Przegląd amerykańskiego craftu
https://thebeervault.blogspot.com/2018/05/co-sychac-w-usa.html
Raz na jakiś czas warto zwrócić swoją uwagę ku piwom zza Wielkiej Sadzawki, ale nie tylko RIS-om czy kwasom, czy też ogólnie bardzo drogim wyrobom browarów będących obecnie na topie i dominujących na wielkomiejskich panelach naparstkowych, a piwom dobranym z losowych stylów, a za to z renomowanych browarów. Tego typu podejście pociąga za sobą możliwość skosztowania piw, uważanych nierzadko za wyznaczniki w obrębie swoich stylów. Czasami po wypiciu kilku łyków takiego benchmarku człowiek kiwa głową z aprobatą, czasami kręci nią w niedowierzaniu, zawsze jednak przybędzie mu doświadczenia. Poniżej taki amerykański criss-cross, obejmujący piwa z takich browarów, jak Russian River, Three Floyds, Stillwater, Firestone Walker, Oskar Blues, Great Divide, Almanac, Alaskan, Allagash, czy Blackberry Farm.
Double Barrel Ale (alk. 5%) to nie jest piwo BA, natomiast nazwa bierze się z tego, że w browarze Firestone Walker do fermentowania piwa stosuje się lekko zmodyfikowany model burtoński, czyli system kilkudziesięciu połączonych ze sobą drewnianych beczek, przez które przepływa fermentujące piwo. Więc owszem, DBA miał styczność z drewnem, ale w trakcie fermentacji a nie leżakowania. I co ciekawe, drewno w nim czuć – delikatna wanilia objawia się dopiero w smaku, za to suche deski można już wyczuć przez nos, a ledwo zaznaczona taniczność w finiszu dopełnia reszty. Trzonem jest tutaj jednak klasyczny ESB, ze słodowymi, opiekanymi, karmelowymi, subtelnie orzechowymi nutami, które się z rzeczonym drewnem ciekawie komponują. Estry również się przewijają w postaci czerwonych owoców, a koniec końców i delikatną kwiatowość angielskich chmieli można wyczuć. Dobre piwo. Nie jest to absolutnie poziom Fullers ESB, ani nawet Bishop’s Finger, ale jest lepsze od niektórych Marstonsów, które to ponoć fermentują w podobnych warunkach. (6,5/10)
Browar Against The Grain udowadnia we współpracy ze Stillwater Artisanal, że amerykański craftowy lager nie musi smakować prawie identycznie jak APA. #Poundsign (alk. 4%) charakteryzuje się aromatem soczystego cytrusa i ziół, okraszonym delikatnym miodowym akcentem, ma jednak raczej stonowany zapach. W smaku położono nacisk na łagodność, rześkość oraz praktyczny brak goryczki, co sprawia, że piwo w sumie nie różni się wiele od jakiegoś sikacza pokroju Miller’sa. No i niestety, wspomniane miodowe utlenienie przy braku jakiegokolwiek zdecydowania smakowego pozostałych aktorów gry (wśród których swoje miejsce ma również wyczuwalna mimo niskiego ballingu słodowość) staje się dość szybko męczące. Bardzo słabe piwo i jestem niemalże pewny, że w wersji bardzo świeżej jest tylko śladowo lepsze. (3,5/10)
Znacznie lepiej sztuczka wyszła Stillwaterowi w pojedynkę. Yacht (alk. 4,2%), ‘dry hopped session lager’, też nie jest bombą aromatyczną, ale po pierwsze jest utleniony w stopniu minimalnym, po drugie ma lekką goryczkę, ale zawsze jakąś, po trzecie chmielowość i w smaku jest bardziej odczuwalna (nuty pomelo i grejpfruta, delikatny melon), no i jest znacznie bardziej rześki, nie wywołując zarazem wspomnień studenckiego tankowania amerykańskich korposikaczy. To jest dobre piwo, a bez tego delikatnego utlenienia byłoby nawet bardzo dobre. (6,5/10)




Oskar Blues z Kolorado znany jest głównie za sprawą swojego pokazowego RISa Ten Fidy, ale i lekkie piwa tego browaru dają mocno radę, przynajmniej sądząc po Passion Fruit Pinner (alk. 4,9%). Wprawdzie tytułowej marakui jest tutaj trochę mniej niż się spodziewałem (bardziej w (po)smaku niż aromacie), ale intensywny miks nut pomelo, pomarańczy i moreli z herbacianym twistem jest nad wyraz przyjemny. W zasadzie jest to wzorowa session IPA – intensywna aromatycznie i smakowo, raczej oszczędnie goryczkowa, nasycona w górnej granicy mojej tolerancji (ale wskutek tego bardzo rześka), z krótkim finiszem. Przy takim piwie można faktycznie spędzić długą sesję. (7/10)




Recenzje lekkich piw długo po terminie ważności zwykle nie mają sensu. Takie piwa źle się starzeją, stąd i nie można mieć żadnych pretensji, jeśli w szkle wyląduje badziewie. Czy wygrzebana po 3 latach, zapomniana beczka importowanego z USA witbiera może zaskoczyć pozytywnie? A i owszem. Allagash White (alk. 5%) po takim upływie czasu całkowicie się zmienił, ale wcale nie na gorsze. Przyprawowość uleciała w niebyt, a za to pojawiła się silna nuta pulpy brzoskwiniowej, która wespół z moszczem jabłkowym sprawia, że piwo może być traktowane w kategorii owocowej, mimo braku owoców w składzie. Jest rześkie, a nutka miodu funkcjonuje głęboko w tle, dodając jednak kompozycji dodatkowego uroku. (7/10)
Alaskan Smoked Porter (alk. 6,5%) to piwo-instytucja. Jeden z klasyków światowego craftu, potrafi się zmieniać z roku na rok, przy czym rocznik 2012 jest według jednych bardziej udany, a według innych mniej. Porównania do innych roczników nie mam, natomiast zawartość mojej butelki byłoby mi ciężko skrytykować. Już dawno bowiem nie piłem piwa z tak świetnym zapachem. Szlachetne sherry, wiśnie i śliwki w melasie, gorzka czekolada, tytoń i bardzo delikatna – wszak jest to już pięcioletnie piwo – wędzonka. Piwo ma wprawdzie trochę mniej ciała niż się spodziewałem, ale jest za to miękkie, wręcz kremowe. Delikatny kwasek zgrywa się z owocowymi nutami i równoważy delikatną słodycz (wespół z lekką goryczką), natomiast wędzonka przekształca się w smaku niemalże w pełni w tytoń fajkowy, choć w posmaku rządzi jednak wędzona śliwka. Super piwo. (8/10)
Kilka klasycznych pozycji zostało zaliczonych, doświadczenia przybyło, zaś Supplication, Hercules Double IPA oraz Alaskan Smoked Porter to piwa, których renoma nie bierze się znikąd. Najlepszym piwem tego przeglądu w moich oczach jest jednak Brett Belgo IPA z Blackberry Farm, piwo kupione przy okazji, bez żadnej wiedzy na jego temat, ani na dobrą sprawę na temat browaru. Jeśli będzie okazja, to zakupię dalsze piwa z tej stajni, bo wydaje się być bardzo obiecująca.