Owoce morza w piwie
https://thebeervault.blogspot.com/2015/06/owoce-morza-w-piwie.html
Są piwa z owocami. Wiadomo, standard. Są też piwa z przyprawami. Jasne, witbier et consortes. Jeszcze są z ziołami. W porządku, gruity, choć chmiel też można uznać za zioło. Ale piwa z morskim robactwem? A czemu nie? Oyster stout czyli stout ostrygowy to gatunek z historią. Pierwotnie ostrygi były uznawane za śmieci, które wplątywały się w sieć w trakcie połowu ryb. Ale że były to jadalne śmieci, to je spożywano, a traf chciał że szczególnie dobrze sprawdzały się jako zagrycha do stouta, stąd w angielskich tawernach pełniły rolę orzeszków ziemnych czy też chipsów. Inna sprawa, to piwa warzone z dodatkiem ostryg. Taki pomysł po raz pierwszy wcielono w życie w 1929 w Nowej Zelandii, skąd dzięki uprzejmości mieszkającego tam Brazylijczyka dostałem wysoko notowany Three Boys Oyster Stout. Jako że na ostrygach świat morskich żyjątek się nie kończy, dostałem również nowozelandzki Emerson’s Southern Clam Stout, w którym zamiast ostryg wylądowały mięczaki sercówkowate, tradycyjnie wyławiane w zatoce Blueskin, na samym południu Nowej Zelandii. Na końcu wpisu umieściłem również polski akcent.
Rozpoczynamy jednak Emersonem, który przeterminowany o prawie rok robi czarujące wrażenie, mimo tylko 6% alkoholu. Wanilia, kawa, likier czekoladowy, lukrecja – jest tutaj wszystko czego człowiek po rasowym stoucie oczekuje. Dodatkowo występuje w bukiecie faktycznie lekko słona nuta morska. Brzydkiego utlenienia brak. Ciało jest średnio pełne i nie niesie ze sobą żadnej wartej wzmianki słodyczy. Paloność pojawia się w pierwszym akordzie razem z lukrecją, przechodzi w rejony czekoladowo kawowe ku końcowi i finiszuje ponownie mocno zaznaczając swoją wytrawną obecność. Piwo faktycznie jest zupełnie marginalnie słodkawe, nieznacznie bardziej goryczkowe, a za to bardziej słonawe i palone zarazem. Nie są to aboslutnie rejony słoności gose, a jednak wraz z każdym kolejnym łykiem na podniebieniu robi się coraz bardziej słono i palono. Bo drugim mocnym skojarzeniem jest popiół, nie z popielniczki, bardziej z wygaszonego ogniska, o drewnianym charakterze. To niemalże zupełnie czarne piwo jest z pewnością jednym z najbardziej palonych z jakimi miałem przyjemność. (7,5/10)
Również nowozelandzki Three Boys Oyster Stout (alk. 6,5%) nawet bez dodatku ostryg byłby piwem głębokim i złożonym. Likier czekoladowy trafia w nim na pumpernikiel, wanilię i słoną nutkę – nawet aromat jest we frapujący sposób słonawy. W smaku główna część wywołuje skojarzenia z wysokojakościową czekoladą, a finisz z badzo delikatnie soloną, subtelnie goryczkową kawą. Jakby tego było mało, to jeszcze tekstura jest wyjątkowo kremowa. Rewelacyjne piwo, jeśli ktoś je kiedyś napotka, to powinien spróbować – strzelam, nie wiedząc ile kosztowało, że jest warte swojej ceny. (8,5/10)



Czy warto się ekscytować stoutami ostrygowymi? Myślę, że warto się ekscytować dobrymi piwami, czy wręcz rewelacyjnymi, takimi jak Emerson’s Southern Clam Stout czy jeszcze bardziej Three Boys Oyster Stout. A czy te piwa bez dodatku skorupiaków smakowałyby dużo inaczej? Z pewnością tak, nie byłoby w nich tej nutki słonej, która czyni je w pewnym sensie wyjątkowymi. Ich smak to jednak również efekt umiejętnego skomponowania zasypu, no i oczywiście uwarzenia. Z drugiej strony, słoność jest w ich przypadku zdecydowanie wzbogacającym całość elementem. W piwach natomiast, w których skorupiaki lądują w mniej szczodrych ilościach, pozostaną one tylko ciekawostką.