Imperium zagranicznych stoutów
https://thebeervault.blogspot.com/2019/02/imperium-zagranicznych-stoutow.html
Ciężko jest wytypować polskie RIS-y klasy światowej. Owszem, istnieją, doświadczenie jednak uczy, że spora część rodzimych piw w tym gatunku nie trzyma poziomu. Można oczywiście postawić na pewniaka i zainwestować w drogie, importowane piwo w tym stylu. Ale czy na pewno będzie to pewniak? Szkopuł w tym, że z mojego ale i cudzych doświadczeń wynika, że zagraniczne RIS-y wprawdzie potrafią się odwdzięczyć za wpakowane w nie dukaty, ale potrafią też srogo rozczarować, być aldehydowe, nieznośnie alkoholowe, totalnie nieułożone. Uśredniając więc, charakteryzują się stosunkowo niską stabilnością, szczególnie w relacji do niebagatelnej sumy, jaką na nie trzeba wydać.
W tym momencie warto wspomnieć o tym, że magia marki czy też magia renomy działa cuda w wypadku ogólnoświatowych, internetowych agregatorów ocen piwa, ale nie działa akurat specjalnie w przypadku Polaków. Otóż tak jak jakiś czas temu polscy użytkownicy Rejtbira notorycznie zawyżali oceny pitych przez siebie piw, tak zauważyłem, że obecnie potrafią być bardzo krytyczni szczególnie w odniesieniu do tych zagranicznych piw, za które trzeba płacić jak za pierogi na Saharze. W przeciwieństwie do użytkowników z krajów Zachodu, którzy dostając w gardziel wysoko wycenianym i ocenianym moczem, pardon, zmywaczem do paznokci, gotowi są udawać, że jest to morska bryza nasączona zapachem Afrodyty. Niżej podpisany stosuje zasadę „płacę – wymagam” i absolutnie nie widzę powodów, dla których miałbym zawyżać ocenę kiepskiego piwa tylko dlatego, że było drogie. Okłamywałbym wówczas przecież również samego siebie. Jeśli już istnieje jakaś korelacja, to odwrotna – płacąc dużo, oczekuję przynajmniej przyzwoitego poziomu i wzbiera we mnie złość, jeśli browar w zamian za moje zaufanie nawet tego nie dostarcza.
Warto się co jakiś czas krytycznym okiem pochylić nad importowanymi stoutami imperialnymi, żeby dać sygnał, w które piwa warto lokować swoje ciężko zarobione talary, a które lepiej omijać szerokim łukiem. Może kilka osób oszczędzi sobie przez to rozczarowania. Poniżej 22 przedstawicieli tego stylu.
Speedway Stout z browaru Alesmith (alk. 12%), klasyk nad klasyki, obecnie na trzynastym miejscu klasyfikacji generalnej RateBeer. Drogi, ale w postaci lanej z kija do ogarnięcia. No i to jest naprawdę pyszna rzecz. W aromacie połączenie winności, kwaśnych, porzeczkowych i wiśniowych nut z gorzką czekoladą. Balansowanie owoców kwaśnych owocami słodszymi – konkretnie maliną. Niespodziewanie owocowy aromat, nuty słodowe są na drugim planie. W smaku tak jak się spodziewałem, jest na odwrót. Dużo czekolady i kawy, ciemne słody górują nad owocami, nie przytłaczając ich zarazem. Delikatna nuta pumpernikla, sugestia wanilii. Gęste, oleiste, niesamowicie gładkie piwo. Wyraźnie słodkie, ale te 80 IBU wraz z palonym ziarnem dają temu radę na tyle, że w finiszu robi się wręcz wytrawnie. Alkohol jest świetnie ukryty – czuć go jedynie na języku i w przełyku w postaci przyjemnego, grzejącego mrowienia. Balans pierwsza klasa. Piwo bez słabych punktów. Zasługuje w pełni na swoją renomę. Trzeba również zaznaczyć, że jest niestabilne – różni znajomi byli nim rozczarowani przy kilku okazjach, bywało wyraźnie aldehydowe. Być może tym razem to ja miałem szczęście. (8,5/10)
Podobnie jak Speedway Stout, amerykański Old Rasputin (alk. 9%) z browaru North Coast jest piwem wyraźnie owocowym. Borówki i jeżyny przeplatają się w nim z czerwonymi owocami pokroju wiśni, stanowiąc doskonałe uzupełnienie gorzko czekoladowej bazy. Wyczuwalna jest kawa, lukrecja oraz szczypta tytoniu. W smaku zachwyca gładkość, kremowa konsystencja piwa. Jest niesamowicie dobrze ułożone. Pierwszy akord jest słodkawy, w ziemisto-kawowym finiszu robi się już jednak bardzo wytrawnie. Bardzo dobry balans, obawiałem się większej słodyczy, gdy tymczasem ją akurat zrównoważono mocną goryczką tak, żeby ta druga z kolei nie dominowała całokształtu. Tylko nieco mniejsza intensywność smakowa sprawia, że Speedway Stout jest lepszy. Jeszcze lepszy. (8/10)


Jakiś czas później ponownie sięgnąłem po RISa Amagera, mimo że ten browar generalnie uważam za zdecydowanie przeceniany. Tymczasem The Mortician (alk. 10,5%), blend amagerowego Hr. Frederiksen oraz Mortician Imperial Stouta z browaru Barrier, to w istocie bardzo smaczny trunek. Trzon stanowi tutaj ciemna czekolada oraz wiśnie, co daje efekt Mon Cherie, uzupełniony o nienachalny, zyskujący na sile wraz z ogrzaniem akcent kawowy. Żeby nie było całkiem deserowo, w tle przewija się trochę palonych oraz tytoniowych nut. Piwo jest dobrze wyważone, alkohol grzeje wprawdzie w rejonie gardła, ale nie jest ordynarny, a smak jest raczej po słodkiej stronie mocy, choć uniknięto przesłodzenia. Mam wrażenie, że trochę więcej ciała by mu się przydało, ale i w takiej formie jest to zaskakująco udana rzecz jak na ten browar. (7/10)
Speedway Stout jest sprzedawany w wielu różnych wersjach. Pewnego razu udało mi się zaliczyć wersję Vietnamese Coffee. Aromat w zasadzie nie zdradzał specjalnie odmienności od smaku (nie aromatu!) wersji podstawowej. Tak, aromat był jak smak bazowego Speedwaya – mocno czekoladowy, kawowy, pumperniklowy, palony, z sugestią wanilii i fenomenalną głębią. Nie był za to specjalnie owocowy, a wspomniana kawowość budziła również skojarzenia odsłodowe. W smaku za to lekko owocowe nuty kawy dominowały. Tej dodanej kawy, zmieszanej z i tak już częściowo kawową podbudową. Gładkość absolutnie bezbłędna, przez co piwo sprawia wrażenie kremu kawowego. Nawet finisz jest nieco mniej wytrawny, bardziej łagodny niż w podstawowej wersji. To piwo jest genialne. (9/10)
Ale czy najlepsze w tym przeglądzie? Mocna konkurencja nadeszła w postaci Cafe Borisa (alk. 9,4%) ze stajni chimerycznego Hoppin’ Froga. Konstrukcja podobna jak w kawowym Speedwayu, mianowicie w aromacie górują nuty odsłodowe, na czele z gorzką czekoladą, flankowaną przez kawę, nuty palone i delikatną wanilię. Kawa jednak dopiero w smaku w pełni objawia swoją moc. Ma jeszcze bardziej owocowy charakter niż w Speedwayu i fenomenalnie łączy się z głębokimi nutami gorzkiej czekolady. Piwo jest gęste, świetnie ułożone i zdradliwie pijalne jak na swój woltaż. Rewelacja. (8,5/10)


Następne piwo z kolei jest ponadprzeciętne w pełnym zakresie tego słowa. Oscar Blues Ten Fidy (alk. 10,5%) uważany jest za klasyka gatunku. W pełni zasłużenie. Lany z kija okazał się być wręcz RISem pokazowym. Gęsty, kremowy, świetnie ułożony. Likier czekoladowy, kawowe lody w waflu, silna, ale nie kwaśna paloność, trochę pumpernikla i skórzanej tapicerki, a do tego owoce leśne, które swoimi ostrymi nutkami doskonale przeszywają gęstą, mocarną słodowość piwa. No i jeszcze palono-kawowy posmak klasy mistrzowskiej. Rewelacja. (8,5/10)
Ręki nie dam sobie uciąć za to stwierdzenie, ale wydaje mi się, że kiedy Břevnovský Benedict Russian Imperial Stout (ekstr. 21%, alk. 8,5%) wszedł na rynek, to był on pierwszym czeskim RISem. Wiem na pewno, że na dzień dzisiejszy jest to chyba najtańszy RIS jakiego piłem (0,3l z kija za bodajże 8zł), a jednocześnie jeden z najsłabszych. Kremowy, gęstawy, ale i nieznośnie kwaskowy, czy też wprost kwaśny. Mocno palony, lekko śliwkowy i mineralny w finiszu, no i delikatnie kawowy, mało tutaj jest natomiast czekolady. Liściasty posmak świadczy o obecności aldehydu octowego, poza tym kwaśność jest w nim zdecydowanie przesadzona. Słabo. (4/10)


Cellarman’s Reserve (ekstr. 22%, alk. 8%) było pierwszym piwem, które leżakowało w zakupionym przez norweskie Nøgne Ø drewnianym tanku, w którym uprzednio leżakował koniak. I w tym tanku jest sporo funku. Czerwone owoce pokroju wiśni i aronii z dodatkiem akcentów skórzanych spajane są z czekoladowym RIS-em bazowym ciemnogronowymi, delikatnie karmelowymi nutami koniaku. Koniak tworzy więc pomost między dwoma światami, które w moim odczuciu się trochę gryzą, czyli między funkiem (nawet owocowym, jak tutaj) a wyraźnymi, bardzo ciemnymi słodami. W smaku mamy zespolenie tych światów na jeszcze wyższym poziomie, co kojarzy się całościowo z winiakowym Mon Cherie w ciemnej czekoladzie z odrobiną palonego ziarna. Mimo funku piwo ma trochę ciała, choć nie tyle, ile można by oczekiwać po parametrach, jest lekko kwaskowe i tylko lekko słodkie, nie jest też specjalnie gorzkie. Pewien problem mam tutaj z brakiem głębi, z niedostateczną wyrazistością smakową, mimo że kompozycja jako taka jest moim zdaniem bardzo intrygująca. Pachnie to piwo w zasadzie jak słodowy flanders, a w smaku jest niewiele bardziej RIS-owe. Czy eksperyment/wypadek wyszedł dobrze? Moim zdaniem mimo wszystko tak, choć wątpię, czy wszystko poszło zgodnie z zamysłem piwowara. (6,5/10)
Dobre kilka lat nie piłem niczego z norweskiego Haandbryggeriet, a raz że za kotłami miesza od jakiegoś czasu nasz rodak Kacper Kulpa (ex-Brewklyn), dwa że nie piłem nigdy wcześniej dwóch flagowych RIS-ów z tej stajni, trzy że udało mi się te RIS-y zakupić w naprawdę dobrej cenie. No to zobaczmy. Dark Force (alk. 9%) jest imperialnym stoutem pszenicznym. Dysponuje wprawdzie całkiem dosadną dawką gorzkiej czekolady, bardziej moją uwagę zwróciły jednak nuty owoców leśnych (borówki, jeżyny), brązowego cukru oraz lukrecji. A ja bardzo lubię ciemne leśne owoce w moich RIS-ach. Ciała to piwo wprawdzie ma sporo, jest jednak jak na styl zgodnie z pszenicznymi oczekiwaniami stosunkowo lekkie w odbiorze. Na odcinku słodycz (lekka) – goryczka (średnio mocna) panuje taki rozkład sił, jaki lubię, a owocowość wraz z czekoladą sunie ku dość wytrawnemu finiszowi, gdzie z kolei wyłania się wyrazista, lekko kawowa paloność, zaokrąglona wspomnianym brązowym cukrem. Piwo bogate ale nie przekombinowane, gładkie i ułożone. Super! (8/10)


Mooi & Meedogenloos Bourbon BA (ekstr. 24,1%, alk. 11,2%) jest piwem, które w celu uniknięcia dysonansu poznawczego lepiej nie traktować jako RISa i nie nastawiać się na standardowy efekt bourbonu. Otóż wpływ drewna jest w nim wprawdzie ewidentny, niemniej jednak piwo z początkiem pachnie raczej jak czerwone wino z dodatkiem jabłek i białego pieprzu. Wraz z ogrzaniem pojawia się trochę kokosowych nut białej dębiny, tutaj jednak połączonych z elementami kiszonymi. Ciemno owocowa winność oraz przyprawy są obecne przez cały czas. I tak jak aromat budzi kojarzenia z infekcją, tak smak przynosi ulgę, bo piwo skisłe nie jest. Jest jednak mało głębokie i złożone. Ot trochę winnych nutek, słodyczy i najwyżej średniej pełni, a w finiszu dopiero możemy raczyć się spodziewanym na dużo większym stopniu intensywności połączeniem gorzkiej czekolady i paloności. Jest w porządku, ale to trochę mało jak na tego typu piwo. (6/10)
Szkocki Fyne Ales mnie raczej rozczarował, ale co oni wyczarowali wespół z De Molenem, to klękajcie Ślązakowcy. Znaczy się – no Holendrzy mogli i pewnie mieli jakiś wpływ na całokształt, ale Mills And Hills (alk. 9,5%) jednak uwarzono w Szkocji. I czego my tutaj nie mamy – pumpernikiel przede wszystkim, a potem wilgoć. Konkretnie – wilgotne drewno. Nie wiem, czy drewniane elementy wylądowały w piwie czy to drożdże tak oddziałały na słody, ale jest mokre drewno, więc powstaje szkocki klimat. Czekolady nie ma raczej wcale, za to szczególnie w smaku jest wyraźna skórzana tapicerka, dużo borówek, trochę melasy, no i kawowy posmak. Piwo jest wyraźnie kwaskowe, przy czym bardziej niż z palonością łączy się to z nutami owoców leśnych, które to wraz z ogrzaniem stają się coraz bardziej wyraźne, zarówno w aromacie jak i w smaku. To piwo to świetny, niebieskojagodowy, kwaskowy w finiszu deser. W punkt. (8/10)


Jak widać po powyższym przeglądzie, wydanie dużej sumy pieniężnej na piwo nie gwarantuje tego, że będzie dobre. Czasami jednak warto zaryzykować, bo można zostać niemalże wyrwanym z butów. Zastanawia ogromny rozstrzał jakościowy w RIS-ach z holenderskiego De Molena, który pokazał, jak można zmaścić styl, ale i jak można w jego obrębie wykrzesać piwo genialne. Alesmith ze swoimi Speedwayami mnie oczarował, podobnie jak Hoppin Frog swoim Cafe Borisem. Rozczarował angielski Samuel Smith, zachwycił z kolei również angielski, ale młodszy browar Buxton ze swoim Tsarem. Zdecydowanie warto upolować Old Rasputina z amerykańskiego North Coast oraz Dark Force z norweskiego Haandbryggeriet, odpuszczając sobie zarazem Odin’s Tipple. Piwami bez dwóch zdań wartymi zachodu jest Kees Export Porter 1750, Frack & Frick oraz Mills & Hills w kooperacji szkockiego Fyne Ales z holenderskim De Molenem. Ten Fiddy z Oscar Blues to pyszne piwo. Rozczarowały z kolei Cigar City z Florydy, szwedzki Stigbergets, czeski Brevnov oraz berliński Stone. Kwestią sporną są RIS-y duńskiego Amagera oraz zainfekowany Cellarman’s Reserve z Nogne O.
Średni poziom piw w tym przeglądzie wypadł bardzo wysoko i zapewne za jakiś czas pojawi się następne zestawienie RIS-ów z importu, jak mi się uda uzbierać ich odpowiednią ilość.