Loading...

Joński epos, czyli tydzień na Korfu

Grecja. Błękitne morze, skaliste wybrzeża. Surowa roślinność, wysuszona ziemia mieniąca się wszystkimi możliwymi odcieniami brązu. Białe domy z niebieskimi dachami oraz krążący między nimi, zadłużeni po uszy właściciele osiołków. Taka jest Grecja z folderów turystycznych, Grecja egejska. No więc Korfu tym wszystkim nie jest. Może poza skalistym wybrzeżem, błękitnym morzem oraz zadłużeniem. Korfu nie jest surowe i suche. Korfu jest inne. Korfu jest zielone, pachnące kwieciem i ziołami.

Korfu, a właściwie Kerkira, bo taka jest poprawna, grecka nazwa wyspy. Korfu, względnie Corfu, to nazwa angielska, która przyjęła się na niwie międzynarodowej i międzyjęzykowej, pewnie między innymi dlatego, że jest to jeden z ulubionych kierunków wczasowych Anglików. Niestety, ale cóż poradzić. Nazwa dodatkowo konfunduje zakresem swojego znaczenia. Otóż na Kerkirze jest duże miasto o nazwie Kerkira. Kerkira, stolica Kerkiry. W związku z tym, miejscowi na Kerkirze nie jeżdżą do Kerkiry, tylko „do miasta”. Mimo że miast(eczek) jest na wyspie co najmniej kilka, nie licząc kilkudziesięciu wiosek. Ale dla Greka to nie ma znaczenia. Może i dobrze.

W związku ze znacznym zurbanizowaniem wyspy i górzystą topografią, przybysz z Europy kontynentalnej ląduje na lotnisku umiejscowionym zaraz przy południowej dzielnicy stolicy, de facto zaraz przy domach mieszkalnych. Dwieście metrów od pasa startowego mieści się na małym półwyspie kompletnie odsłonięty klasztor Vlachernon, symbol oporu Greków przeciwko Turkom, popularny ponoć motyw wykorzystywany w greckich telenowelach. No i biorąc pod uwagę, że między klasztorem a pasem startowym mieści się tylko parking samochodowy, niewielka ilość wody oraz szuwary, to rezydujący w nim mnisi istotnie muszą się wykazywać anielskim spokojem, bo ruch na lotnisku jest w okresie wakacyjnym spory, a ryk startujących oraz lądujących samolotów kilkaset metrów obok zapewne średnio się komponuje z psalmodią, a co dopiero z cichą kontemplacją.

Lotnisko jest swoją drogą jedną z wielu osobliwości Kerkiry. Nie tylko ze względu na umiejscowienie, ale również na organizację, a raczej jej brak. Wylatując z wyspy pod koniec maja znaleźliśmy się pośrodku gigantycznego chaosu, gdzie zdezorientowani turyści podróżujący do niemalże dziesięciu różnych destynacji stali w jednej kolejce do kontroli osobistej, przekrzykując się nawzajem. Jedni już byli spóźnieni niemalże godzinę na swój samolot, który grzecznie czekał na pasie startowym, inni tylko o pół godziny na swój. Kontrolerzy zamiast przyspieszyć gadali ze sobą i żartowali. Po jakimś czasie obsługa lotniska zaczęła wyławiać z kolejki tych bardziej spóźnionych na lot, a kontrolerzy w pewnym momencie zmienili tryb działania ze strajku włoskiego na taśmówkę, przez którą można by spokojnie przemycić na pokład nie tylko litr szamponu czy kolekcję noży, ale nawet pewnie żywą świnkę morską i walizkę z uranem.

Nie da się ukryć, że zarówno opieszałość jak i chaotyczność działania dobrze wpisują się w stereotyp Greka; tym jednak, co mnie zaskoczyło na miejscu, była widoczna gołym okiem bieda. Biła tym bardziej w oczy, że przynależąca geograficznie do Europy wschodniej Grecja jest jednak mimo wszystko za sprawą braku komuny w ubiegłym wieku potocznie utożsamiana z Zachodem. Tymczasem domki z odrapanymi fasadami i pobrudzonymi markizami w stolicy, rozpadające się chatki w interiorze, drugiej i trzeciej jakości drogi oraz w większości liche auta poruszające się po wyspie stanowią negatywny kontrast nie tylko względem Polski, Słowacji, Rumunii czy Chorwacji, ale nawet Serbii. A mówimy tutaj o wyspie wybitnie turystycznej.

Co do poruszających się po Kerkirze wehikułów, to inna rzecz, że dwupasmówka jest tutaj jedna i to bardzo krótka, drogi zazwyczaj kręte i wąskie, to i trochę szkoda inwestować w wypasionego SUV-a. A co dopiero w auto sportowe – żwawo się po tej małej bądź co bądź wyspie z przyczyn naturalnych po prostu poruszać nie da i trzeba sobie zarezerwować na przejazd 50 kilometrów czasami nawet półtorej godziny. W takich okolicznościach nawet taka Micra, którą wynająłem, w zupełności wystarcza. Micra z przebiegiem poniżej 5000 km, a już mocno zdezelowana. Co z jednej strony może świadczyć o jakości japońskiego wykonania, z drugiej o dotychczasowych wynajmujących. Obserwując wygibasy Anglików za kółkiem, nieprzyzwyczajonych do jeżdżenia prawą stroną z kierownicą po lewej, wydaje mi się, że kwestia dotyczy jednak głównie nierozgarnięcia poprzednich najemców wehikułu.

Swoją drogą, jest to zdradziecka bestia, taka Micra. No bo zaraz w drugi dzień wyruszyliśmy z naszej bazy u stóp góry Pantokrator, najwyższego wzniesienia na wyspie, wschodnim wybrzeżem na północ, do Kassiopi. Po małych zakupach w przydrożnym sklepie, Ania bezceremonialnie trzasnęła tylnymi drzwiami, podczas gdy miałem dwa palce lewej ręki wsadzone przy ramie, w szparze między drzwiami przednimi a tylnymi. Szpara między nimi po zamknięciu okazała się być kilka razy za mała na takie palce. Poczułem ból najgorszy od czasu pierwszego skręcenia sobie kolana, a mój wrzask wywabił ze sklepu ekspedientkę z workiem lodu. Bo w istocie, Grecy nie sprawiają wrażenia nadmiernie pracowitych, ale za to są naprawdę bardzo mili. Reakcja starszej pani uratowała mnie prawdopodobnie przed utratą paznokcia, niemniej jednak do końca pobytu miałem problemy z kierowaniem samochodem.

Wspomniane Kassiopi to portowe miasteczko, w linii prostej oddalone o kilka kilometrów od wybrzeża Albanii. Tutaj w końcu oczy mogły zaznać greckiego podwodnego lazuru, a usta miały okazję zmoczyć się w bardzo średnim Hellesie robionym w minibrowarze na Korfu. Nad miasteczkiem góruje zamek, którego jednak trudno dostrzec spacerując sobie deptakiem pomiędzy turystami. Można za to udać się wybrzeżem do usłanej kamieniami plaży Bataria, na której przyjezdne hipsterstwo z wytatuowanymi dziewczynami puszcza sobie muzykę na cały regulator. Fajna plaża, nie powiem. Ale są na Korfu plaże fajniejsze.

Podróżując dalej wzdłuż północnego wybrzeża na zachód, przez jedną z mniej spektakularnych części wyspy, porośniętą chaszczami i opustoszałą, a za to względnie szybko przejezdną, dojeżdża się w końcu do popularnej wśród turystów miejscowości Sidari. Tutaj warto wybrać się nad Canal d’Amour. Jako że pogoda nie dopisywała, dziewczyny usiadły sobie na wybrzeżu w knajpie nad kawą, względnie soczkiem, a ja poszedłem robić obfotografować krajobrazy. Ta część wybrzeża Korfu charakteryzuje się dużą ilością klifów, które jednak w okolicy Sidari nie są zbyt wysokie, a za to są porośnięte kępkami trawy, co w sumie wywołało wspomnienia z nieistniejącego już Azure Window na maltańskim Gozo. Aż by człowiek chciał, tak jak wtedy, usiąść na takiej kępce z puszką mild ale’a i podziwiać otoczenie. No ale raz że milda nie miałem ze sobą, dwa że zaczęło kropić. Kanalik, który łączy dwie malutkie zatoczki, utworzone przez wcinające się w morze w nieregularnym kształcie wybrzeże, stanowi tutaj tylko kropkę nad „i”, samo wybrzeże jest ciekawsze. Szkoda więc, że pogoda była pochmurna, bo w przeciwnym wypadku zdjęcia wyszłyby z pewnością lepiej. No i można by zażyć kąpieli w basenie – otóż kolejną osobliwością Korfu są baseny przyhotelowe, a nawet restauracyjne, z których można bezpłatnie korzystać pod warunkiem złożenia zamówienia na picie bądź jedzenie. No ale nie tym razem.

W ten sam dzień zaliczyliśmy kawałek dalej miejscowość Peroulades, a raczej klify w tejże. Wysokie na 50 metrów, wchodzące w zasadzie bezpośrednio do morza, bo kilkumetrowej szerokości plaża u ich podnóża w zasadzie nie nadawała się do niczego, przynajmniej w ten wietrzny dzień. Ale za to warstwowe klify wyglądały niczym wykrojone z tortu. I muszę powiedzieć, że te chmury i ten wiatr, mimo że znacząco przyciemniały widoczny gdzieniegdzie lazur morza, jednak w tej scenerii pasowały do otoczenia. Tyle tylko, że całościowo można było mieć skojarzenia z Morzem Północnym, będąc nad Jońskim. No ale wycieczka była udana – wiatr we włosach, czyste powietrze w płucach i można się udawać dalej na zwiedzanie.

Nieopodal mieści się Cape Drastis, bardzo osobliwe miejsce. Półwysep wcinający się we wzburzone morze, niższy od klifów w Peroulades, ale za to o opływowym, niezwykle ciekawym kształcie i plażami otoczonymi warstwowymi skałami, do których można się dostać jedynie droga morską. Tutaj słońce postanowiło nas na chwilę zaszczycić swoją obecnością, co uwydatniło uroczy lazur Morza Jońskiego. Na terenie Drastis mieści się nota bene prywatna, ogrodzona działka z domem, przy którym był zaparkowany jakiś rzęch, co niestety uniemożliwiło udanie się na umiejscowione na klifie wzniesienie, pokryte dywanem z trawy i krzewia, poprzetykane kamiennymi schodami prowadzącymi na samotny szczyt. Ciężko to opisać, ale miejsce wydawało się być skrojone na miarę koronacji szkockiego watażki w jakimś pseudohistorycznym hollywoodzkim filmie. Szczególnie w tak wietrzną pogodę.

Powrót do hotelu przez interior też swoją droga obfitował w piękne widoki. Południowa część Kerkiry, na południe od stolicy, jest względnie płaska i ponoć poza wydmami przy plaży Issos nie ma tam w zasadzie niczego wartego zachodu. No chyba że jest się młodym Angolem, bo tacy ponoć głównie jeżdżą do położonego na samym południu Kavos, gdzie rubaszni chłopcy oraz niezbyt urodziwe, wulgarne dziewczęta piją i ćpają na umór w licznych klubach, po czym wytaczają się na ulice miasteczka, rzygając gdzie popadnie i zasypiając przy śmietnikach. Albiońska ogłada. Tak nam to w każdym razie przedstawił pewien Grek.

Z powyższych powodów trzymaliśmy się więc górzystej północnej części wyspy, niezwykle czarującej. Trawers od Sidari do Nisaki (tam mieliśmy hotel) poprzez morze zieleni, z którego wystają niezliczone ilości cyprysów, a gaje oliwne poprzetykane są pojedynczymi domostwami, przejazd serpentynami przez kilka przełęczy, podczas gdy pogoda w końcu zaczynała dopisywać – to jest coś co czyni wynajem samochodu na Korfu wręcz musem.

Takim autem można się dostać chociażby w pobliże Porto Timoni, przy czym na ten niezwykły półwysep trzeba jednak przejść na nogach. Po szutrowej, stromej, usłanej kamieniami drodze, po której musiałem iść z żywym, wierzgającym, ponad dwudziestokilogramowym pakunkiem na plecach. W tempie ślimaka. No i wchodzi się w taki od strony lądu niezbyt zachęcający do tego typu wędrówki busz i idzie się mniej więcej godzinę, klnąc na gugiel maps, które wesoło prognozowało, że przemarsz potrwa kwadrans czasu. Idzie się i idzie, Ania coraz bardziej wnerwiona, dziecko niespokojne, aż człowiek w pewnej chwili chce zawrócić.

I na szczęście tego nie robi, wszak ucieczka przed trudnościami to rzecz niemęska.

Bo oto za którymś winklem oczom ukazuje się półwysep Porto Timoni. O matko. Półwysep ze wzniesieniem, do którego prowadzi wąski przesmyk na poziomie morza. Po obydwóch stronach przesmyku są plaże. Jedna kamienisto-żwirowa, druga piaszczysta. I ten lazur. Jeszcze raz – górzysty półwysep napakowany soczystą zielenią, błękit nieba, bladożółte wybrzeże i lazur wody. Wiele plaż w życiu widziałem, ale ta jedna, podwójna, widziana z tej perspektywy, była najpiękniejsza.

Byłaby jeszcze piękniejsza, gdyby na niej leżały piękne kobiety, ale w Grecji takowe przynależą do kategorii dóbr bardzo rzadkich, więc się znowu musiałem zadowolić patrzeniem na Anię. Nie żebym narzekał, bo mnie pod tym względem los pobłogosławił o wiele więcej niż na to zasługuję, ale jestem takim estetą, co to lubi różnorodność. Zastaliśmy na miejscu swoją drogą – poza grupką młodych Albańców – pełno Amerykanów, z czego niektórych w wieku takim, że mogli być nawet generałami w trakcie wojny wietnamskiej. Dość prędko wyjaśniło się zresztą, że dostali się na miejsce drogą morską. Podpłynęła po nich po dwóch godzinach łódź i tyle ich było, gdy tymczasem my musieliśmy drałować na piechotę z powrotem do auta tą samą wąską, stromą, wyboistą i kamienista drogą. Ja oczywiście z żywym, wierzgającym pakunkiem itd. Swoją drogą, na miejscu, już na dole, plaża nie była specjalnie ciekawa, widok z góry był o niebo lepszy. Ale to może dlatego, że musieliśmy się ze względu na porywisty wiatr północny rozłożyć po kamienistej stronie, ta piaszczysta zaś, robiąca dużo przyjemniejsze wrażenie, ale tego dnia smagana wiatrem, pozostała prawie pusta.

No i w związku z tym moim ulubionym miejscem Kerkiry – poza najwyższym wzniesieniem wyspy, o którym zaraz napisze więcej – to rejon Paleokastritsy, umiejscowiony na południe od Porto Timoni. Rejon mocno turystyczny, stąd być może w szczycie sezonu nie tak bardzo urokliwy, no ale dlatego właśnie pojechaliśmy tam w maju. Żartuję, pojechaliśmy w maju, bo było dużo taniej, no ale zostawmy to już. Z Nissaki do Paleokastritsy jedzie się trasą jak na tamtejsze warunki naprawdę niezłą. Jednopasmową, o zadowalającej jakości nawierzchni, szeroką, w miarę (jak na Korfu) prostą i, co ciekawe, raczej mało uczęszczaną. To jedyne miejsce na wyspie, na którym mogłem wrzucić piąty bieg w autku i przekroczyć stówę na liczniku.

Przed wjazdem do miejscowości warto trochę zboczyć z drogi i wijącymi się przez gaj oliwny jak żmija serpentynami wjechać do wsi Lakones. Tutaj w końcu dojedziecie do małego parkingu nad urwiskiem, z którego można w towarzystwie autokarowych wycieczek z Polski podziwiać panoramę Paleokastritsy. Oczom ukazuje się gąszcz zieleni poprzetykany cyprysami, a na jego końcu trzy mocno nabite soczystą roślinnością, górzyste półwyspy, poprzetykane pięknym lazurem wcinających się w ląd zatok. Wprawdzie po drodze mija się długi odcinek jednopasmowy z zepsutą sygnalizacją i można się wskutek tego w środku miejscowości wrąbać w nadjeżdżający z naprzeciwka autobus, ale ten widok wart jest ryzyka.

Już na dole wpierw dobrym pomysłem jest wspiąć się krótką, krętą drogą w górę półwyspu na prawo od głównej plaży, na szczycie którego znajduje się prawosławny klasztor. Miejsce, w którym marmur ozdobiony jest niezliczoną ilością różnorodnego kwiecia, a przesiadujące w cieniu watahy dzikich kotów dobrze wpisują się w panującą tutaj atmosferę ciszy i skupienia. Przynajmniej wtedy, kiedy samice akurat nie mają rui. Jako że klasztor jest wybudowany na szczycie półwyspu, można zaraz obok usiąść w knajpie z bardzo drogim piciem i żarciem, kierując wzrok na drugą stronę półwyspu. Strona zachodnia zachwyca między innymi lazurową zatoczką, do której schodzi zielone zbocze, znikając w toni morza jońskiego. Magiczne miejsce, muszę powiedzieć, że mnisi to jednak mieli nosa jeśli chodzi o wybór lokalizacji klasztoru – strategicznie defensywne miejsce oferuje zarazem cudne widoki.

Ale że ja jestem wędrowcą-plażowiczem, toteż sobie najbardziej w tym miejscu upodobałem plażę. Ta główna, o łukowym kształcie, flankowana z obydwóch stron przez zielone półwyspy, z małą keją i krystalicznie przejrzystą wodą, mieniącą się różnymi odcieniami lazuru, jest jedną z najładniejszych, na jakich byłem. I w tym jedynym miejscu (może poza stolicą) na Kerkirze moje oczy w końcu ujrzały piękne kobiety, które nie były moimi żonami. Ee, moją żoną. To dodatkowy plus tej lokalizacji.

Na plaży można przeleżeć naprawdę długo, chłodząc się co jakiś czas w wodach zatoki, ale pod wieczór polecam przejść się dwieście metrów dalej na plażę boczną, położoną po sąsiedzku. Warto wyruszyć podziurawionym molem w głąb zatoki, zatrzymać się u jej końca i podziwiać, jak słońce zachodzi nad morzem jońskim, oświetlając coraz cieplejszymi barwami wystające z dna fantazyjnie postrzępione skały. Wspaniałe widoki!

Wspaniałe widoki czekały na mnie również na górze Pantokrator, no ale trzeba się było najpierw na nią dostać. Nocowaliśmy u jej podnóża, ale gugiel maps mówił, że droga samochodem w jedną stronę zajmie mi ponad godzinę. Postanowiłem więc wstać trochę wcześniej, jak dziewczyny jeszcze będą spały, i zdobyć szczyt autkiem z samego rana. Kłopot w tym, że zarywaliśmy z Anią każdy wieczór, sącząc piwo i ouzo nad hotelowym basenem, wskutek czego poranne wstawanie pozostawało z dnia na dzień w sferze osiągnięć niemalże niemożliwych. W końcu jednak, w przedostatni dzień pobytu zwlokłem się z łóżka i po dokonaniu porannych ablucji wsiadłem do Micry kiedy jeszcze było chłodno, a słońce niemrawo oświetlało pod małym kątem nieodległą Albanię i ruszyłem w drogę. Ta prowadziła bardzo wąskimi, krętymi drogami przez zapuszczone gaje oliwne coraz wyżej, na wysokość, na której rosły już tylko krzewy, a spomiędzy kępek trawy wystawały szare skały.

Warto było jednak dusić Micrę, bo na wysokości ponad 900 metrów nad poziomem morza sprawy nabierają zupełnie innej perspektywy. Stąd dopiero widać, jak bardzo zieloną wyspą jest Kerkira. I w zasadzie w dobrą pogodę ma się w tym miejscu w zasięgu wzroku całą wyspę, od widocznego spomiędzy załamań terenu przylądka Drastis aż po imprezowe Kavos daleko za stolicą. Jej górzystą, zieloną północ, jak i bardziej płaskie, acz równie zielone południe oraz powsadzane tu i ówdzie małe osady. Nawet stolica wyspy wygląda stąd raczej prowincjonalnie, mimo spoczywających w jej porcie transatlantyków.

Myślę swoją droga, że przyjechanie w to miejsce właśnie krótko po świcie ma swój urok. Wody Morza Jońskiego błyszczą się od słońca unoszącego się nad albańskim, epirskim horyzontem, a przepływające cieśniną grecko-albańską transatlantyki wyglądają stąd jak małe zabawki, którymi dzieci bawią się w wannie. Najpiękniej prezentuje się ze szczytu właśnie widok w stronę Albanii. Góra schodzi na dół, ku soczysto zielonym, pofalowanym wzniesieniom, za którymi mieści się cieśnina oraz nieregularne, poszarpane albańskie wybrzeże. W oddali z kolei majaczą wysokie, brązowe, surowe góry Epiru. A nad tym wszystkim unosi się młode, poranne słońce. Coś pięknego.

No i cisza. Kompletna cisza, jako że było bezwietrznie. Kiedy przyjechałem na szczyt, nie było na nim żywej duszy. Aż chciało się otworzyć piwko, ale nie miałem zapasowego kierowcy, więc byłem zmuszony kontemplować widoki zupełnie trzeźwo. Ale nie szkodzi. Jest wszak jedna kropla dziegciu w tym morzu miodu. Jako że Pantokrator jest najwyższym szczytem wyspy, są na nim rozstawione radionadajniki, w ilości bez mała kilkudziesięciu sztuk. Od strony umieszczonego na grani klasztoru jest więc cisza, ale sto metrów dalej wchodzi się w bzyczące pole magnetyczne o dużej mocy. Nie ma rzeczy doskonałych.

Rozpisałem się już dość znacznie, tymczasem inaczej niż w innych moich wpisach podróżniczych, nie było jeszcze prawie niczego o piwie. Dziwne, prawda? Ale bierze się to stąd, że notatki z wyjazdu opuściły mój telefon, udając się do cyfrowej krainy wiecznych łowów, zanim zdołałem je zabezpieczyć. Zdarzyło mi się to tylko raz, akurat w przypadku Korfu. Co nie znaczy, że nie mogę niczego powiedzieć o greckim crafcie, bo wypiłem go całkiem sporo, co widać na załączonym zdjęciu, nie obejmującym wszystkiego, co przelało się przez mój organizm. I powiem jedno – jest dramat. Nie wiem rzecz jasna, na ile selekcja jest reprezentatywna dla greckiego craftu (a kupiłem wszystko, co tylko można było kupić), ale w zasadzie nie warto szczempić mordki.

Rozczarowaniem był miejscowy browar, Corfu Beer. Z jednej strony bardzo szanuję to, że są dostępni praktycznie w każdym zapyziałym sklepie na prowincji tej prowincjonalnej wyspy. Pewnie są to piwa popularne wśród angielskiej tłuszczy, nawiedzającej tłumnie Kerkirę w sezonie, ale nie ma się nad czym rozwodzić, bo piwa są już wystarczająco wodniste. Red Ale, Bitter, Pils – to wszystko nudne, cienkie trunki. Hefeweizen zasilił kanalizację w Nissaki po kilku łykach. Wyjątkiem była IPA. Klasyczna, angielska, kwiatowa, z podbitym ciałem, delikatnie cytrynowymi nutkami, ciasteczkowo-karmelową słodowością i dobrym balansem. Była to nie lada niespodzianka (7/10). Reszta piw się nie nadawała do niczego poza waleniem ich z gwinta na plaży, toteż i zrezygnowałem z wycieczki do mieszczącego się w Sidari browaru. Szkoda było czasu na to.

Co do reszty piw ze zdjęcia, radę dał tylko Voreia Stout (gładki, bardzo kawowy i bardzo smaczny) i o dziwo Alexander, mimo bycia wabikiem na turystów jest to bowiem bardzo sensowny, dobrze wchodzący a la old ale. A gdzie się w crafty zaopatrzyłem? Przy drodze prowadzącej wzdłuż wschodniego wybrzeża na południe do stolicy wyspy mieści się, bodajże na wysokości Kontokali, AB Market. Dobrze zaopatrzony, z największym wyborem piw, z jakim się spotkałem na Korfu. Biorąc jednak pod uwagę jakość dostępnego tam craftu, można sobie wycieczkę do tego sklepu w gruncie rzeczy darować.

Zamiast tego można podjechać do stolicy, „do miasta”, gdzie jest co najmniej jedna knajpa z craftem. Ale stolicę warto również nawiedzić z innych powodów. Nie jest to z pewnością najładniejsze miasto w jakim byłem, ale zabytkowe centrum, pełne marmurowych kamienic z drewnianymi oknami, wąskich uliczek, małych placów i pałacyków, unaocznia, że Korfu to pod względem architektonicznym dużo bardziej Włochy niż Grecja. Nasunęło mi się nawet skojarzenie z Palermo, tyle że bez śmieci, bo Kerkira była zaskakująco czysta. Być może tak akurat trafiliśmy, z tego co bowiem zasłyszałem, strajki śmieciarzy są na tej wyspie zjawiskiem tak bardzo pewnym i cyklicznym jak pory roku.

Centralnymi punktami miasta, poza nieco zapuszczonym placem Leonida Vlachou, są dwie weneckie twierdze, nowa i stara. Chociaż obydwie są stare. Udałem się szybkim krokiem na tę starą usadowioną na półwyspie. Cóż mogę powiedzieć – imponujące mury, pełno kamieni, i tyle by tego było. Ruina panie, ruina. Wspiąłem się na sam szczyt, skąd miałem ładny widok na całe miasto oraz Pantokratora w oddali. Szkoda tylko, że pogoda była deszczowo-barowa.

Właśnie, barowa. Ruszyliśmy w kierunku nowej twierdzy, do której jednak nie dotarliśmy, niedaleko jej wejścia mieści się bowiem bar, a raczej restauracja o nazwie Firi Firi Beerhouse. Przytulna, fajnie urządzona, z pospolitym wyborem na kranach, ale za to craftem w lodówkach. Jaki to jest craft możecie sobie wywnioskować po tym, że właściciel w rozmowie ze mną poinformował mnie lekko podekscytowany, że za niedługo ściągnie do knajpy piwa z browaru Stone. Tego berlińskiego. No cóż.

Za to w lodówkach było kilka piw ateńskiego Septem. Piłem jedno piwo z tej stajni na Krecie dwa lata wcześniej, toteż i nastawiłem się w końcu na coś dobrego, bo przed wizytą w Firi Firi najlepszymi trunkami jakie piłem na Korfu była woda mineralna, ouzo i bardzo pikantna lemoniada z imbirem. Tymczasem Septem 8h Mera IPA to porządne piwo. Z ciasteczkowo-karmelową podstawą, kwiatowo-ananasowym nachmieleniem i odpowiednim balansem (6,5/10). Jeszcze lepiej wypadł Septem W-Day White IPA, bardzo rześkie, świeże, miękkie, cytrusowo-tropikalne, trochę brzoskwiniowe, wyraźniej pomarańczowe. Świetna rzecz, najlepsze greckie piwo, jakie dotychczas piłem (7,5/10).

I tyle by tego było. Ktoś mógłby rzec, że do Grecji nie na piwo się jeździ, ale na wino. Szkopuł w tym, że w winach nie gustuję, a wtóruje mi w tym mój organizm, który już po paru łykach tego ustrojstwa karze mnie refluksem. Nie wszystek jednak stracon – w Grecji mają ouzo, i to na nim zwykle koncentruję po jakimś czasie moją konsumpcję alkoholową w tych stronach. Należę na szczęście do tych, którzy lubią kontrowersyjną trójcę Anyż-Lukrecja-Koper Włoski, a ouzo jest jednym z nielicznych destylatów, które szanuję. Każdy wieczór spędzaliśmy więc przy kilku szklaneczkach tego specyfiku i konwersacjach z obsługą naszego hotelu. Co trzeba podkreślić – nie spotkałem się jeszcze nigdy z tak miłą ekipą hotelową, jak właśnie w tym hotelu u podnóża Pantokratora na Korfu. Swój wpływ na to miała z pewnością pora wyjazdu, wybitnie przedsezonowa, co oznaczało mniej turystów, a więc i mniej nerwów dla osób z branży, a za to więcej czasu i zapału. Około pięćdziesięcioletni, jowialny pan zawiadywał tymczasowo całym hotelem i opowiadał nam po trochu historię swojego życia.

Rozwiedziony, z dziećmi, obecnie w związku z Polką, były mieszkaniec Kanady, do której chce wrócić, syn greckiego komunisty, który musiał się ukrywać za czasów junty. Przy okazji był też żołnierzem zatrudnionym w siłach powietrznych Grecji, jako mechanik odpowiedzialny za kwestie balistyczne. Większość jego opowieści tyczyła się skonfliktowania z Turcją, życia w Kanadzie i bycia naocznym świadkiem ekonomicznego upadku Grecji, który rozpoczął się akurat wtedy, kiedy nasz nowy znajomy postanowił po rozwodzie wrócić z Kanady i ułożyć sobie życie na nowo w swojej ojczyźnie.

Wraz z upływem dni obowiązki pochłaniały go coraz bardziej i zaczęliśmy pić ouzo z barmanem Makisem z Salonik, który przyjechał pracować sezonowo na Kerkirze. On z kolei służył w wojsku na terenie Cypru – Grecy mają możliwość odbycia służby wojskowej na wyspie Afrodyty, za co dostają dodatkowy żołd. Służba ponoć była ciężka, czasami w trakcie doby były tylko dwie godziny snu, musieli się zimą czołgać w mrozie i śniegu w środku nocy po Olimpie, najwyższej górze wyspy, i generalnie wycisk był ponoć nieziemski. Wyraziłem swoje zrozumienie dla takiego stanu rzeczy, jako że stałe napięcie między Grecja a Turcją, szczególnie odczuwalne na Cyprze, wymaga zapewne takiego przeszkolenia. Dowiedziałem się jednak, że wycisk nie równa się efektywności. Według Makisa, przeszkolenie stworzyło z rekrutów nic ponad mięso armatnie. Prawie w ogóle nie dano im używać broni, a obsługi czołgu uczyli się tylko na papierze. Czyli w sumie stereotypowo greckie podejście, mimo że flota powietrzna Grecji uchodzi za świetnie wyszkoloną.

I tak w akompaniamencie ouzo, dobrej (choć przez dwa dni gorszej) pogody, smacznego jedzenia i cudownych widoków minął nam budżetowy tydzień na Korfu. Pod względem piwnym był to jeden z moich gorszych wyjazdów, za to pod względem krajobrazowym i wszelkim innym – jeden z najlepszych. Polecam bardzo.
slider 7965519869828033237

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)