Loading...

Malta. O piwie i jedzeniu w kraju krzyżowców.

Malta staje się powolutku coraz bardziej popularnym miejscem na wypoczynek dla Polaków, a to za sprawą taniejących wakacji. Dość powiedzieć, że udało mi się spędzić tydzień w tym pięknym kraju za mniejsze pieniądze niż zwyczajowo są potrzebne do wykupienia wakacji w Tunezji czy innym Egipcie. Wypoczynek był aktywny, malutkie państwo oferuje bowiem nad wyraz dużo do zwiedzania, zjedzenia oraz wypicia.

1. Kraina
Mała powierzchnia połączona z brakiem wieżowców oraz stosunkowo dużą ludnością (ponad 400 tysięcy) powoduje mocne zurbanizowanie terenu. Człowiek ma wrażenie że z miasta wjeżdża do przedmieść, stamtąd płynnie do małej wioski, potem znowu do przedmieść i znowu do miasta. Krajobraz blady, piaskowy, nieco przypominający pagórkowatą sawannę. Domy budowane głównie z piaskowca, stąd nawet przy braku estetyki architektonicznej ładnie wkomponowują się w całość. Każde miasto oferuje coś do zwiedzenia. Poza wąskimi, urokliwymi uliczkami jest tutaj cała masa imponujących kościołów. Dość powiedzieć, że w 19-tysięcznej Moście kościół ma trzecią największą kopułę na świecie, natomiast w ledwo 3,5-tysięcznej Xewkiji świątynia jest w stanie pomieścić wszystkich mieszkańców naraz i ma kopułę większą niż katedra św. Pawła w Londynie. Stolica, ledwo 10-tysięczna, ale zrośnięta z innymi miastami w jedną dużą aglomerację Valetta to majstersztyk architektury mieszkalnej, sakralnej i fortyfikacyjnej. Katedra św. Jana Chrzciciela w zasadzie w niczym nie ustępuje bazylice św. Marka w Wenecji, a na dodatek oferuje możliwość kontemplacji płótna Caravaggia przedstawiającego ścięcie patrona kościoła. Natura surowa, z trawą nierzadko o kolorze piasku, ubitymi skupiskami kaktusów (opuncji) i przepięknymi klifami na wybrzeżu. Sieć dróg w dobrym stanie, świetnie zorganizowana komunikacja autobusowa pozwala się po nich poruszać dość żwawo.

2. Ludzie
Burzliwa historia wyspy odcisnęła na niej oraz mieszkańcach swoje piętno. Na Malcie (oraz nieco mniejszej, wchodzącej również w skład państwa Gozo) znajdują się jedne z najstarszych, świątynnych zabudowań megalitycznych na świecie. Wyspa była kolonią fenicką, później przeszła w posiadanie Rzymu, kiedy to u jej brzegów rozbił się ze swoją łodzią św. Paweł, który zdołał nawrócić rzymskiego gubernatora, pierwszego maltańskiego świętego i męczennika za wiarę. Po upadku Rzymu kraj podbili muzułmańscy Arabowie, po czym oswobodzili go Normanowie z Sycylii. Po jakimś czasie państwo zostało nadane walecznemu zakonowi Joannitów, którzy po ucieczce z Ziemi Świętej stracili kolejno Cypr oraz Rodos na rzecz Turków. W 1565 roku obronili Maltę w trakcie jej oblężenia przez flotę ottomańską, największą jaką widział ówczesny świat. Data obrony, którą kierował Wielki Mistrz zakonu Jan de Vallette, jest powodem do dumy dla Maltańczyków i powinna krzepić serca również w czasach teraźniejszych.

Niezdobytą wyspę fortelem podbił w 1798 roku Napoleon, który został jednak zmuszony oddania jej Anglikom dwa lata później. Oznaczało to kres panowania na wyspie zakonu Joannitów, który od niej jest również nazywany zakonem Kawalerów  Maltańskich. Pozostający w rękach Anglików kraj był w trakcie II Wojny Światowej mocno bombardowany oraz obłożony blokadą morską przez naszych miłujących pokój sąsiadów zza Odry, stanowił bowiem ważny punkt dowodzenia Royal Navy. W 1964 roku zyskał niepodległość i istnieje do dziś, poza nie znaczącym faktem utracenia tejże niepodległości na rzecz UE w 2004 roku, co stało się m.in. powodem narastających kłopotów z imigrantami muzułmańskimi, którzy wcześniej traktowali kraj jedynie tranzytowo, w drodze do Włoch czy Francji. Historia ma wpływ na skład ludnościowy kraju, język, religię, obyczaje, jedzenie oraz... piwo.

Maltańczycy są zazwyczaj ludźmi bogobojnymi oraz sympatycznymi. Etnologicznie są najbardziej spokrewnieni z Włochami, skąd dużo przodków obecnych mieszkańców wyspy przybyło. Mężczyźni faktycznie wyglądają w większości jak Włosi, choć są wyżsi, natomiast kobiety często mają urodę usytuowaną pomiędzy włoską a bliskowschodnią. Było trochę ładnych, ale niestety mniej niż się spodziewałem. Biorąc pod uwagę historię (św. Paweł, joannici, walki z muzułmanami) nie dziwi, że Maltańczycy to obecnie być może ostatni rzeczywiście katolicki naród w Europie. Język należy do grupy semickiej, wywodzi się bowiem od fenickiego, a według innej hipotezy od sycylijsko-arabskiego. Brzmi nieco podobnie do arabskiego, choć jest bardziej miękki (nie ma charakterystycznego twardego /h/). Jak się chce obrazić Maltańczyka, to mu się mówi że jego język brzmi jak arabski.

Ze względu na panowanie Anglików zdecydowana większość mieszkańców Malty mówi płynnie po angielsku, a rozmawiając ze sobą w miejscowym języku, podczas rozmowy często wtrącają całe zdanie bądź ich ciągi w języku Szekspira. Od innych południowych Europejczyków odróżnia ich względna kultura jazdy, chyba również większe przywiązanie do zwierząt (sporo bardzo dobrze odżywionych i zadbanych kotów, co jak na południową Europę jest ewenementem) oraz chlubienie się pracowitością. I faktycznie, jak jest coś do zrobienia, to Maltańczycy krzątają się jak mogą. Na wyspie jeździ się po lewej stronie. Nie wiem jaki jest stosunek autochtonów do innych narodów, ale do Anglików, skąd pochodzi chyba większość turystów, raczej bardzo pozytywny (co mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę jak długo byli pod angielskim butem), natomiast co do Niemców, to niech za przykład posłuży rozmowa jaką miałem z właścicielem restauracji na południowym wybrzeżu, który nota bene skomplementował nasz kraj za nasze miody. Otóż powiedział on, że ruch turystyczny jest gorszy w tym roku, bo Europę trawi kryzys. Włosi są 'kaputt', Hiszpanie i Francuzi właściwie też, Anglicy też nie zostawiają tyle pieniędzy co kiedyś, tylko [i tutaj wypowiedź przybrała lekko sarkastyczny ton] jakimś cudem pełno kasy mają Niemcy. No cóż, w przyrodzie nic nie ginie...

3. Kulinaria
Kuchnia maltańska jest w głównej mierze śródziemnomorska, choć zdradza wpływy bliskowschodnie oraz angielskie. Do tych ostatnich zalicza się tzw. 'maltese sausage', której nie miałem odwagi spróbować, bo wygląda jak angielska, a nie przepadam za przeżuwaniem zrolowanych, zmokłych gazet. Fantastyczne (również do piwa) są za to marynowane w różny sposób oliwki, duże, mięsiste, nie te bidulki które są do kupienia w polskich marketach.

ftira z serem z wyspy Gozo
Dużo jest naturalnie dań rybnych i z owoców morza, ale i grillowanego mięsa. Sosy są zwyczajowo doprawiane kaparami, a warzywa przez wydłużoną ekspozycję na słońce są dużo lepsze niż u nas. Ciekawostką jest ftira, czyli coś co wygląda jak gruzińskie chaczapuri, ale jest z ciasta francuskiego i przypomina w smaku odtłuszczoną wersję bałkańskiego (ale pochodzącego z Turcji) burka. Lokalnym przysmakiem jest duszony (rzecz jasna pośmiertnie) królik, którego raz zamówiłem, ale nie zrobił na mnie większego wrażenia. Chleb jest o dziwo bardzo smaczny. Ze słodszych rzeczy - z opuncji, fig oraz kopru włoskiego wyrabia się likiery, z pierwszych dwóch również dżemy.

ryba miecz
Restauracji jest sporo. Dużo jest wśród nich lokali z kuchnią maltańską, angielską (co jednak oznacza duży wybór steków wołowych, m. in. z popularnego mięsa rasy black angus czy też wołowiny irlandzkiej), bardzo dużo z włoską (pizze i makarony), całkiem sporo azjatyckich (nie tylko chińskie, ale np. koreańskie, malajskie czy indyjskie), trochę jeszcze innych (w Qawrze/Bugibbie była np. rumuńska oraz... polska). Osobnym zagadnieniem są pastizzerie czyli takie piekarnie fast-foodowe, w których można zjeść na ciepło za naprawdę niewielkie pieniądze zawijaniec z tortilli, kawałek pizzy (1 euro) czy też ftirę. Slow food wszedł również na Maltę wraz z pełnymi daniami burgerowymi, stąd np. sieć Badass Burgers, reklamująca się w pewnym miejscu ironicznie położeniem w odległości 50m od McDonalda oraz płachtą ze zdjęciem swojego Sweet Ass Burgera. Damn straight!

4. Knajpy
wnętrze Fat Harry's Pub
Maltańskie, czy też może bardziej włoskie w stylu są kawiarnie, natomiast puby są w większości w stylu angielskim oraz irlandzkim. I dobrze, mi się przynajmniej mocno drewniane, ciepłe wnętrza z długimi barami bardzo podobają. Wyróżnić można Fat Harry's Pub w Buggibbie, z fajną muzyką na żywo, siedmioma kranami, bardzo sympatyczną barmanką z Sycylii oraz całkiem smakowitym, angielskim jedzeniem barowym. Co ciekawe, najbardziej popularnym szkłem do piwa na Malcie jest angielski nonic, do którego się nalewa de facto wszystkie piwa, bez względu na ich gatunek.

Osobnym zagadnieniem jest miejscowość Saint Julian's. Do tego nadmorskiego miasteczka, będącego częścią aglomeracji wokół stolicy zjeżdżają się grupy młodzieży i studentów z całego świata na kursy językowe z angielskiego. To znaczy, tak myślą zapewne ich zazwyczaj bogaci rodzice, bo w istocie pobyt w Saint Julian's jest jedną wielką balangą. Imprezownia obok imprezowni, knajpa obok knajpy, z boku strzegąca tłumów, kulturalnie się zachowująca policja. Nie wiem jaki procent w sobotni wieczór był miejscowy a jaki przyjezdny, ale w tłumie przed klubem dla homosiów gros stanowili Niemcy oraz Anglicy, a dla kontrastu, co do kobiet, to nie wiem kiedy i czy w ogóle widziałem ich tyle o takiej urodzie, w takich fajnych strojach, w jednym miejscu. Oczopląsu można było dostać. Problem jedynie w tym, że na oko 15- i 16-latki ubierały się tak samo jak te starsze, a to już tylko można było skwitować kręceniem głowy. Trwała akurat Eurowizja i sporo ludzi się mocno emocjonowało za każdym razem kiedy Malta się pięła w górę.

Najpierw w ogródku knajpy w stylu angielskim wypiliśmy co nieco, potem przetransportowaliśmy się do otwartej restauracji z nieco starszą klientelą, gdzie sobie trochę pogaworzyliśmy z sympatycznym kelnerem z Serbii, który myślał, że język polski jest taki sam jak rosyjski oraz że byliśmy częścią Związku Radzieckiego. Potem na skraju dogorywającego klubu wypiliśmy miejscowego lagera naprzeciwko knajpy metalowej, a póżniej dwie godziny spędziliśmy czekając na pierwszy poranny autobus w jedynym pubie w okolicy otwartym 24 godziny na dobę. Co ciekawe, knajpa była rumuńska, stąd spędziliśmy czas na rozmowie z rumuńskim barmanem, popijając tamtejsze piwo. Niestety, Ciuc Lemon to radler najgorszego sortu. Sztuczny, chemiczny i zaklejająco słodki, zero piwa w piwie, a za to pełno syntetycznego napoju gazowanego (2/10). Odrobinę lepszy był czołowy rumuński lager Ursus, który zapamiętałem sprzed laty jako tamtejszą wersję Tyskiego, i nic się pod tym względem nie zmieniło. Męczyłem się dość długo, żeby wypić kwaskowego, jeno lekko gorzkiego eurowodniaka (3/10). Cóż, do wyboru miałem tylko jeszcze podstawową wersję Ciuc oraz Timisoreanę, której wiele lat temu nie udało mi się nawet do końca wypić. Wedle naszego sympatycznego rozmówcy, wybrzeże bułgarskie jest w porównaniu do rumuńskiego w lato bardzo spokojne. Wnioskuję, że muszę w końcu odwiedzić jego ojczyznę, no bo skoro Bułgaria jest przy niej spokojna, to nie wiem jakie imprezy się w okolicach Constanty muszą odbywać...

5. Piwa z importu
karta piw w restauracji francusko-maltańskiej. Pozazdrościć.
Ciekawostką jest sprzedaż w maltańskich sklepach spożywczych (zazwyczaj małych, 'osiedlowych') całej gammy puszkowanych, wyjątkowo obskurnych niemieckich lagerów. Takich, o których mało jaki Niemiec słyszał, ale są produkowane w Niemczech (sprawdzałem, bo nie dowierzałem). I co ciekawe, wybór w danym sklepie np. ogranicza się do 3 takich piw, natomiast w sklepie nieopodal są do wyboru 3 inne. Ja sobie odpuściłem. Można również dostać to co najgorsze, czyli miałkie bądź niepijalne eurolagery. Jest obecna Bavaria i Hollandia z Holandii, Skol oraz Carlsberg z Danii, a nawet bułgarska Boljarka, co mnie bardzo zdziwiło, przynajmniej do momentu w którym zauważyłem parę aut na bułgarskich blachach zaparkowanych przy ulicy. Rzadko ale jednak można natrafić na piwa belgijskie (np. w Habits Cash & Carry w Buggibbie), natomiast w sklepach spożywczych sieci Marks and Spencer jest dostępny m.in. irlandzki dry stout sprzedawany pod marką sklepu, który jest niczym innym jak fantastycznym O'Hara's Irish Stout.

Królują jednak, ze względu na turystów, zdecydowanie wyroby angielskie oraz irlandzkie. W sklepach można dostać bez problemu Carlinga, John Smith's, Guinness Draught, szkockie Tennents oraz sporo cydrów, np. Strongbow, Woodpecker czy Bulmers/Magners. W niektórych jest wybór puszek z azotowymi widgetami, w innych jeszcze mniej znane ejle. W knajpach również obok miejscowych marek są zazwyczaj krany z Guinnessem, John Smith's oraz Strongbow, rzadziej również Kilkenny czy też Bombardierem. Tak wygląda norma, jest więc dobrze.

Z ciekawych zakupów jakie poczyniłem można wymienić Black Sheep Ale (alk. 4,4%), który jednakże, wbrew swojej renomie, okazał się dość przeciętnym piwem, na pewno nie lepszym od ejli miejscowych. Intensywny aromat łączy w sobie słód z kwiatowością oraz toffi i jest niespodziewanie głęboki jak na lekkie, w założeniach sesyjne piwo. W smaku również słód, toffi oraz estry, z początku piwo jest lekko pełne, w końcówce już wytrawne i dosyć gorzkie, z żywiczno-trawiastym posmakiem chmielu. W porządku bitter ale nie za prawie 4 euro... (Ocena: 6/10)

W sklepie sieci Trolleys udało mi się kupić widgetowo-azotowe Thwaites oraz Worthingtons, które stały zaraz obok znanego w Polsce Wexforda. Thwaites Smooth Beer (alk. 3,4%) to typowy nitro-bitter, czyli piana jest kremowa i ubita. W aromacie nieco opiekany, nieco ciasteczkowy słód, lekkie nutki owocowe, echa kwiatów, delikatny zielony chmiel, trochę toffi. Toffi z jabłkami wysuwa się w końcu przed szereg. Gładki, azotowy smak, łagodny, lekko słodki, ledwo co goryczkowy, nieco wodnisty. Nie jest to absolutnie ambitne piwo, ale mi smakuje. No i fajnie wygląda. (Ocena: 6,5/10)

Worthingtons Creamflow (alk. 3,6%) okazał się mimo swojej beznadziejnej renomy piwem odrobinę smaczniejszym. W zasadzie ma podobny aromat do Thwaites, ale wyraźniej kwiatowo-owocowy, jabłkowy, pod tym względem może nieco podobny do Wexforda. Poza tym czuć w zasadzie tylko nieco słodu. W smaku gładkie, kremowe i bardzo ułożone, lekko jabłkowe i bardzo łagodne. Wytrawne, z lekko do średnio mocną goryczką. Fajne, i ponownie smakowicie wygląda. (Ocena: 6,5/10)

6. Piwa miejscowe
Czyli to, co najciekawsze. Na Malcie nie ma niestety żadnych browarów restauracyjnych. Co więcej, browarów jest w tym kraju jedna sztuka, czyli Simonds Farsons Cisk, który jednak ma całkiem ciekawą ofertę. Pierwszy browar na Malcie, czyli L. Farrugia and Sons (w skrócie Farsons) powstał pod koniec lat 20-tych XX wieku, a pierwszym jego piwem był Hopleaf Pale Ale, który zadebiutował na rynku w 1928 roku. Rok później firma połączyła się z lokalną delegaturą brytyjskiego H&G Simonds, firmy która dotychczas zajmowała się importem piwa z Albionu dla licznego garnizonu brytyjskiego na Malcie.

Drugim miejscowym browarem był Malta Export Brewery, który powstał w 1928 roku, kiedy pierwszy prywatny bank maltański dostał nadane prawa do warzenia lagerów. Wówczas powstało piwo Cisk Pilsner, nazwane tak po ksywce założyciela banku. Cisk znaczy po maltańsku czek, a pseudonim był dziełem tego, że ów założyciel, niejaki Guiseppe Scicluna, często posługiwał się z okazji płatności mało wówczas popularnymi czekami.

W 1948 roku doszło do połączenia obydwóch browarów, czyli warzącego piwa górnej fermentacji typu angielskiego Farsons oraz specjalizującego się w fermentacji dolnej Malta Export Brewery, i do dzisiaj u monopolisty maltańskiego, w browarze powstałym po fuzji w 1950 roku w miejscowości Mriehel warzy się dwutorowo. Firma organizuje raz do roku festiwal piwny, poza piwem produkuje również napoje bezalkoholowe, a co najciekawsze, przejęła na Malcie sporą część franczyzy Burger Kinga, Pizza Hut oraz KFC. Z napojów bezalkoholowych wart wzmianki jest reklamowany na każdym kroku Kinnie. Jest to napój pomarańczowo-ziołowy, stąd może również przemówić do piwosza ze względu na swoją wyraźną goryczkę zmieszaną ze słodyczą. Smakuje mniej więcej jak Jagermeister zmieszany z Fantą, a wśród składników widnieje m.in. gorzka pomarańcza, anyż, lukrecja, żeń-szeń, wanilia oraz rabarbar.

Przejdźmy więc do miejscowych piw.

Na początek ejle, czyli produkty z serii Farsons.
Farsons Lacto to miejscowy milk stout, wymieniony przez śp. Michaela Jacksona wśród jego 300 Classic Brews. Piwo ma słodki zapach łączący w sobie karmel, brązowy cukier, lekką metaliczność i ledwo uchwytne nutki palone. W smaku czuć delikatną mleczność w fakturze piwa i nieco palono-mlecznej końcówce. Nie jest to mistrzostwo świata, ale fajne piwo śniadaniowe, takie zamiast porannej kawy. (Ocena: 6,5/10)

Farsons Blue Label (alk. 3,3%) to maltański mild ale i piwo którego bez dwóch zdań wypiłem w trakcie pobytu najwięcej. To w maltańskim piwowarstwie cenię najbardziej - że mogę cały dzień podróżować, pić fajne piwo zamiast wody i nie czuć się ani trochę pijanym. Kiedy u nas będzie można pić coś fajnego bez konsekwencji dla organu równowagi? Wracając do maltańskiego milda, to w wersji puszkowej i butelkowej jest nieco gorszy od wersji lanej z nitro-KEGa. Jak to mild, chmielowego charakteru nie ma bodaj wcale, poza leciutką goryczką. Ale to nic - słodowość typu ciasteczkowo-lekko karmelowego, nutki owocowe i orzechowe, lekkość, rześkość i niesamowita pijalność czynią Blue Label moim zdaniem najlepszym maltańskim piwem, mimo pojawiających się czasami (nie zawsze) słabo uchwytnych nutek metalicznych. (Ocena: wersja lana 7/10, wersja puszkowana/butelkowana: 6,5/10)

Farsons Hopleaf Pale Ale (alk. 3,8%) to miejscowy bitter, choć jest niewiele bardziej chmielowy od Blue Label. Jest słodowy w nieco 'jaśniejszy' sposób, czyli również ciasteczkowy ale mniej karmelowy, a także ciut bardziej zielono-chmielowy. W smaku słodowe, ciasteczkowe, lekko słodkie i lekko owocowe, niewiele bardziej gorzkie od Blue Label. Fajne. (Ocena: 6,5/10)

Simonds Special Amber Ale (alk. 5,5%) to nowiutki wypust browaru, ale niestety rozczarowuje. Jest to zdecydowanie najbardziej pełne piwo maltańskie jakie piłem (a piłem chyba wszystkie będące obecnie w produkcji), stąd najbardziej ciężkie, ale niestety bez finezji. W aromacie ciasteczkowy słód, toffi oraz jabłka. W smaku przyciężkawe, zamulające, z dość mocną goryczką. Rozczarowało mnie. (Ocena: 5,5/10)

Największa niespodzianka to Farsons Traditional Shandy (alk. 2,2%). Oh yeah, radler na ejlu! Zapach to rześka lemoniada, nieco mi się skojarzył z Mountain Dew. Napój jest słodki, ale nie zalepiający, mega orzeźwiający, z delikatną słodowością w finiszu. Bez nachalnej sztuczności czy drapiącej cierpkości, za to z musującym, kremowym nasyceniem. Odkrycie w tym temacie! (Ocena: 6,5/10)


Poza tymi piwami górnej fermentacji, browar warzył również strong ale oraz golden ale, ale już niestety tego nie robi, przynajmniej mi się nie udało nic znaleźć.

Przejdźmy więc do lagerów, czyli piw z serii Cisk.

Cisk Lager (alk. 4,2%, ekstr. 10,5%) to jasna strona eurolagerów. Jakże się zdziwiłem kiedy dostaliśmy to piwo do pierwszej kolacji. Żaden ordynarny eurolager - tutaj czuć chlebowy słód, cukry resztkowe i nieco chmielu, przy średniej pełni, lekkiej słodyczy i całkiem przyjemnej, nieco zalegającej goryczce. Nie ma odczucia wodnistości a nieco cytrynowy chmiel pozycjonuje to piwo w rejonach niemieckich pilsów. Fajne! (Ocena: 6,5/10)

Cisk Excel (alk. 4,2%, ekstr. 8,4%) to doszczętnie odfermentowane piwo. Zgodnie z założeniami i marketingiem, jest to bowiem piwo niskocukrowe. I tak jak w przypadku innych 'dietetycznych' wersji czegokolwiek co nadaje się do spożycia, tak i tutaj wieje biedą. Eurolager pełną gębą, z kwaskowym, lekko słodowym aromatem, wodnistym i lekko słodowym smakiem oraz rachityczną goryczką. Jestem na nie. (Ocena: 2,5/10)

Cisk Pils (5,5%) to druga gwiazda maltańskiego piwowarstwa, po Blue Label. Jest to pils o aromacie niemieckiego odpowiednika oraz pełni czeskiej dwunastki. Trawiasty, nieco cytrynowy chmiel rządzi aromatycznie, natomiast wyraźne cukry resztkowe fajnie balansują całkiem mocną goryczkę. W związku z tym piwo jest wyraziste a zarazem miękkie. Bardzo dobre! (Ocena: 7/10)

Cisk Export ma całkiem przyjemny aromat słodowy, wyzbyty taniej kwaskowości charakteryzującej eurolagery, subtelnie jabłkowy i chmielowy. Smak jest lekko słodki z lekką goryczką, rześki. Nie narzuca się, ale z drugiej strony kombinacja nieco zbytniej wodnistości, a stąd i miałkości z delikatnymi nutkami alkoholowymi na finiszu czyni tego lagera mniej udanym przedstawicielem piwowarstwa maltańskiego. Pijalne jest jednak bez problemu, a i większość eurolagerów musi przed nim uznać swoją niższość. (Ocena: 4,5/10)

Cisk Chill Lemon (alk. 4%) to taki miejscowy, mocny radler na bazie lagera. Pachnie jak cytrynowa Nestea, jest wodniste i słodkie, natomiast goryczkę ma jak na tego typu napój dość mocną, choć i niestety cierpką. Not my cup of beer. Or radler. (Ocena: 3/10)

Na koniec 1565 Victory Lager (alk. 4,5%, ekstr. 9,7%), czyli piwo które jest warzone na zlecenie, prawdopodobnie w Niemczech przez Lowenbrau. Firma ta bowiem do 2008 roku w maltańskim Qormi miała swój browar, który zamknęła, piwo 1565 jest jednak produkowane nadal. Fajna nazwa, odnosząca się do wiktorii nad orężem tureckim, ale piwo beznadziejne. Niestety, tania, kwaskowo-słodka, nieco landrynkowa słodowość, brak chmielu w aromacie, a w smaku zastraszająca wodnistość, kartonowe utlenienie oraz niemalże kompletny brak goryczki czynią to piwo mało strawnym, wręcz niepijalnym. (Ocena: 2/10)

Więcej piw miejscowych mimo poszukiwań nie udało mi się znaleźć mimo poszukiwań, stąd zakładam że przegląd ma charakter domknięty. Wprawdzie piwo absolutnie nie jest głównym powodem do odwiedzenia Malty, ale smak niektórych przedstawicieli maltańskiego piwowarstwa czyni pobyt jeszcze bardziej przyjemnym.

piwne podróże 4905852615794257362

Prześlij komentarz

  1. Świetny wpis!

    OdpowiedzUsuń
  2. a jak z cenami tych piwi i cenami pobytu? aż chce się jechać na Maltę. Dobrze sie to czyta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się udało wykupić tygodniowy wyjazd za 1500zł. Hotel cztery gwiazdki HB, choć w Bułgarii by dostał dwie. Jedzenie mocno przeciętne ale dało się przeżyć. Piwa półlitrowe miejscowe w sklepie euro z hakiem, w lokalach 2-3 euro. Zagraniczne od pół euro za te niemieckie lagery do 1,5-2 euro za pozostałe w sklepie, około 3,5 euro w knajpie. Jedzenie w sklepach mniej więcej w podobnych cenach jak u nas. W restauracjach porządny obiad koło 10 euro, za 15 euro już można fajny duży stek zjeść. Bilet całodniowy na wszystkie linie autobusowe 2,60 euro, zwiedzanie dość drogie bo od pięciu do parunastu euro, w zależności co się chce zwiedzić. Ale nawet przy bardziej napiętym budżecie jest co robić.

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)