Malta. O piwie i jedzeniu w kraju krzyżowców.
https://thebeervault.blogspot.com/2013/05/malta-o-piwie-i-jedzeniu-w-kraju.html
Malta staje się powolutku coraz bardziej popularnym miejscem na wypoczynek dla Polaków, a to za sprawą taniejących wakacji. Dość powiedzieć, że udało mi się spędzić tydzień w tym pięknym kraju za mniejsze pieniądze niż zwyczajowo są potrzebne do wykupienia wakacji w Tunezji czy innym Egipcie. Wypoczynek był aktywny, malutkie państwo oferuje bowiem nad wyraz dużo do zwiedzania, zjedzenia oraz wypicia.
1. Kraina
2. Ludzie
Burzliwa historia wyspy odcisnęła na niej oraz mieszkańcach swoje piętno. Na Malcie (oraz nieco mniejszej, wchodzącej również w skład państwa Gozo) znajdują się jedne z najstarszych, świątynnych zabudowań megalitycznych na świecie. Wyspa była kolonią fenicką, później przeszła w posiadanie Rzymu, kiedy to u jej brzegów rozbił się ze swoją łodzią św. Paweł, który zdołał nawrócić rzymskiego gubernatora, pierwszego maltańskiego świętego i męczennika za wiarę. Po upadku Rzymu kraj podbili muzułmańscy Arabowie, po czym oswobodzili go Normanowie z Sycylii. Po jakimś czasie państwo zostało nadane walecznemu zakonowi Joannitów, którzy po ucieczce z Ziemi Świętej stracili kolejno Cypr oraz Rodos na rzecz Turków. W 1565 roku obronili Maltę w trakcie jej oblężenia przez flotę ottomańską, największą jaką widział ówczesny świat. Data obrony, którą kierował Wielki Mistrz zakonu Jan de Vallette, jest powodem do dumy dla Maltańczyków i powinna krzepić serca również w czasach teraźniejszych.
Niezdobytą wyspę fortelem podbił w 1798 roku Napoleon, który został jednak zmuszony oddania jej Anglikom dwa lata później. Oznaczało to kres panowania na wyspie zakonu Joannitów, który od niej jest również nazywany zakonem Kawalerów Maltańskich. Pozostający w rękach Anglików kraj był w trakcie II Wojny Światowej mocno bombardowany oraz obłożony blokadą morską przez naszych miłujących pokój sąsiadów zza Odry, stanowił bowiem ważny punkt dowodzenia Royal Navy. W 1964 roku zyskał niepodległość i istnieje do dziś, poza nie znaczącym faktem utracenia tejże niepodległości na rzecz UE w 2004 roku, co stało się m.in. powodem narastających kłopotów z imigrantami muzułmańskimi, którzy wcześniej traktowali kraj jedynie tranzytowo, w drodze do Włoch czy Francji. Historia ma wpływ na skład ludnościowy kraju, język, religię, obyczaje, jedzenie oraz... piwo.
Maltańczycy są zazwyczaj ludźmi bogobojnymi oraz sympatycznymi. Etnologicznie są najbardziej spokrewnieni z Włochami, skąd dużo przodków obecnych mieszkańców wyspy przybyło. Mężczyźni faktycznie wyglądają w większości jak Włosi, choć są wyżsi, natomiast kobiety często mają urodę usytuowaną pomiędzy włoską a bliskowschodnią. Było trochę ładnych, ale niestety mniej niż się spodziewałem. Biorąc pod uwagę historię (św. Paweł, joannici, walki z muzułmanami) nie dziwi, że Maltańczycy to obecnie być może ostatni rzeczywiście katolicki naród w Europie. Język należy do grupy semickiej, wywodzi się bowiem od fenickiego, a według innej hipotezy od sycylijsko-arabskiego. Brzmi nieco podobnie do arabskiego, choć jest bardziej miękki (nie ma charakterystycznego twardego /h/). Jak się chce obrazić Maltańczyka, to mu się mówi że jego język brzmi jak arabski.
Ze względu na panowanie Anglików zdecydowana większość mieszkańców Malty mówi płynnie po angielsku, a rozmawiając ze sobą w miejscowym języku, podczas rozmowy często wtrącają całe zdanie bądź ich ciągi w języku Szekspira. Od innych południowych Europejczyków odróżnia ich względna kultura jazdy, chyba również większe przywiązanie do zwierząt (sporo bardzo dobrze odżywionych i zadbanych kotów, co jak na południową Europę jest ewenementem) oraz chlubienie się pracowitością. I faktycznie, jak jest coś do zrobienia, to Maltańczycy krzątają się jak mogą. Na wyspie jeździ się po lewej stronie. Nie wiem jaki jest stosunek autochtonów do innych narodów, ale do Anglików, skąd pochodzi chyba większość turystów, raczej bardzo pozytywny (co mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę jak długo byli pod angielskim butem), natomiast co do Niemców, to niech za przykład posłuży rozmowa jaką miałem z właścicielem restauracji na południowym wybrzeżu, który nota bene skomplementował nasz kraj za nasze miody. Otóż powiedział on, że ruch turystyczny jest gorszy w tym roku, bo Europę trawi kryzys. Włosi są 'kaputt', Hiszpanie i Francuzi właściwie też, Anglicy też nie zostawiają tyle pieniędzy co kiedyś, tylko [i tutaj wypowiedź przybrała lekko sarkastyczny ton] jakimś cudem pełno kasy mają Niemcy. No cóż, w przyrodzie nic nie ginie...
3. Kulinaria
Kuchnia maltańska jest w głównej mierze śródziemnomorska, choć zdradza wpływy bliskowschodnie oraz angielskie. Do tych ostatnich zalicza się tzw. 'maltese sausage', której nie miałem odwagi spróbować, bo wygląda jak angielska, a nie przepadam za przeżuwaniem zrolowanych, zmokłych gazet. Fantastyczne (również do piwa) są za to marynowane w różny sposób oliwki, duże, mięsiste, nie te bidulki które są do kupienia w polskich marketach.
Dużo jest naturalnie dań rybnych i z owoców morza, ale i grillowanego mięsa. Sosy są zwyczajowo doprawiane kaparami, a warzywa przez wydłużoną ekspozycję na słońce są dużo lepsze niż u nas. Ciekawostką jest ftira, czyli coś co wygląda jak gruzińskie chaczapuri, ale jest z ciasta francuskiego i przypomina w smaku odtłuszczoną wersję bałkańskiego (ale pochodzącego z Turcji) burka. Lokalnym przysmakiem jest duszony (rzecz jasna pośmiertnie) królik, którego raz zamówiłem, ale nie zrobił na mnie większego wrażenia. Chleb jest o dziwo bardzo smaczny. Ze słodszych rzeczy - z opuncji, fig oraz kopru włoskiego wyrabia się likiery, z pierwszych dwóch również dżemy.
ftira z serem z wyspy Gozo |
ryba miecz |
4. Knajpy
wnętrze Fat Harry's Pub |
Osobnym zagadnieniem jest miejscowość Saint Julian's. Do tego nadmorskiego miasteczka, będącego częścią aglomeracji wokół stolicy zjeżdżają się grupy młodzieży i studentów z całego świata na kursy językowe z angielskiego. To znaczy, tak myślą zapewne ich zazwyczaj bogaci rodzice, bo w istocie pobyt w Saint Julian's jest jedną wielką balangą. Imprezownia obok imprezowni, knajpa obok knajpy, z boku strzegąca tłumów, kulturalnie się zachowująca policja. Nie wiem jaki procent w sobotni wieczór był miejscowy a jaki przyjezdny, ale w tłumie przed klubem dla homosiów gros stanowili Niemcy oraz Anglicy, a dla kontrastu, co do kobiet, to nie wiem kiedy i czy w ogóle widziałem ich tyle o takiej urodzie, w takich fajnych strojach, w jednym miejscu. Oczopląsu można było dostać. Problem jedynie w tym, że na oko 15- i 16-latki ubierały się tak samo jak te starsze, a to już tylko można było skwitować kręceniem głowy. Trwała akurat Eurowizja i sporo ludzi się mocno emocjonowało za każdym razem kiedy Malta się pięła w górę.
Najpierw w ogródku knajpy w stylu angielskim wypiliśmy co nieco, potem przetransportowaliśmy się do otwartej restauracji z nieco starszą klientelą, gdzie sobie trochę pogaworzyliśmy z sympatycznym kelnerem z Serbii, który myślał, że język polski jest taki sam jak rosyjski oraz że byliśmy częścią Związku Radzieckiego. Potem na skraju dogorywającego klubu wypiliśmy miejscowego lagera naprzeciwko knajpy metalowej, a póżniej dwie godziny spędziliśmy czekając na pierwszy poranny autobus w jedynym pubie w okolicy otwartym 24 godziny na dobę. Co ciekawe, knajpa była rumuńska, stąd spędziliśmy czas na rozmowie z rumuńskim barmanem, popijając tamtejsze piwo. Niestety, Ciuc Lemon to radler najgorszego sortu. Sztuczny, chemiczny i zaklejająco słodki, zero piwa w piwie, a za to pełno syntetycznego napoju gazowanego (2/10). Odrobinę lepszy był czołowy rumuński lager Ursus, który zapamiętałem sprzed laty jako tamtejszą wersję Tyskiego, i nic się pod tym względem nie zmieniło. Męczyłem się dość długo, żeby wypić kwaskowego, jeno lekko gorzkiego eurowodniaka (3/10). Cóż, do wyboru miałem tylko jeszcze podstawową wersję Ciuc oraz Timisoreanę, której wiele lat temu nie udało mi się nawet do końca wypić. Wedle naszego sympatycznego rozmówcy, wybrzeże bułgarskie jest w porównaniu do rumuńskiego w lato bardzo spokojne. Wnioskuję, że muszę w końcu odwiedzić jego ojczyznę, no bo skoro Bułgaria jest przy niej spokojna, to nie wiem jakie imprezy się w okolicach Constanty muszą odbywać...
Najpierw w ogródku knajpy w stylu angielskim wypiliśmy co nieco, potem przetransportowaliśmy się do otwartej restauracji z nieco starszą klientelą, gdzie sobie trochę pogaworzyliśmy z sympatycznym kelnerem z Serbii, który myślał, że język polski jest taki sam jak rosyjski oraz że byliśmy częścią Związku Radzieckiego. Potem na skraju dogorywającego klubu wypiliśmy miejscowego lagera naprzeciwko knajpy metalowej, a póżniej dwie godziny spędziliśmy czekając na pierwszy poranny autobus w jedynym pubie w okolicy otwartym 24 godziny na dobę. Co ciekawe, knajpa była rumuńska, stąd spędziliśmy czas na rozmowie z rumuńskim barmanem, popijając tamtejsze piwo. Niestety, Ciuc Lemon to radler najgorszego sortu. Sztuczny, chemiczny i zaklejająco słodki, zero piwa w piwie, a za to pełno syntetycznego napoju gazowanego (2/10). Odrobinę lepszy był czołowy rumuński lager Ursus, który zapamiętałem sprzed laty jako tamtejszą wersję Tyskiego, i nic się pod tym względem nie zmieniło. Męczyłem się dość długo, żeby wypić kwaskowego, jeno lekko gorzkiego eurowodniaka (3/10). Cóż, do wyboru miałem tylko jeszcze podstawową wersję Ciuc oraz Timisoreanę, której wiele lat temu nie udało mi się nawet do końca wypić. Wedle naszego sympatycznego rozmówcy, wybrzeże bułgarskie jest w porównaniu do rumuńskiego w lato bardzo spokojne. Wnioskuję, że muszę w końcu odwiedzić jego ojczyznę, no bo skoro Bułgaria jest przy niej spokojna, to nie wiem jakie imprezy się w okolicach Constanty muszą odbywać...
5. Piwa z importu
karta piw w restauracji francusko-maltańskiej. Pozazdrościć. |
Królują jednak, ze względu na turystów, zdecydowanie wyroby angielskie oraz irlandzkie. W sklepach można dostać bez problemu Carlinga, John Smith's, Guinness Draught, szkockie Tennents oraz sporo cydrów, np. Strongbow, Woodpecker czy Bulmers/Magners. W niektórych jest wybór puszek z azotowymi widgetami, w innych jeszcze mniej znane ejle. W knajpach również obok miejscowych marek są zazwyczaj krany z Guinnessem, John Smith's oraz Strongbow, rzadziej również Kilkenny czy też Bombardierem. Tak wygląda norma, jest więc dobrze.
6. Piwa miejscowe
Czyli to, co najciekawsze. Na Malcie nie ma niestety żadnych browarów restauracyjnych. Co więcej, browarów jest w tym kraju jedna sztuka, czyli Simonds Farsons Cisk, który jednak ma całkiem ciekawą ofertę. Pierwszy browar na Malcie, czyli L. Farrugia and Sons (w skrócie Farsons) powstał pod koniec lat 20-tych XX wieku, a pierwszym jego piwem był Hopleaf Pale Ale, który zadebiutował na rynku w 1928 roku. Rok później firma połączyła się z lokalną delegaturą brytyjskiego H&G Simonds, firmy która dotychczas zajmowała się importem piwa z Albionu dla licznego garnizonu brytyjskiego na Malcie.
W 1948 roku doszło do połączenia obydwóch browarów, czyli warzącego piwa górnej fermentacji typu angielskiego Farsons oraz specjalizującego się w fermentacji dolnej Malta Export Brewery, i do dzisiaj u monopolisty maltańskiego, w browarze powstałym po fuzji w 1950 roku w miejscowości Mriehel warzy się dwutorowo. Firma organizuje raz do roku festiwal piwny, poza piwem produkuje również napoje bezalkoholowe, a co najciekawsze, przejęła na Malcie sporą część franczyzy Burger Kinga, Pizza Hut oraz KFC. Z napojów bezalkoholowych wart wzmianki jest reklamowany na każdym kroku Kinnie. Jest to napój pomarańczowo-ziołowy, stąd może również przemówić do piwosza ze względu na swoją wyraźną goryczkę zmieszaną ze słodyczą. Smakuje mniej więcej jak Jagermeister zmieszany z Fantą, a wśród składników widnieje m.in. gorzka pomarańcza, anyż, lukrecja, żeń-szeń, wanilia oraz rabarbar.
Przejdźmy więc do miejscowych piw.
Na początek ejle, czyli produkty z serii Farsons.
Farsons Hopleaf Pale Ale (alk. 3,8%) to miejscowy bitter, choć jest niewiele bardziej chmielowy od Blue Label. Jest słodowy w nieco 'jaśniejszy' sposób, czyli również ciasteczkowy ale mniej karmelowy, a także ciut bardziej zielono-chmielowy. W smaku słodowe, ciasteczkowe, lekko słodkie i lekko owocowe, niewiele bardziej gorzkie od Blue Label. Fajne. (Ocena: 6,5/10)
Poza tymi piwami górnej fermentacji, browar warzył również strong ale oraz golden ale, ale już niestety tego nie robi, przynajmniej mi się nie udało nic znaleźć.
Przejdźmy więc do lagerów, czyli piw z serii Cisk.
Więcej piw miejscowych mimo poszukiwań nie udało mi się znaleźć mimo poszukiwań, stąd zakładam że przegląd ma charakter domknięty. Wprawdzie piwo absolutnie nie jest głównym powodem do odwiedzenia Malty, ale smak niektórych przedstawicieli maltańskiego piwowarstwa czyni pobyt jeszcze bardziej przyjemnym.
Świetny wpis!
OdpowiedzUsuńa jak z cenami tych piwi i cenami pobytu? aż chce się jechać na Maltę. Dobrze sie to czyta!
OdpowiedzUsuńMi się udało wykupić tygodniowy wyjazd za 1500zł. Hotel cztery gwiazdki HB, choć w Bułgarii by dostał dwie. Jedzenie mocno przeciętne ale dało się przeżyć. Piwa półlitrowe miejscowe w sklepie euro z hakiem, w lokalach 2-3 euro. Zagraniczne od pół euro za te niemieckie lagery do 1,5-2 euro za pozostałe w sklepie, około 3,5 euro w knajpie. Jedzenie w sklepach mniej więcej w podobnych cenach jak u nas. W restauracjach porządny obiad koło 10 euro, za 15 euro już można fajny duży stek zjeść. Bilet całodniowy na wszystkie linie autobusowe 2,60 euro, zwiedzanie dość drogie bo od pięciu do parunastu euro, w zależności co się chce zwiedzić. Ale nawet przy bardziej napiętym budżecie jest co robić.
UsuńGdzie mozna kupic blue label piwko z browaru farsons ? Szukam pisze i niestety nie moge znalesc ;/
OdpowiedzUsuńNie widziałem go nigdzie poza Maltą.
Usuńdziś urodziny piwka 90 lata !
OdpowiedzUsuńCiekawy kraj i ciekawy wpis :)
OdpowiedzUsuń