Loading...

Teneryfa jako patchwork

Pierwotnie miałem opisać odwiedzoną we wrześniu Teneryfę w klasyczny, chronologiczny sposób. Jednak wyspa zrobiła na mnie ogromne wrażenie za sprawą tego, że przypomina jeden wielki, różnorodny patchwork. Niezwykle bujny, a zarazem spójny. Toteż i zamiast chronologicznego reportażu z jednej strony, a tematycznej prezentacji (jak w przypadku Malty) z drugiej, relacja będzie również nosiła znamiona patchworku. Jej spójność na tym nie ucierpi.

Co śmieszne, na obranie takiego a nie innego kierunku wakacji rodzinnych namówiła mnie kolejny raz osoba, która ostatecznie nie zabrała się ze mną, której jestem jednak dozgonnie wdzięczny za pchnięcie mnie w kierunku, którego sam z siebie nigdy bym nie obrał. Otóż byłem już wcześniej na Wyspach Kanaryjskich. Było to bardzo dawno temu, kiedy byłem mały i nie piłem alkoholu. Było to na Fuerteventurze. Zapamiętałem z tego wyjazdu, że krajobraz był pustynny, morze i plaża były spoko, ale generalnie nie ma tam po co wracać. Co do Teneryfy, moja ignorancja zawężała mój pogląd do dwóch kwestii – że jest tam dosyć zielono (to na plus) i że jest tam dużo Angoli (to na minus). No, jeszcze że jest tam jeden z największych parków wodnych na świecie. I tyle. Tymczasem ogrom wrażeń jaki mnie na miejscu spotkał sprawił, że się w tej wyspie zakochałem. Ale po kolei. No, właśnie jednak nie po kolei… a przynajmniej nie do końca.

Patchwork
Na czym polega w zasadzie kwestia patchworku w przypadku Teneryfy? Ano wyobraźcie sobie wyspę położoną na Atlantyku, o długości do 60km i szerokości do 40km. Niezbyt mała, niezbyt duża. W sam raz. I na tej wyspie można jednego dnia podziwiać poszarpane, nagie, wulkaniczne wybrzeże, morze zieleni wchodzące w ocean, wyżynne krajobrazy księżycowe, gęsto pokryte zielenią góry, lasy sosnowe na pustkowiu, plaże z czarnym piaskiem, plaże z żółtym piaskiem saharyjskim, odcięte od cywilizacji wioski rybackie, słabo połączone z cywilizacją wioski wysokogórskie, rozciągającą się od wybrzeża aż po góry metropolię, stare miasta z kamiennymi rynkami, nowoczesne ośrodki turystyczne, skąpane w słońcu wybrzeże i góry tonące w chmurach  kilka kilometrów dalej, seksowne Hiszpanki ubrane jedynie w kąpielowe stringi,… no, to jest właśnie ten patchwork.

Wyspy Szczęśliwe
Bez sprawdzenia rodowodu antycznego określenia Wysp Kanaryjskich – czyli Wyspy Szczęśliwe – zakładam, że powodem ku temu było sprzężenie żyznej, wulkanicznej ziemi, wspaniałego klimatu oraz umiejscowienia z dala od strefy zainteresowań państw oraz ludów Afryki i Europy. Bo nadal tak jest. O żyzności gleby świadczą rozległe plantacje bananowców na Teneryfie, geograficzne oddalenie zarówno od Pierwszego jak i Trzeciego Świata powoduje, że Wyspy są omijane przez prawdziwych jak i udawanych uchodźców, którzy od dwóch lat zalewają Europę, co do klimatu natomiast… to jest temat warty trochę bardziej szczegółowego komentarza. Jestem człowiekiem ciepłolubnym, któremu nie przeszkadzają trzydziestopięciostopniowe upały połączone z maksymalną wilgotnością powietrza. Więcej – uwielbiam taki klimat. Z drugiej strony jednak, sprzyja on rozprężeniu. Gdybym miał w takich warunkach pracować fizycznie, to pewnie bym pomstował na aurę.

Na Teneryfie jest inaczej. We wrześniu temperatura za dnia dochodziła do 28 stopni, żeby w nocy spadać zaledwie do 24, była więc niemalże stała. Na wyspie nie ma klasycznych pór roku. Nie ma zimy, jesieni i wiosny, w uproszczony sposób można więc powiedzieć, że panuje tam bez przerwy lato, tyle że raz cieplejsze, raz zimniejsze. Nigdy zaś nie jest męczące. I tak przez cały rok. Poznana przez Anię w sklepie z odzieżą Polka mówiła, że przez ostatnie 9 lat, które spędziła jako mieszkaniec wyspy, temperatura z tego co pamięta nigdy nie spadła poniżej 21 stopni. Może być w tym trochę przesady, ale nawet jeśli okresowo spadła o parę stopni poniżej tego, to i tak tego typu roczne amplitudy są zapewne marzeniem większości z nas. Pogoda na północy wyspy potrafi być kapryśna, na południu jest za to w okolicach czasowych europejskiego lata i jesieni w zasadzie gwarantowana. Chmury często tworzą się około południa, ale trzymają się wulkanu pośrodku wyspy, tak że ich kraniec znajduje się na oko 2-3km od wybrzeża. Stacjonując na zachodzie wyspy około południa słońce znajduje się centralnie nad plażą, wędrując ku zachodowi, więc mimo chmur na wschodzie jest prawie cały czas słonecznie.

Jazda po wężach
Jazda po wyspie wbrew moim obawom nie była żadnym wyzwaniem. Wynajęty Citroen Berlingo wprawdzie mając przejechane zaledwie 8000km od nowości był zdezelowany niczym trzyletnie auto firmowe, z latającym lewarkiem, stosunkowo małą przyczepnością, a na dodatek z fabrycznym defektem przedniej szyby, która załamywała obraz dzięki pofalowaniu akurat na wysokości kierowcy, no ale na wyspiarskie warunki wystarczyło i to. Ilość krętych dróg na tej górzystej wyspie może dosłownie przyprawić człowieka o zawrót głowy. Jazda serpentynami w górę, po to tylko, żeby przed kolejnymi serpentynami w górę musieć zjechać innymi serpentynami w dół, obfituje w niesamowite krajobrazy, no i nie pozwala zasnąć.

Szczególnie połączone ze sobą miejscowości w turystycznym konglomeracie na południowym zachodzie są pod względem infrastrukturalnym ciekawie urządzone. Otóż w żadnym miejscu dotychczas nie uświadczyłem takiego gąszczu stromych, wijących się jak zaskrońce dróg, poprzetykanych pochyłymi rondami o nieregularnym kształcie, przecinających się pod wszelkimi możliwymi kątami. Z początku jest to trochę uciążliwe, bo trudno podążać za nawigacją, ale po pewnym czasie jeżdżenie w takich warunkach sprawia niesamowitą frajdę. Szczególnie że i miejscowi jeżdżą w sposób bardzo cywilizowany. Szczerze powiedziawszy, to chyba ja byłem najbardziej południowym pod względem zachowania kierowcą na wyspie.

Tubylcy, przyjezdni i geriatria
Długo mitygowałem się przed przyjazdem na Teneryfę, z powodu ludzi. Raz, że wyspa jest popularną destynacją dla Anglików, za którymi nie przepadam. Bo Anglicy jak to Anglicy, upijają się często na umór, po czym łażą po mieście drąc się wniebogłosy i co jakiś czas okładając się między sobą pięściami, wydając przy tym okrzyki pokrewne dźwiękom godowym orangutanów. Większych ekscesów na miejscu nie uświadczyłem, było też wbrew pozorom sporo normalnych ludzi z Albionu, natomiast trochę deprymowało obsadzenie niemalże wszystkich knajp w Adeje przez angielską geriatrię. Naprawdę, wszędzie sami angielscy emeryci. Angielska młodzież była w skromnych ilościach powsadzana między stoliki starszyzny, natomiast miejscowi i turyści z innych krajów przebywali chyba na imprezach w innych miejscowościach. Raz na jakiś czas mija się wieczorami na ulicy młodych ludzi, np. Szwedki o mocno wygłodniałym wzroku, ale w knajpach króluje młodzież trzeciego wieku, przesiadująca w lokalach o tak wyświechtanych nazwach jak Irish Fiddler, w których z głośników leci jakiś ajrisz fidler. Może w położonym 200m od naszego hotelu X Liberal Swingers Club było inaczej, ale tam postanowiliśmy jednak nie sprawdzać. Biorąc pod uwagę, że ten rodzaj rozrywki jest szczególnie popularny na Wyspach Brytyjskich, to pomijając już aspekt moralny, widoki wewnątrz mogły być estetycznie absolutnie nie do przyjęcia.

Druga rzecz, która mnie odstręczała od Kanarów, to ich mieszkańcy. Mój stosunek do Hiszpanów był w sporej mierze obciążony doświadczeniami z hołotą z Orgazmusa, którą poznałem studiując w Krakowie. Hołotą bardzo liczną, pochodzącą z różnych regionów Hiszpanii. Hołotą jak najbardziej dosłowną, która chęć wychędożenia jak największej ilości niezbyt rozgarniętych tubylczych kobiet, łączyła z miejscami skrajną pogardą dla miejscowej kultury i zwyczajów. No więc wyspiarze byli inni. Uśmiechnięci, uprzejmi, z szacunkiem. Jednak Erasmus to patologia, na podstawie której nie należy wyciągać zbyt dalekosiężnych wniosków. Zresztą to, że większość turystów wbrew pozorom stanowili w południowej części wyspy nie Angole i Niemcy, tylko ludzie z Hiszpanii kontynentalnej, też sprawiało, że atmosfera była bardziej miła.

Piękna płeć
Nie tylko atmosfera była dzięki temu miła, ale i estetyka otoczenia na tym zyskała. Południowa uroda, ładne rysy twarzy, no i moda plażowa, w której stringi i topless były tak powszechne jak na plażach w Bułgarii i Rumunii, uczyniły pobyt na wyspie jeszcze bardziej przyjemnym. Hiszpanki zdecydowanie odróżniają się pozytywnie pod względem urody od pozostałych mieszkanek Europy zachodniej, choć gwoli ścisłości ze względu na imigrację z państw o takim samym bądź podobnym tle językowym ciężko jest stwierdzić z absolutną pewnością, czy nie ma się przed sobą akurat latynoski czy też Włoszki bądź Rumunki. Miejscowe wyspiarki w trochę większym stopniu czerpią urodę z genetycznego wpływu Afryki północnej niż te z metropolii, co daje czasami ciekawy, trochę ‘marokański’ efekt. Za estetykę otoczenia Teneryfa dostaje ode mnie komplet punktów. W innych miejscach często albo krajobrazy są cudowne, a kobiety brzydkie, albo na odwrót. Tutaj jest wszystko w jednym miejscu. Odstają wulgarne z zachowania Angielki, które wydają się pęcznieć z czasem tylko po to, żeby zwiększyć powierzchnię ciała, na którą można nanieść fatalnie wykonane tatuaże. To samo tyczy się swoją drogą Angoli płci męskiej i ich łysin.

Mucho barato
I w dodatku nie jest drogo. To znaczy – na południowej części wyspy, gdzie pogoda jest pewna, hotele są niezbyt tanie, a przy tym pod względem standardu w zestawieniu z nowymi hotelami w Europie wschodniej wypadają blado. To jest w ogóle ciekawe, że zarówno hotelarstwo, jak i internet na zachodzie naszego kontynentu robią stosunkowo przedpotopowe wrażenie. No ale poza ubytovaniem i lotem (jeśli się go późno zamawia) w zasadzie Teneryfa jest dobra na kieszeń człowieka, który zwyczajowo jeździ chociażby na Bałkany. Wynajem samochodu na 11 dni kosztowałby nas bez fotelika na dziecko i dodatkowego kierowcy 320zł, paliwo jest po 75 centów za litr, piwo nad wybrzeżem potrafi kosztować te 4 euro, ale już kilometr w głąb lądu nawet 1 euro w knajpie, poza plażą można też zjeść smaczny obiad za 5 euro. Czyli z tego co mi ludzie mówią, jest taniej niż w Polsce nad morzem. No i lepiej. Tak mi mówią ludzie.

Piwo
Gwoli przejrzystości piwo można podzielić na trzy grupy. Hiszpańskie eurolagery, importy oraz miejscowy, kanaryjski craft. Ogólnie rzecz biorąc, nie jest tutaj trudno o niezłe piwo, choć szczytem ekstrawagancji wydaje się być w większości przypadków niemiecka pszenica, Guinness, Leffe czy Chimay. Czyli człowiek nie zginie, jest to jednak ciągłe życie na krawędzi. Ceny za to są całkiem przystępne. Ot, za euro z hakiem można kupić w sieci marketów Super Dino belgijskiego Judasa. Silna sfermentowana gruszka, trochę banana, ziołowe akcenty chmielu. Delikatne białe grono, może sugestia pomelo. W smaku owocowe, ale i przyprawowe, pieprzność wzmaga się w ustach, łącząc się z grzaniem alkoholu w finiszu. Świetny, niedoceniony moim zdaniem klasyk (7,5/10). W Mort Subite Kriek wiśnie zjadły całego lambika i pozostał delikatnie kwaskowy, słodki radlero-kompot (5/10). Abbaye d’Aulne Blonde to brzoskwinie, delikatny fenol – wodniste, mało aromatyczne, ale pijalne (5/10). Abbaye d’Aulne Brune to pełno fig, trochę banana w karmelu, jabłko, a w posmaku delikatna lukrecja. Smaczne (6,5/10). Z Niemiec łatwo dostępne są pszenice Paulanera i Franziskanera oraz kilka Oettingerów, w tym rzadki w Niemczech Extra Forte, dla miłośników Faxe i podobnych. Z Anglii i naleciałości (hehe) oprócz Guinnessa jest w ofercie kilka podstawowych cydrów oraz Old Speckled Hen w puszkach za około 1,5 euro. Piwa przechowywane są często w niesprzyjających warunkach, wskutek czego nawet Leffe Brune bywa kartonowe.

Warto mieć na uwadze, że knajpy często reklamują się piwem, którego nie mają na stanie. Obok hotelu w barze miał być jakiś angielski ejl, reklamowany na tablicach przed lokalem, ale w środku go nie było. W innym miejscu taka sytuacja miała miejsce z Mackeson Stoutem. Zanim się więc siądzie w takim przybytku, warto zapytać, czy nie ma ściemy.

Z hiszpańskich piw miałem nieograniczony dostęp do Reina Sofia, piwa mega wodnistego, kukurydzianego, delikatnie zapałkowego. No ale przynajmniej ojrolager bez aldehydu (3,5/10). Estrella del Sur z kolei to aldehyd zapakowany w grubą warstwę kartonu (1,5/10). Hiper Dino Cerveza to estry, landryna i wodnistość (1,5/10). Legado de Yuste to mocno opiekane słody, skarmelizowany cukier, toffi, trochę estrów i suszonych owoców. Aha, to niby pierwsze klasztorne piwo Hiszpanii. Robione przez Hajnekena. słynnego holenderskiego mnicha (5,5/10). Estrella Damm Inedit była gorsza niż ją miałem w pamięci. Lekki karton, lagerowy wydźwięk, trochę kolendry, subtelny pieprz, finisz delikatnie lukrecjowy. Przyjemnie przyprawowe, ale wodniste (6/10). Cruzcampo Gran Rezerva to denaturat przepuszczony przez chleb, trochę słodu i ciut chmielu. Mega alkoholowe (1,5/10). Cruzcampo Crucial jest lekko pikantne, ma 'kurzowe' nutki chmielowe, aldehyd ‘jabłkowy’, estry, alkohol (3/10). Cruzcampo regularne z aldehydem, lekko pikantne, wodniste, lekki karton (3/10). No to może Kelson? Trochę aldehydu, trochę gotowanych warzyw i wodnistość. No więc jednak nie (1,5/10). W Mahou Maestra czuć wprawdzie alkohol, ale jest subtelnie opiekane, z nutą lukrecji w finiszu, nie smakuje jakby było odfermentowane do granic możliwości. Jakiś postęp to jest (3,5/10). Dorada Especial Roja z kolei to wodnista, mało wyszukana vienna, połączenie nut karmelu, subtelnej opiekaności i ciasta rodzynkowego (4/10). Dorada Seleccion del Trigo to wodnisty pseudo-belg z belgijskimi, brzoskwiniowymi estrami i zapalczaną siarką. Nie można mu jednak odmówić pijalności (5,5/10). Dorada Especial to trochę pikantnego chmielu, zapałka i aldehyd. Nu, eurolager (3/10).

O crafcie będzie w drugiej części relacji.

Chlorofenomen
Jedyny minibrowar z restauracją na wyspie mieści się w małej miejscowości El Sauzal, niedaleko miejsca, w którym droga z Santa Cruz wyprowadza samochód na północne wybrzeże wyspy. Restauracja jest raczej sporych rozmiarów, warzelnia jest wyeksponowana, bar długi, a taras obszerny. Z tego ostatniego można podziwiać widoki na zieloną, północną część wybrzeża Teneryfy, mając jednocześnie wokół siebie masę donic z różnorodną roślinnością. Za aspekty wizualne Tacoa Cerveceria dostaje ode mnie dwa kciuki w górę. Za obsługę też, jest miła i nawet w sytuacji w której kelner śmiga po angielsku, zaś kelnerka nie rozumie ani słowa, radzi sobie nieźle. Restauracja jest o tyle specyficzna, że łączy hiszpańskie tapasy z niemiecką kuchnią mięsną, a pod względem piwa godzi germańską klasykę z nową falą. No i nie jest drogo. Za ogromną sałatę z wsadem mięsnym, jak i za talerz kiełbas z grilla zapłaciliśmy każdorazowo poniżej dychy. Do tego dostaliśmy świeżo wypiekane bułki z różnymi sosami, w tym miejscowym mojo, kanaryjską, kwaskową, czerwoną salsą. A dania były świetne. Wprawdzie pośród kiełbas – białej, norymberskiej, turyńskiej, jakiejś jeszcze oraz „polskiej” (sic!) nie dało się wysmakować, która to jest ta polska, bo żadna nie smakowała jak podwawelska czy inna śląska, ale to chyba dobrze.

Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie miejscowe piwa.
Clara – wodniste, trochę drożdży i brzeczki. I chlorofenol. (2/10)
Copper – silna brzeczka, delikatny chmielowy cytrusik, wodniste. I subtelny chlorofenol. (4/10)
Trigo – Trochę ciasta drożdżowego, trochę goździków. I zlewający się częściowo z weizenowymi goździkami chlorofenol. (2,5/10)
Negra – Karmel, szczypta orzechów w finiszu, słodkawe, silna brzeczkowość. I częściowo przykryty brzeczką chlorofenol. (3,5/10)
Bitter – wyrazista goryczka, silna brzeczka, delikatny chmielowy cytrusik, trochę grejpfrutowa goryczka. Gdyby nie wada, byłoby z pewnością fajnie. Aha, wadą jest chlorofenol. (4/10)
APA – soczysta cytrusowość, umiarkowana goryczka, no już, już, byłoby naprawdę dobrze, gdyby nie… chlorofenol. Mimo to jednak pijalne. (5/10)
Porter – masło, rozpuszczalnik i kakao. Za to bez chlorofenolu tym razem. A zarazem jeszcze gorsze od reszty. (1,5/10)
IPA – korzenność, chlorofenol, cytrusy, w takiej kolejności. Goryczka dość mocna, jest i ciało, no ale jest też chlorofenol. (3,5/10)

Na wynos wziąłem jeszcze:
Tacoa Hell Golden Ale – skoro zielona butelka, to jest i skunks. Poza tym przegazowane, wodniste, delikatnie kwaskowe, subtelnie owocowe od drożdży. Po ogrzaniu subtelny… tak, tak, chlorofenol. (3,5/10)
Surfer Beer – wodniste, delikatnie owocowo-chmielowe. Bez chlorofenolu! Za to w tle trochę rozpuszczalnika. (3,5/10)
Dunkel Bock – karmel, orzechy, delikatna czekolada w finiszu. Wodniste trochę, ale muszę pochwalić za pierwsze piwo od nich bez wad. Pewnie powstało przed rozprzestrzenieniem się w browarze infekcji. (5/10)

Jako restauracja broni się więc Tacoa bez dwóch zdań. Jako browar ponosi sromotną porażkę. W piwach było tyle bandaży i tak konsekwentnie była to obecna w prawie wszystkich wyrobach wada, że aż chciałem się zapytać, czy za kotłami nie stoi tam jako piwowar mumia Tutanchamona.

Na tym kończę pierwszą część relacji. W następnej będzie zdecydowanie bardziej krajoznawczo, ale i piwa nie zabraknie – wszak trzeba będzie zdać relację z osiągnięć oraz upadków miejscowego craftu.

Wyspy Kanaryjskie 2249787486937723421

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)