Loading...

W pogoni za rumuńskim craftem

Cóż można napisać na temat kraju o którym się rok temu wysmażyło elaborat w pięciu aktach? Ano całkiem sporo. Nie dość że Rumunia to kraj duży i wyjątkowo różnorodny, to w dodatku i tam powoli ‘craft’ wdziera się na rynek. Minionego sierpnia miałem się o tym okazję przekonać naocznie.

Tym razem wjazd na teren kraju odbył się od strony Serbii, a był poprzedzony ponad stukilometrową drogą prowadzącą wzdłuż przełomu Dunaju, stanowiącego w tym miejscu granicę między obydwoma państwami. Warto było. Do rzeki dojechaliśmy w miejscu w którym jest najszersza i sprawia wrażenie wielkiego jeziora. Parę kilometrów dalej na południe mijaliśmy twierdzę Golubac, w której zginął Zawisza Czarny, podejmując islamskich imigrantów po staropolsku, czyli mieczem i tarczą. Niestety, trwały akurat prace rekonstrukcyjne i nie dało się jej zwiedzić. Za to przed nami mieliśmy długi odcinek jednopasmowej, a przy tym puściutkiej trasy wzdłuż serbskiego brzegu Dunaju, z której mogliśmy obserwować brzeg rumuński, fantazyjnie pofalowany, poprzetykany skałami, oferujący całą gammę barw. Coś cudownego.

Granicę przekroczyliśmy w pobliżu Drobeta-Turnu Severin, przejeżdżając przez Dunaj po tamie, wspólnym dziele rządów rumuńskiego i jugosłowiańskiego, za sprawą której pod wodą jeziora zaporowego zniknęła wyspa Kaleh, przedwojenny Sealand, teren który wskutek zmian granic w 1878 roku z dnia na dzień stał się bezpaństwowy, a że był zamieszkały, to stał się eksterytorialną enklawą bez ceł i podatków na pograniczu serbsko-rumuńskim. Trwało to do 1923 roku, kiedy stał się częścią Rumunii, no a pół wieku później musiał ustąpić przed niszczycielsko-budowniczą ręką człowieka.

Przy rumuńskiej granicy zdziwił nas widok całej masy aut osobowych z różnymi rejestracjami – niemieckimi, francuskimi, holenderskimi,... – które zostały zaraz przy punkcie kontrolnym zostawione na pastwę losu. Niektóre już tak dawno temu że poza postępującą korozją zaczęły im odpadać różne części, na czele z rurami wydechowymi i zderzakami. No cóż, nam się udało wjechać, a celnik wręcz się ucieszył że jesteśmy z Polski i zagadał przedziwną mieszaniną polskiego, ruskiego i serbskiego.

Za granicą obiad w tawernie serbskiej (Tavarna Sarbului), w której za 300g pleskawicy co prawda trzeba było słono zapłacić, ale warto było. Dalsza droga prowadziła przez początkowo miło pofalowaną, zieloną Oltenię, gdzie w pewnym momencie minęliśmy cmentarzysko dwupłatowców, ku Bukaresztowi, miastu które rok wcześniej w ten sam dzień tygodnia tętniło życiem.

Wrażenie miasta imprez zostało w tym roku podtrzymane, choć akurat w tej knajpie w której imprezowaliśmy rok wcześniej tym razem było spokojnie. Za to kilkadziesiąt metrów dalej już nie. Stare miasto Bukaresztu latem staje się centrum rozrywki. Komu nie żal 12-15zł za butelkę Edelweissa albo ma ze sobą grube pieniądze na flaszkę wódki, ten poczuje się tutaj bardzo na miejscu. Szczególnie że rumuńskie kobiety przodują w moim osobistym rankingu piękna na kilometr kwadratowy (o jeden punkt przed Serbkami), a rumuńscy didżeje znają się na rzeczy. W przeciwieństwie do naszych miksują jak najlepsi i – co równie ważne – nie zmieniają rytmu co pół minuty i nie tłuką co chwila farmazonów, tylko po prostu grają. Grają tak, żeby ludzie się dobrze bawili. No i tak wygląda Bukareszt nocą. Knajpy, dyskoteki i kluby masażowe – bo prostytucja jest w Rumunii nielegalna, ale masaże z ‘happy endem’ się do niej nie zaliczają. Pod względem potencjału imprezowego Bukareszt bije zachodnią Europę tak mocno, że ta ostatnia powinna się ze wstydu iść zrzucić z Cabo da Roca w toń Atlantyku. A to był początek tygodnia, strach się bać co się tam dzieje w weekendy.

No ale Bukareszt to także stolica rumuńskiego craftu. I tutaj od zeszłego roku nastąpił krok do przodu. O ile podczas poprzednich wakacji jedynym nowofalowym (i to w bardzo naciągany sposób) browarem w Rumunii był Clinica de Bere z Timisoary, o tyle w międzyczasie doszły do tego trzy następne.

Pierwszy dzień, a raczej wieczór, był w miarę spokojny. Szklanka Ursus Black w firmowej knajpie (ale to piwo jest dobre!), porcja fish and chips na ulicy podczas gdy jakieś dzieci bawiły się na ulicy pustym petainerem, slalom między kobietami rozdającymi ulotki na masaże z happy endem, Leffe Brune z gwinta na Placu Uniwersyteckim i do wyra. Następny dzień był zdecydowanie bardziej craft.

Ponieważ nie każdy ma taką piwną fiksację jak ja, część pojechała metrem zwiedzać park Herastrau wraz ze skansenem (zamkniętym jak się okazało, był wszak poniedziałek) i na miejscu pić Leffe siedząc w hamaku, druga część poszła za mną na stare miasto w poszukiwaniu piwa.

La 100 de Beri to knajpa nazwana nieco na wyrost, tylu butelek chyba nie mieli. Jest to ciemny, podłużny, angielski w stylu lokal, wyłożony kaflami i powywieszany piwnymi bibelotami. Nie przepadam za takimi klimatami, ale na zewnątrz na deptaku siedziało się całkiem przyjemnie. Szczególnie że nie miało się przed sobą wytatuowanego, nieco naburmuszonego barmana. Mogłem się skupić na Fabrica de Bere Bună, jednym z trzech nowych craftowców z krainy Codreanu. Zăganu Blondă (alk. 5,3%) to niby pils, choć profilowi daleko do czystego. Piwo dni świeżości miało już dawno za sobą, było kwaskowe, ‘przejrzałe’, choć lekka słodycz też się ostała. Ciasteczkowość połączona z rześkością i delikatnym goździkiem (infekcyjka). Takie se, ale pić można (5,5/10). Pić nie warto było za to zdecydowanie Zăganu Brună (alk. 7%). Tutaj już infekcja była ewidentna. Słodycz i skórka od chleba – to miało w tym piwie być wyczuwalne. Metal i tanie mydło – to jest wysoce wątpliwe. Bandaże – to już z całą pewnością był wypadek przy pracy (3/10).

Cóż, trzeba było przepłukać gardło na przecznicy pod Sinners Club lanym Guinnessem. W estetycznym miejscu, if you know what I mean. Pół godziny i trzysta metrów później usłyszałem od moich współtowarzyszy „Czemu my tutej siedzimy u tego starygo chopa?” No tak, knajpa wyżej i knajpa niżej śliczne kelnerki, a w City Blues tylko leciwy właściciel. Trudno – przyszedłem tutaj po Ground Zero i bez wypicia wszystkiego co jest na stanie stąd nie wyjdę. Knajpa ma taki sobie, mocno przypadkowy wystrój, ale jest to obok obydwóch Beer o’Clocków główna ekspozytura craftu w stolicy Rumunii. Ponad 200 butelek, cztery piwa lane. Ceny w sumie polskie. No i najważniejsze – mają Ground Zero, wiodącego rumuńskiego craftowca. Który swoje etykiety wypełnia tak napuszonymi, grafomańskimi, pseudo-alternatywnymi tekstami, że nawet BrewDogowi pryszcze zaczynają się chować pod skórę. Trudno się mówi, niektórzy widocznie czują przymus potupania nóżkami żeby ich ktoś usłyszał. Let the beer do the talking.

Morning Glory (alk. 6%) jest piwem wprawdzie wyraźnie karmelowym, ale dzięki dosadnej choć nieprzesadzonej goryczce dysponuje świetnym balansem. Nachmielenie poziom szczodry – cytrusy, kwiaty, trochę melona. Lubię to, nawet bardzo (7/10). Gypsy Porter (alk. 4,5%) też jest szczodrze nachmielony. Mniej niż Morning Glory rzecz jasna, ale nadal wyraziście, szczególnie jak na styl. Na froncie walczą jednak ciemne słody – gorzka czekolada, trochę paloności, kawa, no i całkiem spora pełnia. Mimo niej jednak, dzięki niskiej zawartości alkoholu, piwo pozostaje bardzo sesyjne (7/10). Na koniec zostawiłem sobie Imperial Fuck (alk. 9%). Jak już ktoś opatruje swoje piwo taką nazwą, jedną z lepszych dla imperiala z jaką się spotkałem, to musi być bardzo pewny swego. W tym wypadku piwo daje bez problemu radę rozbudzonym nazwą oczekiwaniom. Takie imperial ajpy właśnie lubię – piwo a la cytrusowy likier chmielowy, gorzko-słodki, mocno mandarynkowy, z wycofaną obecnością nut tropikalnych. Znaczy się, tropiki też uwielbiam, ale tutaj ten masywny, a jednak nie do końca złożony profil chmielowy mi dobrze pasował. Hasło-klucz: balans! (7,5/10)

Osobnym rodzajem lokalu który chciałem zwiedzić jest Caru cu Bere na ulicy Stavropoleosa. Nazwa oznacza „Wóz z piwem”, restauracja chwali się własnym wyrobem browarniczym i jest na RateBeer wpisana jako brewpub, ale ja mam wątpliwości co do zasadności tego wszystkiego, o czym zaraz więcej. Wprawdzie miejsce uchodzi za pułapkę na turystów, ale według wielu jest najładniejszą restauracją w jakiej byli, więc trzeba było to sprawdzić. Lokal mieści się w zabytkowym, neogotyckim budynku, a wnętrze wystrojone jest w stylu art nouveau, przy czym może się kojarzyć z czasami jeszcze odleglejszymi. Kolorowe kafelki, masa rzeźbionego drewna, antresole, balkony i galerie oraz natłok witraży i fresków – tak można je ująć w uproszczony sposób. Robi duże wrażenie. Obsługa krząta się po gmachu w strojach ludowych i co jakiś czas odstawia tradycyjne tańce na parkiecie pośrodku, obserwowana przez licznych gości, głównie chyba faktycznie obcokrajowców. To ostatnie nie dziwi, restauracja jest bowiem droga jak na rumuńskie standardy. Kiełbaski baranie z grilla były bardzo dobre i przywołały wspomnienia kiedy to mój przybyły spod Gorlic w okolice Oświęcimia śp. Dziadek sam takie robił z baranów wypasanych na okolicznych groblach. No ale porcja była mała jak na 25zł, a w dodatku piwo przyniesiono dopiero po jedzeniu. Właśnie, piwo. Bere de Casei to typowy, filtrowany, jasny lager. Wodnisty, z lekką, niemalże nieistniejącą goryczką, a przy tym kartonowy, mimo że niby świeży i warzony na miejscu. Mimo specyficznie estrowego posmaku a la brzoskwiniowe Danonki jest to szajs. Kwestia otwarta przez który browar warzony, ale że jest warzony na zlecenie – tego po skosztowaniu jestem niemalże pewien (3/10).


Innym rodzajem knajpy jest położony zaraz naprzeciwko stołecznego Uniwersytetu Clock’s Pub. Klubowo-kawiarniane, klimatyzowane i całkiem elegancko urządzone pomieszczenie z miłą obsługą nadaje się na moment wyciszenia, z dala od zgiełku głównej części Starego Miasta, jest jednak zarazem położone na tyle blisko, że można się po pięciu minutach spokojnego spaceru ponownie znaleźć w centrum wydarzeń. Oferta butelkowa zawiera sporo piw wyspiarskich, a taki Shepherd Neame Double Stout wprawdzie do tanich nie należy (18 lei), ale przynajmniej jest to bezsprzecznie klasowe piwo.

W Auchanie podobnie jak rok temu trwała akurat akcja sprowadzania różnych zagranicznych piw, dobieranych wedle nie wiadomo jakiego klucza. Były więc „egzotyczne” wymiotlagery, ale również piwa od Williams Brothers czy nawet RIS z Brasserie du Pays Flamands (tak, tych od Pinty). Wybór duży, ciekawych rzeczy nie aż tak wiele. Ceny podobnie jak rok temu dogodne. Tyle że 15 lei (1 lei = 1 zł) za piwa z browaru Orkney to jednak trochę dużo. Mało za to tradycyjnie kosztowała ostra papryczka, którą w Rumunii zagryza się obiad. 4zł za kilo to akurat tyle żeby sobie kupić 2kg, przywieźć do domu i ususzyć. Zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia jaki to gatunek. Smaczny i bardzo pikantny w każdym razie – to jest ważne.

Auchan okazał się przydatny w drodze nad wybrzeże. Dzięki wizytom w filiach francuskiego neokolonizatora w Bukareszcie, Konstancy, a na samym końcu podróży również Oradei, mogłem skompletować wszystkie piwa miejscowego craftowca Sikaru, o których za chwilkę napiszę więcej. Nad samym wybrzeżem, czy to w Costinesti czy w Vama Veche, jedynym faktycznie dobrym piwem był Ursus Black, z którego zapasów ogałacaliśmy po kolei wszystkie sklepy w rosnącym promieniu wokół naszego hotelu. No i ten mocno czekoladowy, mocnawy lager trzyma poziom, świetne piwo. Nawet pite bezpośrednio z puszki.

Costinesti zresztą też trzyma poziom. Jest głośno, imprezowo, a ilość pięknych Rumunek opalających się w stroju złożonym ze stringów, a czasami również dodatkowo stanika gwarantuje karkoskręt. Akrobacje, i to dosłowne, można było wyczyniać również w trakcie korzystania z Oculus Rift, czyli symulacji trójwymiarowej w okularach. Wybrałem sobie jako osoba z lękiem wysokości rzecz jasna huśtawkę która mnie windowała na wysokość około dwustu metrów, po to bym wiedział jakie jest uczucie spadania z takiej wysokości. Nie umieszczę tutaj filmiku na którym sapię, przeklinam, wrzeszczę i tracę równowagę stojąc w miejscu, ale wszystkim którzy nie chorują na padaczkę polecam bezwzględnie. Technika zrobiła w tej kwestii niesamowity krok do przodu, animacja jest na tyle sugestywna, że jeszcze przez następne pół godziny trzęsły mi się nogi z wrażenia.

Jedzenie w Costinesti zresztą też trzyma poziom. Czyli wszędzie syf poza pizzerią, w której pizza z kamiennego pieca kosztuje mniej od zimnego kebaba (znaczy się, shaormy) na stoisku nieopodal. Lepszej pizzy nigdzie nie jadłem, co najwyżej równie dobre. A średni poziom jedzenia w lokalach nigdzie nie był taki niski jak tutaj. No ale Costinesti to stolica baunsu, stringu i toplessu, z plażą przeładowaną seksem, więc można wybaczyć kulinarne niedociągnięcia, nawet tak bardzo rażące. Tym bardziej że lane piwo na plaży można bez problemu dostać za 2,5 lei. I w zasadzie czy to Bergenbier czy to Timisoreana, miejscowe mniej raziły podniebienie od również lanych, tyle że za wyższą cenę Becksów czy innych Tuborgów. Powiem więcej, natura miejsca sprawia, że takie wodniste, niewadzące lagery wchodzą bardzo szybko i w dużych ilościach.

Z innych atrakcji miejscowości uwagę skupia Megadiscoteca Tineretului. Trochę dyskotek w życiu zwiedziłem, ale ta do niedawna największa dyskoteka na otwartym powietrzu w Europie jest na pierwszym miejscu. Rewelacyjne nagłośnienie, świetna gra świetlna i pierwszorzędni DJ-e robią robotę. No i jeszcze śliczne tancerki na wybiegu, które w połączeniu z efektownym oświetleniem nadają każdemu wieczorowi charakter nie tyle potańcówy, co widowiska.

Widowiskowo się swoją drogą w Costinesti robi już za dnia, bo do dwóch konkurujących ze sobą dyskotek zapraszają skąpo ubrane hostessy na Jeepach, do których przymocowane są godne dyskotek systemy nagłośnienia. No i jeżdżą po całej miejscowości przez okrągły dzień, pod koniec którego człowiek wybiera się na ‘miasto’, wchłaniając po drodze duże ilości piwa i mijając budy z tandetą jadłodajnie i tancbudy. Do jednej z nich zwykle w końcu wstępuje. Takie życie. W sam raz na odstresowanie się.

A jak ktoś ma dość ciagłego baunsu, to polecam Vama Veche, ostatnią miejscowość południowej części rumuńskiego wybrzeża, graniczącą z Bułgarią. Nie żeby tutaj było sztywniacko, co to to nie. Ale tu jest luz i spokój wyzbyty nadęcia. Pełny chill out. W porównaniu do Costinesti jest tutaj dużo ciszej, a jednak jakaś muzyka w tle zawsze gra, coś się dzieje – tyle że w spowolnionym tempie. No i można dostać normalne choć nietanie jedzenie w restauracjach przy plaży. Oraz wykąpać się w najcieplejszej wodzie z jaką się dotychczas spotkałem w akwenie nie będącym gorącym źródłem ani wanną.

Vama Veche miała w przeszłości estymę hipisowskiej wioski, do której w lato zjeżdżali się wagabundzi, blanciarze i odrzutki z wyboru, po to żeby rozbijać namioty na plaży, rozpalać na niej co nocy ogniska, palić trawę, opalać się nago i gzić się z kim popadnie. Ponoć to się wszystko „skomercjalizowało”, choć nie wiem o co w tym miałoby chodzić. Nie potrafię się wypowiedzieć w kwestii ognisk na piasku, bo w Vama Veche bywaliśmy za dnia, za to reszta się chyba zgadza.

Spacerując wzdłuż brzegu co jakiś czas dolatuje do nozdrzy charakterystyczny smród Carlsberga w butelce wystawionego na pełne słońce, a po południowej i północnej stronie plaży na piasku są rozstawione namioty. Właściciele niektórych z nich prawdopodobnie zaraz po pospiesznym ich rozbiciu zaczęli jarać blanty i pośpieszyli w krzaki na seks, sądząc po tym jak te namioty wyglądały. Poskręcane na bok, z czubkiem chylącym się ku ziemi, błagające swoim wyglądem o coup de grace w postaci soczystego kopniaka który by je do reszty zrównał z podłożem. No chyba że to po prostu były postmodernistyczne instalacje, a ja się nie znam. Co jakiś czas mija się kompletnie nagich ludzi, jako że w Vama Veche nie ma wyraźnie wydzielonej strefy dla nudystów. Jak już kiedyś pisałem w relacji z Bułgarii, z tego co wnioskuję z moich wojaży, to zazwyczaj nago opalają się jakieś ciule, ludzkie wieloryby oraz niemieccy emeryci, ale tutaj można było przy łucie szczęścia ujrzeć opalającą się nago piękną kobietę. Więc wizyta tutaj miała spory ładunek poznawczy.

Najważniejsze jednak jest to że można się tutaj w pełni odprężyć. Vama Veche to wyluzowany klimat, przede wszystkim. Tutaj ma się wrażenie że nikt się niczym nie przejmuje, wszyscy wypoczywają na hamakach, leżakach, podwieszanych drewnianych platformach, workach sako czy zardzewiałych metalowych fotelach wystawionych na piasek, piją piwo i drinki, podczas gdy z głośników klimatycznych knajpek przyplażowych w zależności od dnia dobiega chill out, lounge czy rock z lat 60-ych. Szczególnie upodobaliśmy sobie knajpkę na południowym końcu plaży, z sympatyczną obsługą, która była na tyle wyluzowana, że zrobienie kawy czy lemoniady zajmowało jej naprawdę dużo czasu. W innym miejscu by mi to przeszkadzało, ale Vama Veche to „the essence of not giving a fuck”, i jak już wszyscy się przestawią na taki tryb, to można się przenieść w krainę błogostanu nawet bez dodatkowych substancji wydatnie wpływających na świadomość, nie licząc Ursus Blacka oczywiście. Co niniejszym bardzo polecam.

Mojego polecenia za to nie dostaje część portfolio trzeciego nowofalowego browaru Rumunii, czyli Sikaru. Osobliwa rzecz, bo chłopaki z miejsca wstrzelili się na półki rumuńskiego Auchana, co zapewniło ich piwom świetną dystrybucję. Sikaru Golden Ale (alk. 5,5%) jest o tyle ciekawy, że słodki jak na deklarowany styl. Poza tym jest to kwiatowo-herbaciano-cytrusowy ejlik z nutami brzoskwini, czyli standard. Lekki a nie wodnisty. Udany zamiennik dla (czeskiego) pilsa (6,5/10). Zdecydowanie nieudany jest Sikaru Wit (alk. 5%). Przegazowane, kwaskowe piwo pszeniczne o słodkawej nucie słodowej, lekkiej piwniczności i cytrusowym wtręcie, jak i nutkami metalu oraz mydła. Nie wiem gdzie się podziały kolendra i skórka pomarańczy. Piwo jest pustawe (4/10). Sikaru Stout (alk. 5,5%) im się za to zdecydowanie udał. Esencjonalna gorzka czekolada, spora paloność, trochę kawy i owocowych nutek. Umiarkowana goryczka, a w posmaku ponownie nuty palone i trochę orzechów. Mimo dość intensywnego smaku piwo jest rześkie. Bardzo smaczne (7/10). Ostatnie piwo z Sikaru którego mi brakowało do kolekcji, czyli IPA (ekstr. 13%, alk. 5,2%), wypiłem dopiero w domu, jako że znalazłem je dopiero w trakcie wyjazdu z Rumunii w Oradei. Liczi, cytrusy, karmel przechodzący w delikatną orzechowość, niestety również zbyt wyraźne drożdże. Niezbyt intensywny aromat, za to w miarę mocna goryczka. Brakuje w tym piwie większego zdecydowania. Choć złe nie jest, to jednak widzę tutaj sporo pola do poprawy (5,5/10).

A żeby tematykę piw zakończyć czymś tradycyjnym dla Rumunii, to może jeden z licznych szeroko (hipermarketowo) dostępnych rumuńskich pale lagerów, czyli Burger (alk. 4,8%), którego zakupiłem tuż przed przekroczeniem granicy kraju i wypiłem już w Polsce. Delikatnie chlebowo-landrynkowo-słodowy, kwaskowy i wodnisty, z nikłą goryczką. Nie odstręczający, ale w sumie marny (3,5/10).

A z ciekawostek okołopiwnych – w przygranicznej Oradei w jednej z knajp zupełnie przypadkowo natknęliśmy się na „bere de casei” czyli house beers. Warzelni nie było widać, a ja ze względu na zatrucie pokarmowe musiałem się szybko ewakuować do hotelu, więc nie wiem czy był to brewpub czy po prostu lokal zamawia piwa z zewnątrz. Wprawdzie stawiam na to drugie, ale kiedyś chciałbym się o tym przekonać osobiście. Bowiem Oradea to piękne miasto, a ze względu na wspomnianą okolicznościową przypadłość nie wyniosłem z niego zbyt wiele. Piękne miasto i położone zaraz przy granicy węgierskiej, z południowej Polski oddalone o mniej więcej sześć godzin drogi. Piękne i rozkopane jak Timisoara rok wcześniej – prace remontowe prowadzi się w nim na szeroką skalę, ale fasady budynków robią wrażenie. Piękne i zamieszkane przez pomocnych ludzi – taksówkarz mi sam z siebie zaoferował, że zawiezie mnie w miejsce w którym fajne dziewczyny odpowiednimi technikami masażu sprawią że się odprężę. Chyba nie przywykłem do takiej bezpośredniości.

W nadmorskiej Konstancy zaś mogłem sobie popić piwo z puszki przed wejściem do meczetu – takie rzeczy są możliwe tylko wtedy kiedy muslimów jest w kraju bardzo mało i wiedzą że im nie wolno fikać. Samo miasto niestety przez poprzedzający naszą wizytę rok nie zrobiło znaczących postępów. Starówka nadal jest nieco rozkopana, a zabytkowe fasady kamienic w dalszym ciągu w tak fatalnym stanie, że człowiek instynktownie unika przechodzenia pod balkonami, obawiając się że akurat w tym momencie mogłyby wpaść na to żeby wziąć rozbrat z resztą budynku. W rezultacie poza Placem Owidiusza, wspomnianym meczetem, pobliską cerkwią i nadmorskim bulwarem ze starym, opuszczonym kasynem nie ma w nim raczej punktów na których można zawiesić oko.

Przy okazji, zaraz przy Placu Owidiusza przypadkiem znaleźliśmy minibrowar, zainstalowany w pomieszczeniu w którym wcześniej pewnie był sklep. Przez zamknięte, przeszklone drzwi było widać warzelnię o wybiciu co najwyżej 5hl, a przez dziurę w podłodze ujrzeliśmy tanki leżakowe. Wygląda na to że już za niedługo w Rumunii przybędzie nowy craftowiec.

W sam raz na rewizytę tego pięknego kraju.


A tutaj macie relację z podróży do Rumunii w 2014 roku.

Vama Veche 6744360765197468771

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)