Rumuńskim szlakiem cz. 3 – śladami Top Gear do stolicy imprez
https://thebeervault.blogspot.com/2014/11/rumunskim-szlakiem-cz-3-sladami-top.html
Trzeba się było w końcu pożegnać z urokliwym Brașovem i ruszyć dalej w kierunku stolicy. Z Brașova do Bukaresztu można się dostać wygodnie, łatwo i szybko, mijając po drodze stary krzyżacki zamek w Râșnovie, twierdzę Bran która jest niezgodnie z prawdą historyczną reklamowana jako zamek Drakuli oraz piękny pałac w Sinai. No ale nie po to człowiek ogląda Top Gear w którym określa się trasę Transfogarską mianem najpiękniejszej na świecie żeby sobie ją potem ot tak ominąć.
Podjazd wijącymi się w górę Karpat serpentynami jest ambitny, ale nie trzeba wrzucać pierwszego biegu. Zostawia się za sobą Siedmiogród, który widziany z dołu wydaje się górzysty, a jednak po osiągnięciu pułapu około dwóch tysięcy metrów robi płaskie wrażenie, niczym dywan usłany zielonymi i piaskowymi łatami.
Na szczycie znajduje się schronisko oraz kramiki z różnym rękodziełem, miodami oraz jedzeniem własnej roboty. No i takie sery czy wędliny domowe można nawet w tak turystycznym miejscu kupić za mniej pieniędzy niż przemysłowe jedzenie w supermarketach. Za wołowe kabanosy płaciłem 50zł/kg, za bochen miejscowego oscypka 30zł/kg. Zrobiliśmy rundkę, poobserwowaliśmy przemierzające hale na takiej wysokości stada owiec oraz świń i wjechaliśmy w tunel prowadzący do wewnętrznej strony Karpat. A tam było jeszcze piękniej.
Na szczycie znajduje się schronisko oraz kramiki z różnym rękodziełem, miodami oraz jedzeniem własnej roboty. No i takie sery czy wędliny domowe można nawet w tak turystycznym miejscu kupić za mniej pieniędzy niż przemysłowe jedzenie w supermarketach. Za wołowe kabanosy płaciłem 50zł/kg, za bochen miejscowego oscypka 30zł/kg. Zrobiliśmy rundkę, poobserwowaliśmy przemierzające hale na takiej wysokości stada owiec oraz świń i wjechaliśmy w tunel prowadzący do wewnętrznej strony Karpat. A tam było jeszcze piękniej.
Urokliwie oświetlona dolina wewnątrz Karpat stanowiła jeden z najbardziej imponujących górskich widoków jaki mogłem sobie wymarzyć. Nie tylko zresztą ja, o czym świadczyły porozkładane na polankach wzdłuż drogi pojedyncze namioty. Biwakowanie na dziko jest w Rumunii dozwolone, choć trzeba uważać na misie i wilki. Tutaj droga już powoli wiła się łagodnymi serpentynami w dół, a przyjazne, pasące się dziko konie zaglądały nam do aut szukając jedzenia. Nie żeby wyglądały na wygłodzone – zwierząt w Rumunii widziałem dużo i poza niektórymi bezpańskimi psami robiły zdrowe wrażenie.
Najdłuższym i najbardziej męczącym odcinkiem trasy przez Karpaty były serpentyny wijące się wokół fjordów postrzępionego jeziora Vidraru, za którym znajdują się na wzniesieniu ruiny prawdziwego zamku Vlada Tepesa, czyli Poenari. Pod względem piwnym znosiłem smutną dolę kierowcy, zaznajamiając się w trakcie podróżnego posiłku składającego się z całkiem smacznej ciorby oraz mięsiw z grilla z Goldenbräu Fara Alcool. Na moje nieszczęście był to nealko słodzony i aromatyzowany. Nie wyczułem niczego piwnego, za to pełno landrynek najtańszego sortu, trochę cukierków alpejskich, eukaliptusa i gumę juicy fruit. Smaczne tak bardzo (1/10). Na tym postoju zresztą nie tylko ja byłem poszkodowany, bo kumplowi udało się zatrzasnąć w kiblu. Shit happens.
Droga w dół Karpat zabrała nam sporo czasu, a po drodze niezauważenie minęliśmy dwa klasztory w Curtea de Argeș, dawnej stolicy Wołoszczyzny, co bardzo zasmuciło mnie a uradowało resztę, spragnioną nocnych wrażeń Bukaresztu. Jeszcze godzinka pierwszorzędnej autostrady i wjechaliśmy wieczorem do tej według niektórych najbrzydszej stolicy Europy.
Nawet w przewodniku miasto jest opisywane jako szare i smutne, jak gdyby chciano je podróżnikowi zniechęcić. Zupełnie niesłusznie. Spodziewałem się przytłaczającej, betonowej szarzyzny, smutnych ludzi (jak w Polsce) oraz hord wściekłych, bezpańskich psów. Zastałem miasto faktycznie pełne blokowisk, ale całkiem ciekawych, takich które łączą w sobie mało wyrafinowany brutalizm z pseudoklasycyzmem socrealizmu wraz ze zdobionymi balkonami czy kolumnadami na dachach. Miasto w którego centrum specjalnie dużo bezpańskich psów o dziwo nie było. Może ktoś je zjadł, choć nie chcę wskazywać palcem. Miasto z bardzo szerokimi ulicami, ale i wszechobecną secesyjną architekturą. Miasto w którym drugi największy metrażowo budynek świata czyli siedziba parlamentu (w całości z marmuru; w podziemiach organizowano wyścigi samochodowe a Rumuni po dzień dzisiejszy głowią się jak tę powierzchnię zagospodarować) wygląda majestatycznie ale jednak nie ponuro. Miasto z bardzo ładną starówką - całe szczęście Ceaușescu kazał zburzyć tylko połowę. Miasto ruchliwe, w typowo bałkański sposób nieco chaotyczne. No i przede wszystkim - miasto niesamowicie imprezowe.
Kiedy byłem w Pradze w niedzielę, można było dostać depresji. W porównaniu w sobotą starówka była pusta, jak gdyby większa część ludności schowała się w jakichś norach. Tylko pojedyncze grupki Chińczyków niestrudzenie trzaskały zdjęcie za zdjęciem jakichś otworów kanalizacyjnych i innych atrakcji. To samo się tyczy innych dużych miast Europy Środkowej, nawet tych o imprezowej renomie. W niedzielę, poniedziałek i wtorek nic się nie dzieje. Dopiero w środę zaczynają odżywać, co znajduje swoje apogeum w wieczorach czwartku, piątku i soboty. Tymczasem w Bukareszcie w poniedziałkowy wieczór starówka jest pełna ludzi. W niektórych knajpach ciężko o wolny stolik, a trzeba powiedzieć że pod względem wystroju jest świetnie. Jak gdyby każdy restaurator chciał sprawić że prowadzony przez niego lokal będzie tym wyjątkowym. Zero urawniłowki, każda knajpa ma swój własny klimat, w co drugiej miałoby się ochotę usiąść na piwo. Oprócz knajp jest też oczywiście sporo miejsc, w których utalentowane panie za opłatą dokonują masażu, doprowadzając do happy endu różnymi możliwymi częściami ciała, m.in. obojczykiem. Tak to przynajmniej było ujęte na jednej z ulotek, wizualizacji się nie podejmuję.


Wieczór skończyliśmy w samym oku starówki, gdzie mieści się półotwarta dyskoteka, skąd mocne bity lecą na cały regulator na zewnątrz do samego rana, panie tańczą go go a policja zjawia się nie po to żeby egzekwować przepisy dotyczące ciszy nocnej, a po to żeby na prośbę ochrony zwinąć jakiegoś menela który zrobił sobie zaraz obok wejścia do lokalu biwak. I to wszystko w poniedziałek. Powtarzam, impreza na całego w zwykły, poniedziałkowy wieczór. W tym miejscu trzeba zapłacić 15zł żeby pójść w tango z austriackim Edelweissem, no ale lepsze to od Tuborga 0,33l za 10zł.
Następnego popołudnia udaliśmy się na zwiedzanie starówki w świetle słonecznym, wpierw jednak odwiedziliśmy w końcu rumuński browar restauracyjny.
Założona w 2009 roku Berestroika jest według RateBeer jedynym browarem restauracyjnym w Rumunii, według Marcina Piwnego Turysty takie przybytki znajdują się jeszcze w Cluj Napoce oraz Tomeşti. Wiadomo na pewno, że Berestroika jest najstarsza. Otoczona z wszystkich stron monumentalnymi, socrealistycznymi blokami z wystającymi okrągłymi balkonami oraz dachowymi kolumnadami, jest swego rodzaju oazą w morzu betonu. Nie za bardzo nawet pamiętam wnętrze, które nawiedziłem żeby sfotografować ładnie wyeksponowane za ogromną szybą narzędzia warzelne, ale chyba jest całkiem przytulne. Najlepsze co ma Berestroika znajduje się jednak na zewnątrz, czyli bardzo duży, gustownie urządzony taras z ogrodem i zewnętrznym barem. Bardzo miło się w takich miejscach siedzi. I człowiek wnet zapomina, że zaraz obok browaru są te bloki. Obsługa miła, jedzenie nie wiem jakie, bo byliśmy zaraz po śniadaniu, więc niczego nie zamówiliśmy. A piwa? Aj waj...
Berestroika Blondie to słodkie, lekko słodowe i kwiatowe piwo, w którym słodycz nie jest balansowana żadną goryczką, a nadmiar drożdży denerwuje. Nic specjalnego, no i za słodkie (4,5/10). Berestroika Rosie powitało moje zmysły potężną wadą, mianowicie w posmaku poza nutkami mineralnymi można było wyczuć niemowlęce wymiociny. Poza tym bukiet składa się głównie z toffi i kwiatów, a smak jest kwaskowy. Tylko na co te rzygi jo się pytom (3/10). Berestroika Blackie z pewnością rewelacyjnym piwem nie jest, ale jednak w zestawieniu z resztą zdecydowanie wygrywa. Słodycz jeżyn miesza się z drożdżami, do czego dochodzą nutki ziemisto-mineralne i palone, a na koniec jeszcze szczypta kawy. Niezłe (6/10).
Opuściliśmy przybytek w porze w której według rozwieszki jest dopiero otwierany i skierowaliśmy nasze nogi ku starówce. Tam w klimatycznej, otwartej kawiarni wychyliłem kielich Leffe Brune (15zł), po czym posililiśmy się w cieniu pomnika Vlada Tepesa świetną wołowiną w sosie (lunch menu z zupą za około 20zł). Mała rundka po starówce, gdzie mogliśmy oglądać wspomnianą secesję w świetle dziennym oraz podziwiać kościoły które Geniusz Karpat kazał zasłonić z wszystkich stron blokami, zakończyła nasz pobyt w rumuńskiej stolicy.
![]() |
skromny wycinek oferty |

![]() |
bonus - najbrzydszy budynek świata |
Zanim ich jednak skosztowaliśmy, trzeba było dojechać nad wybrzeże...
Uśmiechnij się czasami do kamery Twardzielu! ;)
OdpowiedzUsuńEj no, jestem tutaj na trzech zdjęciach, z czego na dwóch się uśmiecham. No chyba że myślisz że jestem tym koniem na zdjęciu tytułowym, on faktycznie patrzy trochę roszczeniowo ;)
UsuńHa! That's the spirit! No, ale czy koń dostał jakąś kostkę cukru?
OdpowiedzUsuńCukru nie, cukier niezdrowy. Za to dostał kilka jabłek. Chyba smakowały.
Usuń