Loading...

Cyprus Hill

Jadąc autostradą na północ, w stronę stolicy Cypru Nikozji, ma się przed oczami jeden z najbardziej udanych trollingów w historii politycznej świata. Otóż po stronie okupowanej przez Turków z daleka widać piętrzące się wzniesienia, górujące nad Nikozją. I na jednym z nich umieszczono flagę Republiki Północnego Cypru. Z półksiężycem. Ma 450 metrów szerokości i jest doskonale widoczna z samej Nikozji. Spora część Greków ze stolicy i okolic wyrosła mając tę gigantyczną, jebutną flagę wroga przed oczami. Mało tego, obok tej flagi umieszczono cytat Mustafy Kemala Atatürka, głoszący, że „Szczęśliwy ten, kto może o sobie powiedzieć, że jest Turkiem!” Poza tym, że jest to wierutne kłamstwo, to pochodzi z ust ludobójcy, w porównaniu do którego Erdogan to w zasadzie dalej ten sprzedawca arbuzów, którym ongiś był. Atatürk de facto kontynuował dzieło organizacji Młodoturków, stając się współodpowiedzialnym za ludobójstwo mieszkających na terenie Turcji Ormian, Asyryjczyków, ale i Greków, głównie pontyjskich ale i jońskich. Liczbę ofiar bestialskich, masowych morderstw popełnianych w imię jednolitej etnicznie i religijnie Turcji wśród samych Greków szacuje się na ponad pół miliona.

źródło
Tak więc o ile jestem całym sercem po stronie greckiej w tym konflikcie, a Atatürk to kawał ludzkiego gówna, to trolling jest niestety mocno udany.

Tym bardziej, że Nikozja to stolica Cypru greckiego, zarazem jednak jest miastem podzielonym. I to na pół. Dosłownie.

W poprzednim wpisie o Cyprze pisałem o Zielonej Linii, czyli ziemi niczyjej, oddzielającej część właściwą Cypru od cześci okupowanej przez Turków. W Nikozji pas ziemi niczyjej jest najwęższy, przecinając miasto na pół i zwężając się na terenie wybudowanego na planie koła starego miasta do ledwo dwudziestu metrów. I dlatego Nikozja pozostaje chyba najbardziej oczywistą, krwawiącą raną na ciele Cypru.

Samo miasto najlepszego wrażenia nie robi. No może poza okolicami dworca, gdzie zaparkowaliśmy samochód, pełnymi wrzeszczących narkomanów, jak w Amsterdamie. Tyle że nie o tego typu wrażenia mi chodziło. Wrażenie zrobił na mnie też przejazd kordonu rządowego. W limuzynie, z obstawą radiowozów na sygnale dla ochrony. I wyobraźcie sobie, że kordon stanął na czerwonych światłach, a na zielonym kontynuował przejazd tempem, którego nie sposób nazwać szarżującym! To można tak, stosować się jako miejscowy odpowiednik BOR-u do prawideł ruchu drogowego, nie rozpychając się, nie jadąc na czerwonym na czołówkę? Można nie mieć problemów ze wzwodem jako kierowca takiego wehikułu? Zaskakujące.

Nieopodal centrum, na południowym zachodzie, znajduje się przygnębiająca dzielnica slumsów. Pałac biskupi jest szczelnie odgrodzony, meczet nieopodal nie zachwyca, ale wciąż są to obok niskich biurowców jedyne miejsca stolicy, które zaraz po wjechaniu do niej można określić mianem niebrzydkich. Pewne inicjatywy oddolne zasługują na wzmiankę, chociażby widok pary z zamyśloną dziewczyną siedzącą na krześle, patrzącą na ścianę budynku, na której jej chłopak kończył właśnie malować imponujący mural. Ale odwieczna walka piękna z brzydotą jest w tym miejscu chyba skazana na porażkę.

Co do starego miasta Nikozji, to jego kolistość fajnie wygląda tylko na mapie. Główne arterie starówki to faktycznie deptaki, ale otoczone fasadami z sypiącym się tynkiem. Nie ma klimatu kamiennych uliczek Kerkiry, jest tylko grecko-wschodnie bałaganiarstwo.

Główny deptak, czyli Ledra Street, to takie właśnie nieco zasyfione miejsce. Ciąg sklepów i knajp, nad którymi znajdują się zaniedbane fasady kamienic z sypiącym się tynkiem, częściowo odgrodzone wizualnie rozpiętymi nad ulicą trójkątnym żaglami. Dodatkowo do oszpecenia otoczenia dołożyła się Antifa, obsmarowując sporo miejsc swoją bazgraniną. Sporo miejsc jest opuszczonych, wystawionych na sprzedaż, choć kupców pewnie nie będzie łatwo znaleźć. Zapach szarego mydła miesza się tutaj z wonią jedzenia halal i atmosfera jest raczej melancholijna, schyłkowa, mimo sporej liczby ludzi oraz odgłosów cykad w tle.

Na wschód od Ledras było już nieco lepiej. Kilka uliczek było umojonych zielenią i to one dawały odetchnąć oczom. Wąskie trakty ze sklepikami z rękodziełem, rozłożyste drzewka na deptaku przesłaniające widok na zaniedbane fasady powyżej, tanie i ładne srebro, zapach szisz i mili sprzedawcy. W końcu jakieś fajne miejsce w tym przygnębiającym mieście.

Przy głównej bramie łączącej grecką i turecką część miasta uwagę zwracał jakiś dziwny protest kilkunastu ludzi chodzących w kółko w kompletnej ciszy. Nie wiem, o co chodziło, więc nie oceniam, ale osobliwie to wyglądało. Widok na turecką stronę mógł zostać w pełni skonsumowany przez przekroczenie granicy, bo od jakiegoś czasu można turystycznie udawać się w tym miejscu przez Zieloną Linię za okazaniem dowodu osobistego, jednak w przypływie zasadniczości stwierdziłem, że nawet zaliczenie piw z Republiki Północnego Cypru nie uzasadnia deptania ideałów.

Szczególnie że nieopodal, po greckiej stronie, swoje podwoje ma najlepszy cypryjski browar.

Swojska, słowiańska nazwa Pivo, pisana jednak greckim alfabetem (πίβο), wywołuje uśmiech na twarzy. Kamienne, klimatycznie oświetlone wnętrza pełne łukowych sklepień, jasnej cegły, szklanych witryn, z warzelnią za barem są bardzo gustowne. Najdonoślejszą komponentą klimatu jest jednak fakt, że dosłownie za ścianą browaru vel zaraz za warzelnią, znajduje się ziemia niczyja. A ściana browaru wychodzi na jego ogródek. Siedząc w nim, zaraz przy murze, mogliśmy więc oglądać ciemne, wyludnione kamienice za dwumetrowym kamiennym ogrodzeniem, które tworzą przygnębiającą, a zarazem podbijającą adrenalinę otoczkę dla konsumpcji miejscowych specjałów. 

na dole ogródek browaru, za nim Zielona Linia z opuszczonymi, zrujnowanymi domami. Klimat 10/10
Siedząc na barowych krzesłach na zewnątrz, mieliśmy okazję degustować kolejne piwa czołowego cypryjskiego browaru, jednocześnie słuchając złowrogiego (w tym miejscu) nawoływania muezzina do modłów, które dochodziło naszych uszu z tureckiej strony nieformalnej granicy. Były ciary. Były jednak też śmiechy, jako że moja wówczas jeszcze sepleniąca córka skwitowała tureckie wycie słowami „Wies co, ci ludzie co ukladli Glekom pół Cyplu, to oni stlasnie kiepsko śpiewają.” Pełna zgoda Haniu. Lepiej bym tego nie ujął.

Na przekór niewesołym okolicznościom panocki z Pivo puszczają uspokajającą muzykę (smooth jazz), no i warzą klawe piva, które podaje miła obsługa.
August – lekki summer ale napakowany smakiem. Pełno grejpfruta, brzoskwini, juicy fruit, melona. Świeżutkie i bardzo rześkie piwo z grejpfrutową goryczką. Świetne. (7,5/10)
Blondie – niby czeski pils, ale jest bardziej słodki, chlebowy, trochę owocowy, z charakterną, ziołową goryczką. Może i nie w stylu, ale smaczne. (6,5/10)
Sitarenia – czyli weizen. Wyważona bananowo-goździkowa kompozycja z nutką wanilii, w aromacie bardziej po owocowej, a w smaku po przyprawowej stronie, wręcz trochę gałkowej. Bdb. (7/10)
Noir – kandyzowany cukier, lukrecja, tytoń fajkowy. W smaku dodatkowo czekolada i kawowy finisz z nutką mokki. Kremowe odczucie w ustach. Wyjątkowy ciemny lager. (8/10)
Hoppy – mega owocowy zapach z przewodnią rolą juicy fruit, brzoskwinia, ananas, guma Turbo, trochę egzotycznej herbaty owocowej. Podbita ale zbalansowana goryczka. W smaku ciut mniej wyraziste niż w zapachu, ale bdb. (7/10)
Single Hop Amarillo – zielone, granulatowe nuty z geraniolem. Ma ciało, nie ma specjalnie słodyczy, finisz przyjemny, ziołowy, fest wytrawny. Bdb. (7/10)

Browar polecam z całego serca, bo wszystko w nim grało, a za sprawą umiejscowienia dodatkowo intrygowało. Zresztą sama Nikozja po zapadnięciu zmroku zrobiła się odrobinę ciekawsza. Liczba ludzi na starówce we wtorek była zbliżona do tej na bukareszteńskiej w poniedziałek, a więc w pre-covidowym Krakowie w sobotę. Czyli imprezowo wręcz, acz bez klubów na wyciągnięcie dłoni. Warto to miejsce zobaczyć, mimo że ładne nie jest.

Lefkara
Na południe od Nikozji, w górach, znajduje się jedna z tradycyjnych wiosek Cypru. Lefkara to górska mieścina z krętymi, wąskimi, wijącymi się po zboczu wzniesienia uliczkami, pełna tradycyjnych domów z kamienia z drewnianymi okiennicami. Mieszkańcy utrzymują się z rzemiosła, głównie z obróbki srebra i haftowania. Tu i ówdzie spomiędzy domów wyrastają cedry, palmy i drzewa oliwkowe, nierzadko wręcz prosto z kamienia. W jednym miejscu za murem widać było rakietę scud... pardon, minaret, zaś główna kamienna cerkiew z ikonostasem i błękitnym sklepieniem jest warta odwiedzin.

O 9 rano było cicho i spokojnie. Tak można zwiedzać. Warto się przejechać okalającą Lefkarę od góry drogą, z panoramicznym widokiem na miasteczko, jezioro w dole, łańcuch górski oraz majaczące w oddali Morze Śródziemne. Prawdę mówiąc, to właśnie panorama jest największym motywatorem dla odwiedzin Lefkary.

Góry Troodos. Olimp
Jadąc wgłąb Cypru można się trochę zdziwić, jeśli nie weryfikuje się przed przyjazdem swoich wyobrażeń o tej wyspie. Bliskość jeszcze bardziej Bliskiego Wschodu nie oznacza, że tutaj jest tylko sucho. Cholera, przecież w Syrii czy w Libanie w zimie jest pełno śniegu, a umieszczenie przez Boga raju w dorzeczach Eufratu, Tygrysu, Abu-Darii i Syr-Darii też coś musiało oznaczać. W każdym razie wjeżdżając w interior na zachód od Nikozji nawet w sierpniu człowiek znajduje się w krainie górzystej i zielonej, ze zboczami porośniętymi niekiedy soczystą roślinnością. Jeśli zaplanuje się przejażdżkę zawczasu, można po drodze zwiedzić kilka bardzo starych klasztorów, czy zahaczyć o jezioro zaporowe. Ogólna konstatacja jest jednak taka, że współczynnik urbanizacji na Cyprze jest wysoki, ergo: poza głównymi miastami mało kto mieszka.

Jadąc po serpentynach mijaliśmy osady na wzgórzach, tarasy uprawne wykopane w glebie oraz iglaste lasy na żółtawym podłożu. Temperatura miarowo spadła do 29 stopni. Zamarznąć można. XII-wieczny klasztor Panagoa Tou Araka to oaza spokoju i ciszy, nie licząc przytłumionych głosów turystów oraz cykad w tle. Zapach ogrzanego drewna i ziół wypełniał kamienno-drewnianą świątynię pokrytą gontem, nad którą powiewała flaga Grecji.

Blisko szczytu pasma górskiego nawiedziliśmy klasztor Trooditissa, do którego nie można było wchodzić turystom, ale zakaz był umowny, więc się weszło, oraz wodospady Caledonia, do których trzeba było dojść wąskim przejściem przez las. Niby był cień, ale jednak temperatura i wilgotność powietrza robiły swoje. Sam wodospad szału nie zrobił. Mało wody o tej porze roku, w przeciwieństwie do turystów, głównie z nieodległego Izraela.

W końcu dotarliśmy do najwyższej góry tej górzystej wyspy, czyli Olimpu, wyrastającego na 1951 metrów ponad poziom bliskiego morza. Przed samym szczytem trzeba auto zostawić na parkingu i przejść około kilometra asfaltową drogą, usłaną szyszkami spadającymi co chwila z cedrowego lasu, w którym się znaleźliśmy. Przyjemny 22-stopniowy chłód, fantastyczny zapach rozgrzanych od słońca iglaków oraz cisza z delikatnym świergotem ptaszków w tle.

Na wierchu nie ma specjalnie widoków, zresztą na sam wierch wleźć nie można, gdyż znajduje się na nim baza wojskowa. Wszystko jest raczej porośnięte, po stronie greckiej jak i tureckiej widać punkty obserwacyjne, których nie wolno fotografować, no i niewiele więcej. W porównaniu do widoków z dwa razy mniejszego Pantokratora na Korfu to jednak jest rozczarowanie, acz zmysły powonienia i słuchu w tym miejscu wychodzą na swoje.

W takim wypadku o wrażenia należy zadbać kulinarnie. Jak wiadomo, kawa po grecku to kawa po turecku, ino inaczej nazwana. Zaś kawa po cypryjsku to kawa po grecku, czyli po turecku, ale wyjątkowo syfiasta. Przynajmniej wyrokując na podstawie tej serwowanej przy parkingu pod szczytem Olimpu. Wyobraźcie sobie smak kawy Prima zmieszanej z korą drzewną i zmielonym beskidzkim domkiem letniskowym. Ten jeden raz prawdopodobnie wystarczy mi na całe życie.

Omodos
Jadąc z Olimpu na południe można, a wręcz należy zawitać do tradycyjnych wiosek położonych nieco niżej, ale nadal w interiorze. Jedną z nich jest Omodos. Kamienne miasteczko pośrodku gór z brukowanym rynkiem i krętymi uliczkami. Mozaika kamieni, różnych kolorów tynku, miriada niebieskich, brązowych i zielonych kamienic, umojona kwiatami w donicach stojących i wiszących, pełna umeblowanych tarasów i dachów, zapachów i drzewek. Wszystko tutaj cieszy oko i nozdrza. Nawet jeśli jest to bardzo turystyczne miejsce, to nie jest jednak zadeptane i warto tutaj podjechać. 

Gdybym był koneserem wina, to doceniłbym i miejscowe winiarnie. Usiedliśmy w jednej z nich, winiarni Zenon, na degustację. Świetne wino (na tyle na ile jestem to w stanie ocenić), przemiły gospodarz, klimatyczne kamienne patio. Ekstra miejsce.

Limassol
Kawałek na południe dojeżdża się do kolejnego z czterech głównych miast Cypru, czyli Limassol. Miasto zostało ponoć opanowane przez Rosjan, a ja zgaduję, że zamieszkują głównie położone na wzgórzach na północ od miasta imponujące wille. Całe miasto jest zresztą dużo bardziej schludne i urodziwe od Larnaki czy Nikozji. Tak jak stolica Cypru robi wrażenie zadeptanego, opanowanego przez brzydotę, rozkładającego się, ogarniętego marazmem preapokaliptycznego ośrodka miejskiego, tak Limassol to miejsce, w którym jest czysto, schludnie i dynamicznie. 

Dotarliśmy na miejsce w wieczór wyjątkowo gorący a zarazem wilgotny. Aż mi zaczęły skrzela ponownie wyrastać, rozdwojony język wyłapywał feromony otoczenia noszone przez wilgotność powietrza, a lekko skośne ku rogom powieki zaczęły się mrużyć w zadowoleniu. Dziewczyny ledwo wytrzymywały, zaś ja poczułem się bliższy swoim gadzim, reptilianim korzeniom. I was at home.

Starówka jest dość ciekawa, kamienna, nie zaśmiecona. Wąskie deptaki pełne klimatycznych knajpek zachęcają do spacerów. Trakt knajpiany otacza klockowaty, oświetlony zamek. W powietrzu unosi się zapach szisz, ludzie piją, jedzą, dobrze spędzają czas. Jako rzekłem, miasto na pierwszy rzut oka ładniejsze i bardziej majętne od Larnaki i Nikozji.

Poza tym jest tutaj browar, który jest takowym być może tylko z nazwy. Położony zaraz przy zamku Draught Microbrewery dysponuje przestronnymi, imponującymi wnętrzami, klimatycznie oświetlonymi, z długim barem zawiadywanym przez miłą i efektywną obsługę. Na widoku są również instalacje warzelne, jednak fakt serwowania jedynie jednego, filtrowanego eurolagera, czyni sprawę podejrzaną. Draught House Beer to całkiem rześkie, lekko słodowe, ciut aldehydowe, lekko chmielowe, lekko gorzkie piwko do picia przy okazji (4/10).

W Limassolu ma swoją siedzibę również jeden z kilku cypryjskich browarów True Ale, o którym pisałem wcześniej.

Skała Afrodyty
To na Cyprze z morskich fal wyłoniła się Afrodyta, bogini greckiej miłości. Znaczy się, grecka bogini miłości. Whatever...

Ma ona swoją skałę w południowo-wschodniej części wyspy. Widziana z góry, z poziomu autostrady, Skała Afrodyty wygląda nieźle, nie jest to jednak przy bliższym przyjrzeniu się miejsce, które koniecznie należy moim zdaniem nawiedzić.

to nie jest Skała Afrodyty
Dojechałem nieopodal, do Pisouri, zlazłem na plażę, skonstatowałem, że jest lazur, pełno tutaj żwiru, są też leżaki, na niektórych plażują sobie fajne dziewczyny, ale nie jest to wystarczający impuls do zatrzymania mnie w tym miejscu na dłużej, więc dość szybko dałem dyla. Żwirowa plaża i silny nurt wody czynią to miejsce nie do końca odpowiednie dla rodzin z dziećmi. Samo Pisouri jest z kolei całkiem urokliwe.

Browar Winnetou
Na zachód od Skały Afrodyty mieści się Paphos, do którego dojeżdża się krętą autostradą prowadzącą między wzgórzami. Spomiędzy skalistego podłoża wystają piaskowe formacje, stepowa, wysuszona trawa oraz bladozielone krzaki. Paphos to ostatni z czterech głównych miejskich ośrodków Cypru, który sądząc po natężonej obecności ruskiej cyrylicy na szyldach przy drodze, stanowi prawdziwe drugie Soczi na wyspie. Może tak, może nie. Pierwotnie to tutaj mieliśmy metę, jednakże po skonstatowaniu, że akurat zachodnia część wyspy jest mało widowiskowa (chyba że ktoś przedkłada obserwację żółwi wodnych nad fajne plaże), w końcu odpuściłem i płacąc 300 ojro frycowego za odwołanie rezerwacji przebukowałem na Oroklini (co się opłaciło również finansowo, nie tylko widokowo). W samym Paphos nie byłem, więc się nie wypowiem. Byłem natomiast w browarze Aphrodite’s Rock, o którym mam chęć się wypowiedzieć.

Otóż wyobraźcie sobie, że do browaru wyruszyłem około szóstej rano, jako że miałem do przejechania dwie godziny cypryjską autostradą, na której limit prędkości to zawrotne 100 km/h, a miejscowa policja łapie frajerów jak pieron. I pojechałem te dwie godziny w jedną stronę właściwie tylko po to, żeby zaliczyć deskę degustacyjną w rzeczonym browarze (a po drodze obczaić Aphrodite’s Rock) i wrócić, wziąć dziewczyny do rydwanu i pojechać na Nissi Beach. Czy to czyni mnie nie do końca normalnym? I couldn’t care less.

Browar Aphrodite’s Rock nie mieści się nad wybrzeżem; żeby się do niego dostać, trzeba wjechać od Paphos kawałek w góry. I tamże, w dolince otoczonej przez wyschnięte wzgórza, w scenerii, w której w świecie mitów zachodniej półkuli zza grani piaskowców pojawiliby się Irokezi i tylko nadjeżdżający Old Shatterhand powstrzymałby rozlew krwi za pomocą kwiecistej mowy, która spowodowałaby drżenie w rękach trzymających gotowe do rzutu tomahawki, mieści się jeden z nielicznych na Cyprze browarów.

W takiej bowiem scenerii, pośród suchych wzgórz Paphosu, znajduje się kamienny browar Aphrodite’s Rock. Który był najbardziej angielską rzeczą, jaką widziałem w trakcie pobytu na Cyprze, może poza występem odtwórcy Roda Stewarta, chrypiącego do mikrofonu ku uciesze angielskich turystów. No bo wyobraźcie sobie, zupełnie w oderwaniu od okoliczności przyrody, browar pełen angielskich emerytów, w którym macie do wyboru pięć piw z pompy, spośród których prym wiedzie bitter i ESB, a najbardziej ekstrawaganckim wyborem jest west coast IPA. Wszytkie piwa są podawane w temperaturze pokojowej w miejscu, gdzie w pokojach bez klimatyzacji jest w ciul gorąco, i to podawane przez wulgarną z twarzy angielską kelnerkę. Go’ a loisense fo’ tha’ piss warm beer, ya wanker? Gime tha’ taster fo’ 7,5 euros.

Yorkshire Rose (alk. 3,8%) – ciasteczkowe piwo, oszczędnie nachmielone, oszczędnie aromatyczne, proste, nisko nasycone. Delikatnie cierpkawy, fugglesowy finisz. Średni bitter. (5/10)
Lion Shee (alk. 4,5%) – ciasteczka, częściowo przypieczone, delikatny karmel, nuta zbutwiałego korka. Raczej słaby red ale. (4/10)
ESB (alk. 5%) – aromatu niemalże brak, za to smak wyraźnie estrowy, poziomkowo-truskawkowy, z delikatnym ciasteczkiem i drożdżami w tle oraz ciut ziemistym finiszem. Za mało słodowy ESB moim zdaniem, zbyt estrowy. (5/10)

West Coast IPA (alk. 6%) – cytrusy i zioła, mocna ziołowa goryczka. Wytrawny, bezkarmelowy west coast z delikatną słodyczą w tle. Wraz z ogrzaniem szybko robi się cukrowo-landrynkowy w zapachu, pojawiają się nutki mydlane i spada wyrazistość. (5,5/10)
London Porter (alk. 4,5%) – dominuje świeżo zaparzona kawa, w smaku jest dość czekoladowo, w tle nutka palona i rumiankowa oraz podkreślona goryczka. Dodatek karobu wzmacnia słodowość. Kremowa konsystencja, podbite ciało. W końcu smaczne piwo. (6,5/10)

Miłe miejsce do siedzenia, fajne patio, piwa jednak nie są warte wycieczki przez całą wyspę.

Sama wyspa zaś wycieczki jest na tyle warta, że bardzo bym tam chciał kiedyś wrócić. I to bardziej niż pojechać gdziekolwiek do Grecji właściwej. Co i Wam polecam. Piękne miejsce. I ciekawe.

Troodos 1796006514074431

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)