Loading...

W hołdzie dla Rzymu


I to wcale nie tego we Włoszech.

Od wczesnej szkoły podstawowej starożytny Rzym wywoływał we mnie fascynację. Dzieciństwo spędzone w krainie, która była częścią kresów Cesarstwa Rzymskiego, odcisnęło spore piętno na moim stosunku do geografii i historii. Dawne forty rzymskie ciągnące się wzdłuż starej granicy nad Renem nie popadły wcale w zapomnienie – pamięć o pochodzeniu miejscowości typu Kolonia (dawniej Colonia Agrippina) jest w Nadrenii wciąż kultywowana, zaś w Xanten znajduje się świetnie urządzony park archeologiczny z wieloma elementami dawnego castrum Colonia Ulpia Traiana, w tym zrekonstruowanym amfiteatrem, świątynią, murem obronnym, czy też gospodą z termami. Uwielbiałem tam jako dziecko jeździć i wyobrażać sobie czasy minione.

Jedną z najbardziej doniosłych pozostałości po Rzymianach w Niemczech jest miasto Trewir. Przez pewien czas rezydencja cesarza, stolica prefektury Galia, zostało założone w 16 roku p.n.e. jako Augusta Treverorum, co czyni je najstarszym miastem w Niemczech. Tutaj rezydował potężny arcybiskup Trewiru, tutaj urodziła się św. Helena, matka cesarza Konstantyna, tutaj rezydował sam Konstantyn Wielki i tutaj urodził się Karol Marks


Ten ostatni jest symbolem miasta nie mniej niż jego rzymska przeszłość. W Trewirze bowiem doszło do nieco zaskakującego zespolenia tradycji w postaci bogatej historii miasta z mocno lewicowym odchyłem politycznym jego współczesnych mieszkańców. Tu trzeba zaznaczyć, że w warunkach niemieckich duże poparcie dla partii socjaldemokratycznej prawie zawsze skutkuje dziurawym budżetem. Być może wskutek tego, a raczej wskutek konsekutywnych wyborów lokalnych, Trewir jest obecnie piątym pod względem zadłużenia per capita dużym miastem w Niemczech. 


Być może również dlatego przed budynkiem jednego z banków przy głównych plantach postawiono pomnik świniopasa, trafna alegoria swoją drogą. Być może dlatego wszechobecne graffiti, a raczej sprejowane bohomazy oszpecają nawet fasady starych klasztorów, a stan części wspólnych jest w wielu miejscach mocno dyskusyjny. No i z pewnością właśnie dlatego zaraz obok Porta Nigra znajduje się pomnik Marksa, przy którym jakaś wycieczka z dziećmi zrobiła sobie piknik. Dorośli grali wesoło na gitarach i śpiewali jakieś sznulce z lat 60. – nie wiem, czy to pionierzy jacyś, czy ki pieron. 


Ale w Trewirze znajduje się wystarczająco dużo zabytkowej tkanki miejskiej, żeby sobie takimi rzeczami jako turysta nie zawracać głowy. Zamiast tego lepiej podziwiać ładnie odrestaurowane kamienice przy wspomnianych plantach, czy też od razu udać się pod wspomnianą Porta Nigra. Wybudowana w roku 170 n.e. i nigdy nie dokończona, stanowiła projekt prestiżowy bardziej niż obronny, aczkolwiek tak masywny, że robi obecnie wrażenie opuszczonej ongiś warowni. Niestety da się zaobserwować trend stawiania przy tego typu obiektach scen, na których odgrywane są różne mniej lub bardziej wyzbyte sensu spektakle. Do betonozy dochodzi więc scenoza, która w przeciwieństwie do tej pierwszej nie odsłania zbyt wiele, tylko właśnie szpetnie zasłania. A szkoda. 


Spacer wgłąb miasta ujawnia dawne zabudowania świątynne przekonwertowane na mieszkania oraz barokowy kościół św. Paulina położony przy nieco przytłaczającym placu. Wnętrze zostało szczelnie przesłonięte parawanami, w ramach happeningu nakazującego zwiedzającemu wczuć się w niewidomych. Naprawdę mają tutaj jakieś skrzywienie z tym zasłanianiem wszystkiego. Estetyczni purytanie.



Niedaleko znajduje się jeden z dwóch browarów w mieście. Trierer Petrusbräu to minibrowar z kadziami obitymi drewnem, który w spokojnej części starówki prowadzi sprzedaż butelkową, przy czym asortyment ma mocno ograniczony względem browarnianego wyszynku, który zwiedziliśmy później. Konkretnie można było w miejscu warzenia kupić jedynie pilsa, którego otwarłem o kant kosza na śmieci nad zachwaszczonym brzegiem Mozeli dziesięć minut później. Z widokiem na kormorana suszącego swoje skrzydła w wietrze wychyliłem flaszkę dosadnie gorzkiego, wytrawnego pilsika. Z gwinta, a co. Bardzo dobry był.


Swoją drogą, jeśli miarą postępowości miasta jest liczba nju ejdżów i pijaków na ulicach, to Trewir jest miastem bardzo postępowym. Jeśli miarą postępowości jest status rowerzystów, to też. Wprawdzie nie jest tutaj jak w Holandii, gdzie rowerzyści stanowią śmiertelne zagrożenie dla pieszych, niemniej jednak ich zachowanie cechuje pewna aura nonszalancji i bezkarności, zaś sam fakt, że ścieżka rowerowa jest dwa razy szersza od chodnika, zaś część piesza biegnie przy samej ulicy, rowerowa zaś na zewnątrz drogi, wydaje się być symptomatyczny.


Jest też Trewir miastem ekologicznym. Po ulicach otóż jeżdżą sobie dorożki z turystami, tyle że gołe, w sensie bez koni żywych, a za to z mechanicznymi, napędzanymi za pomocą akumulatora. Fajnie, że nie męczą koni. Zamiast tego lamy w Patagonii ślepną od pyłu w pobliżu wykopalisk litu koniecznego do produkcji akumulatorów, zaś Indianie tracą podstawę egzystencji. Bo nowoczesny ekologizm polega często na robieniu rozwałki po prostu po innej stronie kuli ziemskiej, tam, gdzie wzrok, a co ważniejsze, sumienie nie sięga. Prawda, że proste?


Tak samo sarkastycznie urocze jest zachaszczone obejście Mozeli, która w krainie obok jest zgodnie z niemieckim Ordnungiem obsadzona równiutkimi szpalerami winorośli, w Trewirze zaś stanowi niezły bajzel. W takiej sytuacji lepiej wejść wgłąb miasta, choćby na zielone, zadbane tereny miejscowego hospicjum zaraz przy rzece, gdzie można usiąść na ławce, wypić czegoś i posłuchać świergotu ptactwa, z widokiem na palmy w donicach, wykoszony równiutko trawnik i dwa ogromne skrzydłorzechy (to nie literówka, są takie drzewa). Zaraz obok zresztą mieszczą się ponoć najstarsze piwnice winne w Niemczech, choć nie wiem, czy można je zwiedzać i czy warto.


Mimo kolejnych najazdów uskutecznianych przez Wandalów, Alanów, Swebów, Hunów, czy w końcu Franków, sporo antycznej tkanki architektonicznej przetrwało kolejne nawałnice – przynajmniej w porównaniu do innych miejscowości. Skłamałbym jednak, pisząc, że zrobiły na mnie – pomijając kilka wyjątków – wielkie wrażenie. Ot rzymski most na Mozeli, taki sobie. Kompleks term Barbarathermen, czyli kilka resztek murów, a do tego pilary i drewniany podest plus garść nowych podestów. Liche pozostałości. Termy cesarskie już fajniejsze, z ceglanymi murami i łukami porośniętymi zielenią, choć znowuż zasłonięte przez jakieś cholerne stelaże. Idąc dalej, mija się amfiteatr (wejście płatne 4 ojro), obok którego pną się winnice i nad którym krążył jastrząb. Tu już fajniej, ale głód i pragnienie doskwierały, trzeba się więc było udać do browaru.



Minąwszy stosownie oznakowany budynek miejscowego oddziału masonerii dotarliśmy do Kraft Bräu. Czterogwiazdkowy hotel ma u wejścia mały chmielnik, natomiast wnętrze z warzelnią było niestety zamknięte. Ale obszerny ogródek z meblami rattanowymi, placem zabaw i rozstawionymi po kątach beczkami robił dobre wrażenie, obsługa też miła. Do jedzenia zamówiłem sobie drunken pale ale chicken, czyli kurczaka szczodrze doprawionego cytryną, z chrupiącą włoszczyzną na sosie z pejl ejla i z ryżem basmati. Lekkie, smaczne danie.



Piwa były w porządku, acz bez szału. Hell lekko kwaskowy, w zasadzie bez goryczki, ale z fajnymi ziołowo-cytrusowymi nutami chmielowymi oraz chleba. Taki urhell. Rześki, słodowy, niezły (6/10). Maibock dawał trochę maślanką, poza tym był słodowy, gęstawy, z dobrze schowanym alkoholem i nutką chmielu. Naprawdę niezłe jak na styl (6/10). Weizen klasycznie łączył goździka z bananem i dyskretną cytrusową kwaskowością. Balans przechylony trochę za bardzo na korzyść goździka jak na mój gust, ale poprawne (6/10). Najlepszy był Pale Ale – ostry, ziołowo cytrusowy aromat z grejpfrutem, limonką, werbeną i trawą cytrynową. Rześkie, aromatyczne piwo, z goryczką podbitą z umiarem, bardzo pijalne. Bdb (7/10).


Bardzo dobry był też, co ciekawe, lokalny riesling. Czyli wino może nawet jako tako smakować, kto by pomyślał. 

Posileni mogliśmy się w końcu udać do najładniejszej części miasta. Łososiowy Pałac Książąt Elektorów wraz z przylegającymi doń ogrodami i mnóstwem białych posągów jest jednym z punktów orientacyjnych w mieście, przyciągającym masę chińskich turystów, wybudowanym częściowo na terenie Bazyliki Konstantyna



Ta ostatnia przylega doń i została częściowo zrekonstruowana po wyburzeniu zachodniego skrzydła Pałacu. I to właśnie Bazylika jest najciekawszą budowlą Trewiru. Stanowi ona dawną salę tronową pałacu cesarza Konstantyna I i jest największą zachowaną rzymską salą na świecie. Wprawdzie w trakcie ostatniej wielkiej wojny jej wnętrze spłonęło, ale nadal robi wrażenie. Przede wszystkim ogromem, niesamowitą kubaturą, szczególnie biorąc pod uwagę, że wzniesiono ją na początku IV wieku bez wsporników. 


Obecnie wprawdzie jest świątynią luterańską i jako taka jest dość goła w środku, ale sam czerwonawy budulec ścian oraz gigantyczne belki podpierające strop robią wystarczające wrażenie. Przy okazji wspólnota luterańska zdobyła się na karkołomny wywód logiczny. Otóż bazylika oryginalnie była salą tronową, później zaś palestulą oraz siedzibą-zamkiem biskupa Trewiru, historycznie nigdy jednak nie była świątynią. No i na planszach wewnątrz Bazyliki można przeczytać, że książę Fryderyk Wilhelm IV poczuł okazję przekonwertowania dawnej pogańskiej świątyni na chrześcijańską świątynię i od wtedy służy ona miejscowym ewangelikom. Zaś skoro obecna świątynia nawiązuje w swojej formie do tradycji wczesnego Kościoła, to znaczy, że kościół protestancki wcale nie jest wymysłem późnego Średniowiecza. To jest fantastyczna logika, biorąc pod uwagę, że poza tym, że tutaj jadał, spał i robił zapewne różne inne ciekawe rzeczy arcybiskup, budowla nie miała nigdy nic wspólnego z żadnym Kościołem czy chrześcijaństwem jako takim, nie była też nigdy pogańską świątynią, tylko palestulą z miejscami dla kupców oraz sędziów. Zadziwiająco dużo energii idzie tutaj na samopotwierdzenie, rzekłbym.


Spacer przez ścisły środek starówki odsłania widok na tyle pięknych budowli, że nie wiadomo, w którym kierunku się patrzeć. Na rynku stoją obok siebie dwie imponujące, ogromne świątynie. Kościół Najświętszej Marii Panny z XIII wieku ma wprawdzie witraże, jednakże zdecydowanie nowoczesne, tak jak i ołtarz. Freski i droga krzyżowa mają starszy sznyt i są ładniejsze, ale gryzie się takie połączenie starego z nowym. 


Katedra św. Piotra
zaraz obok, połączona z kościołem wąskim przejściem, to już zupełnie inna bajka. Wybudowana pierwotnie około 326 roku, później wielokrotnie rozbudowywana, niszczona i odbudowywana, stanowi najstarszą świątynię biskupią w Niemczech i jest siedzibą relikwii Szat Chrystusa. Masywna budowla pełna kamiennych łuków i z natłokiem pięknych rzeźb, z ołtarzami bocznymi, z których każdy robi niesamowite wrażenie, to jest coś, co można by wymienić na trzeźwo spokojnie w zamian za setkę albo i dwie setki potwornych nowoczesnych kościołów, które szpecą polski krajobraz. 

Godne uwagi są też ogrody na tyłach kościoła, z cmentarzem pośrodku, przepięknymi murami i wieżami w tle oraz obejściem takiego typu, że fabuła niejednego filmu się rozwijała w takim miejscu. Tutaj warto wejść, aby odpocząć od zgiełku miasta.


Jeśli ktoś zaś ma ochotę na odpoczynek innego rodzaju, to na ryneczku przed katedrą przy rzędzie klombów, w sąsiedztwie pięknych, starych, odnowionych budynków, można w okresie letnim brać udział w „miejskiej czytelni”, w ramach której rozstawione są duże poduchy i skrzynki z książkami. Kto chce, może skorzystać. Pewien bezdomny skorzystał, chyba przeczytał za dużo i zasnął na takiej poduszce. Wcale mu się nie dziwię. 


Główny rynek
jest zaraz obok. Gabarytowo niezbyt imponujący, za to pełen pięknych starych domostw, choć zgodnie z duchem czasu okupowanych na parterze przez McDonaldy i inne kebaby.


Czas było się zwijać, ale zostały jeszcze odwiedziny w wyszynku browaru Zum Petrusbräu. Łososiowe wnętrze gospody nie zachwyca, ale za to podłużny ogródek piwny na żwirze, z drzewami dającymi cień, na uboczu starego miasta, odgrodzony od zewnątrz wysokim płotem, z dużym stanowiskiem barowym z siedmioma kranami oraz stanowiskiem grillowym, to fajne miejsce na chill out. 


Pale Ale
karmelowy, kwiatowy, chlebowy, w sumie dość słodowy i trochę ziemisty. Angielska wariacja, ok (6/10). Orange Ale to ponownie słody i kwiaty, ciut pomarańczy w formie karmelizowanej skórki, wyraźne ciasteczka, trochę kartonu, nie do końca świeże (5,5/10). Pilsauslese mógł wyjść świetnie, wszak to pils chmielony na zimno Hallertau Blanc. Problem w tym, że wyszedł jak lekko podrasowany eurolager. Białe grono, sok z grona, nutki rieslinga i jasna słodowość. Ale to ostatnia jest odczuwalna najbardziej, gronowe i pochodne klimaty są bardzo słabe, tak jak i goryczka (4/10).


Co innego klasyka. Pity już nad Mozelą z gwinta Pils jest pełnawy i słodkawy, ale kontrowany mocną goryczką, przywalony chlebem i ziołami, przyprószony lekkim cytrusem. Bdb (7/10). Weizen to cytrusowość, trochę piwnicy, trochę goździka i pieprzności, bardzo rześki. Mimo braku wyraźniejszych nut estrowych wyszedł świetnie (7,5/10).


Czyli chyba zgodnie z koncepcją, browar Kraft przekonał craftem, a browar Piotra klasyką.

Z kolei Trewir jako taki jest z całą pewnością wart zwiedzenia, nie tylko dla rzymskich pozostałości.

Zum Petrusbräu 8732838656912949875

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)