pół litra takiego belga na raz wystarczy) oraz Estrella Galicia (stosunkowo tania, bo 3,50 ojro za pół litry, w miarę znośna jak na eurolagera). Fajna, wyluzowana knajpa nadająca się do spędzenia w niej dwóch godzin i gadania o wszystkim oraz o niczym.


Skoro już przy piwie jesteśmy, to w tym miejscu wjeżdża mały przerywnik w postaci przeglądu hiszpańskiego „crafty”, bo nowa fala robiona przez koncerny jest tutaj bardzo popularna. Część piw z tego segmentu jest nawet wartych zakupu.


San Miguel Yakima Valley IPA
– miodowe, mętne, brzoskwiniowe, trochę moreli i grejpfruta, goryczka podkreślona. Niezłe mimo utlenienia (6/10)

San Miguel Manilla India Pale Lager – regularny, aldehydowy, generalnie mocno estrowy korpolager z nikłą goryczką. Ciut bardziej cielisty wskutek dodania owsa, co go dodatkowo dobija, odpada bowiem jedyna zaleta korpolagera, czyli względna pijalność (2/10)

Mahou Session IPA – żywica, pomarańcza, trochę brzoskwini, lekko podkreślona goryczka. Bez wad. To była moja go-to APA tego wyjazdu, tania i smaczna, często towarzyszyła mi na plażach (6,5/10)

Cruzcampo Andalusian IPA – sporo suszonej moreli, pomarańcza, ciut żywicy. Niezbyt intensywne, trochę perfumowe. Jako tako (4,5/10).

Damm Complot IPA – kwiat bzu, grejpfrut, trochę żywicy, niezbyt intensywne i goryczka wycofana, ale nawet w porządku (5,5/10)

Damm Rosa Blanca Hoppy Lager – cytrusy, kwiat bzu, lekko słodowy posmak, ale i wyraziste nachmielenie ze stosunkowo mocną goryczką. Porządne (6,5/10)

Damm Malquerida – swoiste kuriozum, albowiem jest to zwykły, lekko słodowy eurolagerek z efemeryczną goryczką i nutkami owocowymi, całkiem rześki i pijalny, ale z marketingową otoczką wziętą z segmentu gourmet. Całkiem zabawne (4,5/10).

La Zaragozana Ambar IPA – ciasteczka i duża ilość słodkich nut moreli, pomarańczy i brzoskwini, omal likierowych. Herbaciane naleciałości, mocna ziemista goryczka. No, to jest bardzo smaczna ipka (7/10).



W zwykłych sklepach można również natknąć się na miejscowy craft, aczkolwiek nie jest to już takie oczywiste.

Ralf Comandante Chinook Amber od majorkańskiego kontraktowca Cerveza de Maria to żywiczny Chinook, trochę czerwonych oraz suszonych owoców i całkiem dosadna goryczka. Nie jest nadmiernie wyraziste, ale smaczne (6,5/10).

Arriaca Session IPA – kwiat bzu, trawa, grejpfrut, ciut nafty. Lekka goryczka, piwo wchodzi w trzy hausty. Smaczne (6,5/10).

Arriaca IPA – żywica i cytrusy plus trochę melona w posmaku. Ma ciałko, prześwitują krakersy. Lekko przymula, ale niezłe (6/10).

Arriaca Imperial Red IPA – czerwone i suszone owoce, żywica, tosty, niedojrzałe orzechy laskowe, śladowy karmel. Słodkawe i mocno gorzkie piwo z wyczuwalnym niemałym woltażem. Zawiesiste i piekące od alko. Całkiem niezłe, acz męczące (5,5/10).

A, jeszcze Lagunitas IPA można było dostać bez problemu. Jest spoko.

Piwnie mogło być gorzej, ale i mogło być lepiej. I było. Zarówno gorzej, jak i lepiej – w sześciu zwiedzonych przeze mnie browarach. Najpierw jednak udajmy się do jednego z najbardziej malowniczych miejsc, jakie w życiu widziałem. Na Półwysep Formentor.



II. Cap de Formentor

Północne wybrzeże Majorki jest ukształtowane głównie za sprawą zorientowanego od zachodu na wschód pasma górskiego Serra de Tramuntana. Wyrasta ono z morza niedaleko Andratx i biegnie wzdłuż całego wybrzeża, aż po sam koniec Przylądka Formentor, niedaleko Pollençy.


U początku półwyspu mieści się Puerto de Pollença, czyli port Pollençy, oddalona o kilka kilometrów od naszego miasteczka miejscowość nadmorska. Sama w sobie niezbyt urokliwa, dysponuje jednak bardzo szeroką, piaszczystą plażą, która w lipcu świeciła pustkami. Niektórym może takie coś odpowiadać, ja jednak wolę, kiedy się wokół mnie więcej dzieje. Ponadto w mieście do niedawna znajdował się sklep z miejscowymi specjałami, w tym i craftem, ale kiedy podjechałem na miejsce, to okazało się, że pod danym adresem sprzedają tylko jakieś słodycze.





W takim razie najlepiej od razu się wybrać serpentynami w górę, w kierunku przylądka. Mija się bazę wojskową, u wlotu której można zaliczyć fantastyczny widok na Puerto de Pollença. Z tego miejsca miasteczko wygląda o wiele okazalej, za sprawą istnego natłoku żaglówek przycumowanych u jego wybrzeża. Zróżnicowana topografia Majorki robi niesamowite wrażenie.


Kawałek dalej znajduje się punkt widokowy Es Colomer, gdzie nawet w tym mało turystycznym roku było sporo ludzi i prawdopodobnie podjęto pierwszą próbę kieszonkowcowania nas – tym razem udaremnioną. Jest to najpopularniejszy taras widokowy na Majorce i jest to jak najbardziej uzasadnione. Skaliste, poszarpane wybrzeże Majorki północnej ma się tutaj jak na dłoni, zaś widok na wschód, z cyplem, wysepką i samotnie wystającą z najwyższego wzniesienia starą kamienną wieżą obserwacyjną, to sam cymes.



Nie ma jednak tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Otóż pewnego poranka wjechałem autkiem na samą górę, do rzeczonej starej kamiennej wieży o nazwie Talaia d’Albertcux. W tym miejscu, do którego wjazd mogę polecić tylko doświadczonym kierowcom i to najlepiej poza głównym sezonem (wąsko, kamiennie, przepaści), poczułem się podobnie jak kilka lat temu, kiedy również samotnie wjechałem na Korfu na szczyt Pantokratora.


Przepiękna panorama, której nie da się w zasadzie porównać z niczym innym. W jedną stronę Cap de Formentor aż do samego końca, skalisty, ale również pokryty soczystą zielenią.


W drugą stronę Zatoka Pollençy wraz z niezliczoną liczbą żaglówek oraz pasmem górskim Tramuntana ciągnącym się w kierunku zachodnim.


Dalej półwysep La Victoria, o kształcie przypominającym krokodyla, a za nim Zatoka Alcudii oraz majaczące w tle góry południowej części Majorki. Co chwila z różnorodnego krajobrazu wyłaniają się kolejne szczegóły.


A do tego ta ciężka do opisania, przejmująca cisza panująca na wysokich wzniesieniach nabrzeżnych Mare Nostrum, która wespół z przejmującą głębią wizualną, niesamowitym wrażeniem przestrzeni oraz majestatycznymi widokami owocuje poczuciem kompletnej apoteozy stworzenia. W tym miejscu mógłbym siedzieć godzinami, kontemplując widok.

Stąd widać też między innymi jedną z ciekawszych plaż Majorki, główną plażę przylądka. Grzechem byłoby się tam nie udać.


Playa de Formentor
to istotnie jedna z fajniejszych plaż na wyspie. Iglasty zagajnik, który trzeba trawersować, żeby znaleźć się na stosunkowo wąskiej, piaszczystej plaży biegnącej łukiem od jednego wzgórza do drugiego, uzupełnia widoki o zapach żywicy oraz ziół. A widoki są godne – półwysep Alcudii naprzeciwko, wyspa Formentor, drogie jachty, kobiece kształty wystawione na działanie słońca, no i nieregularne wybrzeże, które odsłania za każdym spojrzeniem kolejne detale. Tutaj mi się bardzo podobało.


Opuszczamy Cap de Formentor i kierujemy się ku interiorowi. Mamy kilka browarów do obadania.


III. Cerveceria Forastera

Do Forastery wybrałem się specjalnie, żeby zobaczyć na własne oczy ten ponoć najbardziej kontrowersyjny browar na wyspie. Po krótkiej wizycie jestem w stanie stwierdzić jedno – kontrowersyjny nie jest sam browar, tylko jego właściciel.


Alaro
jest małą, całkiem klimatyczną miejscowością nieopodal autostrady Ma-13, biegnącej z Palmy do La Pobla. Usytuowane u stóp gór La Tramuntana, szczyci się wielkim kamiennym kościołem umiejscowionym przy urokliwym ryneczku. Kiedy przyjechałem do Alaro w godzinach porannych, turyści akurat zaczynali spożywać śniadanie przy knajpkach na rynku, ale w tym samym momencie promienie słońca obudziły chmary cykad, które zaczęły z siebie wydawać tak intensywny szelest, że mogło to wpłynąć ujemnie na proces trawienia. But that’s none of my business.


Przed browarem Forastera zjawiłem się akurat w momencie, w którym właściciel podnosił rolety od frontu, otwierając tym samym lokal. Powiedzieć, że miejscówka ma potencjał, to mało powiedzieć. Nie jest to browar restauracyjny (nie posiada zresztą kuchni), nie jest to jednak również typowy nowomodny brewpub. Forastera to jest mikrobrowar dysponujący prostym wyszynkiem od frontu, z prowizorycznym przegrodzeniem między częścią barową a główną, produkcyjną, toteż i atmosfera wewnątrz to prawdziwy klimat browaru w działaniu. Na sali panuje godny uwagi rozgardiasz, właściciel i jego pomocnik krzątają się przy kotłach oraz papierach, rozplanowując pracę na cały dzień i doglądając fermentującego bądź leżakującego piwa – to niesamowite, jak bardzo dwie osoby są w stanie stworzyć wrażenie żywiołowego tłoku.


To znaczy – właściwie to takowe wrażenie stwarzał nietuzinkowy właściciel, który w przerwach między przegrywanymi przez niego walkami z Windowsem na firmowym laptopie oraz terminarzem dostaw opowiedział mi trochę o sobie, oraz o browarze. Okazało się, że zmierzający na oko ku drugiej połowie szóstej dekady swojego życia długowłosy siwiec z Niemiec odziany w koszulkę Motörhead, zęby zjadł na berlińskim crafcie, de facto współtworząc go od jego zarań. Po tym, jak po dwudziestu latach działalności zamknął wytwórnię płytową, która wydawała podziemie oraz nadziemie punkowe oraz grindcore'owe pokroju General Surgery czy Nasum, swoją uwagę skierował ku niszowym piwom. Założył znany berliński mikrobrowar Hops & Barley (który wizytowałem kilka lat temu i nazwałem po polsku „Chmiel i Barłóg”, bo nie jest to mimo całkiem niezłych piw wizualnie pociągające miejsce; o tym mu jednak nie powiedziałem), który po kilku latach sprzedał, dokonując relokacji na teren Majorki („lepsza pogoda”) i tworząc nowy browar Forastera.

Filozofia stojąca za browarem jest prosta. Poza Simcoe i dwoma odmianami słoweńskimi stosuje tylko hiszpańskie chmiele (zgaduję, że ze względów finansowych), warzy tylko piwa, które sam lubi („inaczej bym ich nie sprzedawał”), nie znosi, kiedy ktoś się z nim nie zgadza, no i, co najważniejsze, nienawidzi wielu osób. Na przykład nienawidzi Untappd, a raczej jego użytkowników. Nienawidzi również wszystkich innych browarów na wyspie, które warzą „gówno”. Z jego słów wynika, że generalnie miejscowe browary nie pałają miłością do siebie, ale to była być może po prostu projekcja.


Birgiczki musiały mu swoją drogą zaleźć mocno za skórę, stąd stosuje w obrębie komunikacji z rynkiem slogany a la „We brew beer for beer drinkers, not beer wankers”, zaś na oficjalnej stronie browaru na Untappd umieścił link do artykułu drobiazgowo wyłuszczającego, dlaczego Untappd jest do niczego. Bardzo punkowe nastawienie, szanuję.

Jako że staram się artykułować moje myśli wprost, powiedziałem mu, że jego pils jest strasznie siarkowy. Bo był. Wywołałem tym samym agitację u mojego interlokutora, który stwierdził, że pierwsze słyszy o siarce w piwie. Zacząłem tłumaczyć, że fermentacja, związki siarkowe, więc ten tego, ale nie dał za wygraną. Zawołał swojego pomocnika, ściągniętego niedawno z Berlina, żeby ten wytłumaczył, skąd mogę czuć siarkę w jego piwie. Pomocnik się zamyślił, stwierdził, że to „może być przez słody”, zaznaczając, że on tu żadnej siarki nie czuje. Właściciel zwrócił się więc do mnie z triumfalnym uśmiechem, obwieszczając „Widzisz? On tu nie czuje siarki. Tak więc tu nie ma żadnej siarki!” Aha. No to spoko.

Przy takim podejściu do technologii warzenia nie powinno dziwić, że piwa z Forastery są mocno nierówne, aczkolwiek zdarzają się lepsze. Część polał mi z kranów wyszynku, inne nalał bezpośrednio z tanków, a pozostałe zakupiłem w butelkach na wynos.


Polar Pale Ale
– lekko ciasteczkowe, lekko cytrusowe piwo. Rześkie, bez wad, ale trochę wodniste. (5,5/10)

Sa Roqueta Mallorca Pilsner – jako rzekłem, fest siarka plus trochę ciasteczek. I tyle. Słabe. (4/10)

Another Fucking IPA – to jest ten moment. Cytrusy, żywica, ciasteczka, delikatny melon. Świeżutkie, rześkie, prawilnie gorzkie. Bdb. (7/10)

Mallorca Pale Ale – ciasteczka, cytrusy, trochę juicy fruit. Mocno owocowe piwo z podkreśloną goryczką. W składzie chmiele tylko ze Słowenii oraz Hiszpanii. Smaczne. (6,5/10)

Summer Ale – ponownie silne siarkowe nuty, pomarańcza, grejpfrut, ciasteczka. Goryczka lekka. Słabe. (4/10)

Zulena Wheat IPA – wyczuwalne pomarańcze i fenole, trochę goździka. Lekka podbudowa słodowa, lekki kwasek. Średnie. (5/10)

Punk Is Dad Rye IPA – ciasteczka, wypieki, podbite ciałko, a do tego nachmielenie na modłę ziołową. Niezłe. (6/10)

Gaura Neagra – stout z dodatkiem cold brew. Lekko fasolowy z czekoladowością a la bombonierka, ciut palony. Nie jest to nic szczególnego, ale ponownie – niezłe piwo. (6/10)

Na koniec stwierdził, że mało kto go tutaj lubi, puścił mi na komórce utwór „Black Sheep” kanadyjskich szansonistów z Kataklysm i stwierdził, że „to utwór o mnie”.

Pozostawię to bez komentarza, podkreślając, że jest to jeden z najbardziej niezwykłych browarów, w jakich byłem i każdemu polecam wycieczkę w to kozackie miejsce. Jak również do Majorki i wszystkich miejsc opisanych w tym reportażu.

Resztę opiszę niebawem.

slider 1732155041878230561

Prześlij komentarz

  1. Śliczny wpis jak zawsze, czekam na ciąg dalszy. Na pewno nie pominę Pollency, jak będę planował Baleary. Sam akurat miesiąc temu wróciłem z Hiszpanii, tylko kontynentalnej, ciągle walczę ze spisaniem wrażeń.

    Ten browar z Alaro opisem i zdjęciami do złudzenia przypomniał mi jacerowy Browar Milicz, który odwiedziłem w lecie tego roku. :D Abstrahując od opisu piwowara-właściciela.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! W Miliczu jeszcze nie byłem, natomiast Jacer to bardzo sympatyczny człowiek, więc faktycznie zupełnie inna osobowość ;)

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)