Polskie Imperium 3
https://thebeervault.blogspot.com/2019/02/polskie-imperium-3.html
Ostatni przegląd krajowych stoutów imperialnych wylądował na blogu w grudniu 2017 roku, więc już najwyższy czas na odkurzenie tego cyklu. Na początek coś zaległego, bo szkic do tego wpisu był gotowy na ubiegłą wiosnę, niemniej jednak w pewnym sensie aktualnego, jako że trzon wpisu stanowi porównanie Samca Alfa z Zawiszą Czarnym. Obydwa piwa w wersji lanej – z pierwszych warek! – stawiam na równi ze sobą. Są to prawdopodobnie najlepsze polskie piwa, jakie dane mi było do tej pory pić. Z butelkami sprawa ma się trochę inaczej. Ale pomijając Łańcuta oraz Artezana, we wpisie znalazły się również mniej bądź bardziej ciekawe RIS-y z innych polskich browarów. Niektóre są nadal w ofercie, inne nie. Trzeba pamiętać, że wszystkie piłem w zasadzie na świeżo, krótko po premierze.
Widawa Grand Prix Russian Imperial Stout (ekstr. 22%, alk. 8,9%) jest piwem ciekawym, bowiem brązowe, nieco melasowe nutki skojarzyły mi się w nim nieco z rumem oraz w wersji rozszerzonej z czekoladkami z rumem, chociaż intensywność nut czekoladowych akurat jest w tym piwie na średnim poziomie. I mimo tych brązowych nut, piwo jest zdecydowanie palone, co wychodzi szczególnie w finiszu. Nie jest to nic dla team słodyczka, słodyczy nie ma tutaj bowiem zbyt wiele, jest za to ciało, wytrawny finisz oraz lekko kremowe uczucie w ustach. Dobre to jest. (6,5/10)
Wrężel Hogshead Single Malt (alk. 11,5%), hę? Nawet głowy warchlaka narysowali na kartoniku, kiedy tymczasem hogshead to rodzaj beczki, a piwo było leżakowane w beczkach po torfowym Bowmore. Nie wnikam, kto zawinił – czy kontraktowiec nie wiedział, w czym w końcu leżakuje jego piwo, czy to firma obsługująca go marketingowo, ale wyszło zabawnie. Piwo wyszło jednak nieźle. Silna czekolada wspomagana jest przez nuty palone oraz whiskaczowe, przy czym w odróżnieniu od piw leżakowanych po Laphroaigu, tutaj i sama beczka dała coś więcej od siebie, wskutek czego piwo trochę pachnie drewnem. W finiszu pojawia się akcent mineralny, natomiast problemem jest z mojego punktu widzenia ponownie niedostateczna pełnia oraz zbyt wyraźna alkoholowa cierpkość. Jest ok, może z czasem będzie jeszcze lepiej, tym bardziej, że tutaj już nie wyczułem nutki, potencjalnie zwiastującej zniszczenie. (6/10)


Co ciekawe, to samo piwo w wersji Bowmore Whisky BA (ekstr. 29,7%, alk. 13,8%) nie jest chyba nawet w połowie tak mocno pod wpływem beczki jak wersja Sherry BA. Nie żeby był to zarzut – torfowy Bowmore wraz z delikatnie waniliowymi akcentami suchej dębiny jako podkreślenie owocowego, palonego stouta imperialnego na poziomie koncepcji nawet bardziej mi pasuje. Widzę tutaj jednak trzy problemy. Jednym są nuty czerwonych owoców, zdecydowanie mniej ułożone i mniej ciekawe niż w wersji Sherry, za to szorstkie. Dwa, to cierpkość piwa, co od razu przekierowuje nas do obiekcji numer trzy, czyli jednak zbyt oczywistej alkoholowości. W wersji podstawowej alko odebrałem jako dość ułożone, tutaj jednak jest wzmocnione, wręcz bimbrowe. No i jest jeszcze czwarty problem – ja tutaj czuję trochę aldehydu. Ta sztuczka się więc nie do końca udała. (5,5/10)
Jako że Szpunt robi jednego z najlepszych krajowych torfiaczy (Night Rider), to nie dziwne, że w końcu pojawiła się na rynku również interpretacja imperialna. Eclipsed (ekstr. 26%, alk. 10,5%) to sprawa dla #teamszpital, wali bowiem jodyną jak klasa biologii w polskiej podstawówce w roku 1995. Logicznym uzupełnieniem byłyby czekoladowe nuty odsłodowe, ale zamiast tego przez torf przebijają się chmiele. Ciekawe. W smaku pojawia się w końcu niemrawa czekolada, problem jednak polega na tym, że smak jako taki jest raczej mało ekscytujący. Piwo ma całkiem konkretne ciało, jest zdominowane przez torf, ale jest to dominacja tyleż dobitna, co uzyskana małym nakładem energii, jako że inne nuty po prostu giną w tle. Ciało nie jest więc wypełnione sensowną treścią. Albo inaczej – treść jest całkiem sensowna, ale wypełnia ciało tylko do połowy. Tak więc Night Wolf pozostaje niepobity, tutaj mamy do czynienia ze stosunkowo mało intensywnym smakowo, a za to wagowo ciężkim torfowym RISem. Jest niezły, ale liczyłem na więcej. (6/10)



Swoim pierwszym RIS-em, serwowanym na One More Beer Festival 2017, Pinta zaliczyła niedoleżakowany falstart. RIS Factor (ekstr. 30%, alk. 11,5%) wypadł niestety niewiele lepiej. Z jednej strony mamy tutaj przekrój czekoladowych klimatów, od gorzkiej czekolady przez kakao po likier czekoladowy, z drugiej jest tu tyle aldehydu, co w worku papierówek zebranych u mnie na ogrodzie bezpośrednio z drzewa. Przyjemnie gęste, treściwe, nie przesłodzone piwo z melasowymi i palonymi posmakami, no ale po cholerę tyle tego zielonego jabłka? Alkohol z kolei jest stonowany i piwo ma zdecydowanie potencjał, ale nie w takiej postaci. Miałem pecha, bo nie wszyscy ten aldehyd mieli, ale też nie ma co zaklinać rzeczywistości – piwo w moim szkle rozczarowało. (4,5/10)



Samiec Alfa w wersji 2017 z butelki (alk. 13%) jest piwem innym. Beczka ma podobny profil, ale jest mniej bogata, bo mniej intensywna. Też waniliowo-kokosowa, ale wanilii jest więcej, zaś bardziej subtelne nuty drewniane są przykryte piwem bazowym. Ciemna czekolada, czekoladowe pralinki, likier czekoladowy, trochę kawy – w tematyce ciemnych słodów dzieje się tu bardzo dużo, a owocowe nutki grają na trzecim bądź nawet czwartym planie. Po jakimś czasie pojawiają się również wafelki. W smaku ewidentna jest większa moc alkoholowa Samca, przekładająca się na jego agresywność. Piwo konkretnie grzeje i wbija się alkoholowymi szpilkami w język. Nie jest to wielka ujma, bo i spirolowo-etanolowych nut brakuje, ale jest to kolejna różnica między Samcem a Zawiszą. Tam, gdzie Zawisza stawia na subtelny owocowy kwasek, tam Samiec na moc alkoholu i cierpkawy finisz. Samiec jest też nieco słodszy. Pełna paleta czekolady jest uzupełniona beczką oraz nutami orzechowymi, które szczególnie uwydatniają się w wytrawnym finiszu. Piwo ma stosowne ciało i ma stosowną głębię. Świetne. (7,5/10)
Obydwa piwa jednak inaczej wypadają w wersji lanej. Samca nie miałem okazji skosztować z kranu, natomiast miałem sposobność wlania w siebie większej porcji Zawiszy na Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa. I cóż mogę powiedzieć – udało się to piwo doprowadzić jeszcze bliżej perfekcji. Płynna czekolada, ciut czerwonych owoców, wyraźna acz zrównoważona beczka, alkohol ukryty zupełnie, a do tego gładkość w ustach plus uczucie łykania piwnego kremu. To jest obecnie moim zdaniem nie tylko najlepszy polski RIS (konkurencja nie jest zbyt wygórowana), ale i prawdopodobnie najlepsze polskie piwo. Chapeau bas! (9/10)
Zawisza i Samiec to zdecydowanie dwa różne piwa, ale jednocześnie wywary o podobnej głębi oraz zbliżonym poziomie. Zawisza jest ułożony, gładki, dobitnie beczkowy, a zarazem owocowy. W Samcu podkreślona jest czekoladowość, beczka funkcjonuje jako uzupełnienie, jest nasycony w sam raz oraz wyraziście alkoholowy. Zawisza wygrywa profilem oraz intensywnością beczki, elegancją i ułożeniem. Samiec wygrywa wielowymiarową czekoladowością (czy ogólnie bardziej rozbudowaną słodowością) oraz nasyceniem. Jednocześnie jest bardziej natarczywie alkoholowy od Dimi3riego. W wersji butelkowej, z warek dostępnych w 2018 roku, obydwa RISy są piwami klasy światowej. Jednocześnie obydwóm do najlepszych jednej rzeczy brakuje. Samcowi ułożenia, zaś Zawiszy nasycenia. W formie w jakiej te piwa wylądowały w moim szkle, nikłe nasycenie Zawiszy jest mniejszym problemem niż agresywność Samca, zaś wielowymiarowa beczka w Zawiszy jest nieco bardziej atrakcyjnym przymiotem od rozwiniętej słodowości/czekoladowości Samca. Obydwie butelki z kolei są deklasowane przez Zawiszę w wersji lanej.
Pod względem jakościowym nie jest to udany przegląd. Poza Zawiszą oraz Samcem jestem w stanie polecić właściwie jedynie Dimi3ri, RISa z Jana Olbrachta oraz Łódź i Młyn Sherry BA. Reszta piw wypadła poniżej oczekiwań. Namacalny jest problem aldehydu w polskich piwach w tym gatunku. Tak jak w polskich craftowych ipkach problem przepasteryzowania czyni partie danego piwa landrynowo-karmelowymi (problem chyba obecnie występuje już na szczęście rzadziej), tak w polskich craftowych RIS-ach najprawdopodobniej problemy przy rozlewie (nadmierne natlenienie danej partii) skutkuje pojawieniem się aldehydu. Tak gdybam. I w tym wypadku już niestety nie ma różnicy, czy jest to beczka czy butelka – kupując takie piwo z określonych browarów człowiek w pewien sposób bierze udział w loterii. I stąd się potem biorą rozbieżności, gdzie jedni mają u siebie zapach zielonego jabłka, a inni go nie mają. W obrębie tego przeglądu aldehydem oberwało się Pincie, Birbantowi, Rockmillowi oraz Piwotece w Bowmore BA. Jest to istotna sprawa i browary produkujące takich mocarzy powinni się pochylić nad tą kwestią, chociażby z powodu dbałości o markę.