Niemiecki Propeller ma problemy z odlotem
https://thebeervault.blogspot.com/2013/03/niemiecki-propeller-ma-problemy-z.html
Propeller to niemiecki browar kontraktowy, który na starcie dysponował sporym ułatwieniem. Jest on wspólnym dziełem dwóch ludzi. Jednym z nich jest człowiek o pseudonimie ‘Der Biersepp’, bloger piwny, kierownik BeerCademy, redaktor naczelny BIERtäglich oraz bier.pur – marketingowa strona przedsięwzięcia jest więc oparta o solidne fundamenty. Drugim ze współwłaścicieli przedsięwzięcia jest Hans-Christian Bosch, dyplomowany piwowar a zarazem właściciel niezbyt renomowanego browaru Bosch – nie było więc problemu ze znalezieniem miejsca do warzenia piwa. Problem jest jeden, a w zasadzie dwa. Otóż panowie od razu wypłynęli na szerokie wody i uwarzyli jako pierwsze piwa Propellera imperial IPA oraz imperial stouta. Zaliczane do tzw. ‘big beers’, uwarzenie w tych stylach czegoś wartego uwagi może być nie lada wyzwaniem. Wprawdzie Bosch ma doświadczenie, ale piwa z jego browaru nie cieszą się zbytnim uznaniem. I niestety – panowie wprawdzie uwarzyli piwa jak najbardziej pijalne, ale oddalone o lata świetlne od naprawdę dobrych przedstawicieli obydwóch piwnych styli.
Propeller Aufwind Double IPA jest zresztą na blogach piwnych często określany nieodpowiednio nazwanym piwem. Jego twórcy potrafią się na to żachnąć, nie przedstawiając jednak kontrargumentów, poza tym że imperial IPA to po prostu IPA, tylko że ‘bardziej’ pod każdym względem. W głównej jednak mierze bardziej aromatyczna i gorzka. W porządku, ale czy właśnie Aufwind można w ten sposób opisać? Nazwa oznacza ‘prąd wznoszący’, twórcy browaru są więc optymistyczni. Mają zresztą poniekąd powody ku temu, Aufwind jest bowiem piwem naprawdę dobrym, niemniej jednak nieco przy recepturze trzeba by jeszcze pomajstrować. Piwo opisane na etykiecie jako ‘ożywiający impuls’ nie jest bowiem wcale tak znowu ożywiające.
Zawartość alkoholu 6,5% to pierwszy zgrzyt – trochę mało jak na piwo 'imperialne'. Woń też nie jest przesadnie intensywna, choć faktycznie przyjemna. Aromat przekonuje do siebie cytrusami i kwiatowością, z wyczuwalną mandarynką. Czuć nieco żywicy i delikatną miętę, a słód wydaje się być lekko opiekany.
Zaskakuje również smak, ale niestety in minus – wrażenie jakie piwo robi po otwarciu butelki blednie. Piwo nie ma w sobie ani krzty słodyczy, jest mocno gorzkie, przy czym gorycz wypełnia szczelnie niemalże całe usta. Przydałaby się jakaś choćby minimalna przeciwwaga. Jak na RIS-a nagazowanie też jest zbyt mocne, a ponadto aromatyczność odczuwalna w trakcie picia również pozostawia wiele do życzenia, jest bowiem nieco mało wyrazista. Posmak skomponowany ciekawie, z nutami palonymi, lukrecją oraz kwiatowością chmielu, jednak i tutaj raczej mało finezyjna goryczka wypiera sam aromat. Alkohol jest nie do końca ukryty, ale w miarę umiejętnie wkomponowany w całość, przez co lekka cierpkość na języku nie przeszkadza. Nadal jest to jednak niezbyt udany, mało wyrazisty imperial stout, któremu brakuje równowagi. Tutaj trzeba by zmienić jeszcze więcej niż w Aufwindzie. Etykieta głosi, że piwo jest bardzo ciemne i uwodzicielskie. Mnie nie uwiodło. (Ocena: 6/10)