Loading...

Dawna stolica Niemiec, Saga Nibelungów i kölsch

W Nadrenii na celowniku turystów znajdują się zazwyczaj dwie miejscowości, niezależnie od tego, czy mówimy o turystach januszowych, czy też o piwnych turystach. Jedną jest Düsseldorf, znany ze swoich świetnych altbierów. Drugą jest Kolonia, znana ze swoich świe..., eee, znana ze swoich kölschy. Reszta miejscowości jest zazwyczaj traktowana po macoszemu. Wpisuje się w to również dawna stolica RFN, która popadła przynajmniej częściowo w zapomnienie po przeniesieniu siedziby władz centralnych do Berlina, po zjednoczeniu Niemiec. A Bonn jest miejscowością może niezbyt ładną, ale za to ciekawą.

Położona właściwie po sąsiedzku z Kolonią, po zachodniej, ergo rzymskiej stronie Renu, ma ponad 300 000 mieszkańców, czyli na tyle dużo, żeby się liczyć, a jednocześnie na tyle mało, żeby pozostawać w cieniu swojego dużo większego kolońskiego brata. Ufundowana w I wieku p.n.e. jako rzymska osada, jest jednym z najstarszych miast Niemiec i jednocześnie jest połączona w ciągnący się wzdłuż Renu i Ruhry region metropolitalny, zamieszkany przez całe 11 milionów ludzi. Od 1949 do 1990 roku była stolicą RFN, przez następne 9 lat wprawdzie już nie była stolicą, ale pozostawała siedzibą rządu (sic!), a od 1999 roku wprawdzie już nie jest siedzibą rządu, ale zgodnie z wartym naśladowania decentralizacyjnym podejściem Niemców do administracji, pozostaje główną siedzibą sześciu ministerstw, a także Deutsche Telekom oraz państwowej Poczty Niemieckiej, której sterczący nieopodal brzegu Renu wieżowiec jest najwyższą budowlą całej Nadrenii-Północnej Westfalii.

Kontrastuje ze wspomnianym wieżowcem architektura dawnej dzielnicy rządowej. Owszem, jest ona prostokątna i modernistyczna, ale i niska, a w dodatku poprzetykana połaciami drzew – nawet z pobliskich wzgórz rejon nie sprawia wrażenia, jakby tutaj ongiś kryła się władza jednej z największych gospodarek Świata. Jedynym nieco przytłaczającym miejscem, które minęliśmy w trakcie przejazdu przez tę część miasta, był plac przy siedzibie Telekomu, upstrzony masztami z flagami chyba wszystkich państw świata. Pozytyw – jedyną flagą, którą wiatr pozawijał wokół masztu tak, że była ciężko widoczna, była flaga Arabii Saudyjskiej. Nawet wiatr nie lubi ludobójczych Saudów.

Sam Bonn jest nie dość że położony nad Renem, to na dodatek wśród wzgórz. Na wschód rozciąga się Siedmiogórze, na południe i zachód mniejsze pagórki. Jest zielono. Także pod względem religijnym, wszak Bonn uchodzi za niemiecką twierdzę salafitów, czyli wyznawców wyjątkowo sfanatyzowanego nurtu islamu, których można rozpoznać po długich, jednoczęściowych szatach, obcisłych czapeczkach oraz brodach wyglądających jak przeszczepy z łoniaków.

W samym śródmieściu odniosłem jednak wrażenie, że dominującym elementem napływowym są tutaj Indusi wszelkiej maści. Szisza bary sąsiadowały z punktami usługowymi o nazwach takich jak Diva, Derwisch czy Nirvan, również uroda mijanych mieszkańców była widocznie zdominowana przez rysy oraz karnację z półwyspu indyjskiego. Ciekawe.

Ciekawe, ale i logiczne – element miejscowy wymiera na własne życzenie. Symptomatyczny był widok pary trzydziestoparolatków na rowerach. Do jednego z nich dołączona była przyczepka na dziecko. No fajnie. Tyle że w środku zamiast dziecka znajdował się wielki, włochaty pies. Do którego „rodzice” zwracali się w sposób, w jaki się normalnie zwraca do małego dziecka. Oh well.

Stare miasto z pewnością nie powala z nóg, szczególnie kiedy się już zwiedziło dziesiątki ładnych niemieckich miast. Szarobury rynek otoczony jest prostokątnymi plombami, wskazującymi na to, że śródmieście doznało istotnych bombardowań te kilkadziesiąt lat temu. W natłoku nowoczesnej, ale mało powabnej architektury giną budynki pokroju starego ratuszu, Sternhotelu, czy kamienicy z perfumerią przy Remigiusplatzu. Na tym ostatnim o wiele bardziej w oczy rzuca się sporych rozmiarów skulptura wyglądająca jak roztopione w słońcu, postawione na sztorc Toblerone. Z kolei stojący kilkadziesiąt metrów dalej Pałac Wyborczy prowokuje najwyżej do wzruszenia ramion.

Lepiej chyba od razu udać się na drugą stronę rynku, do baru Balthazar, oferującego crafty. Rzut okiem do środka ukazał co prawda wnętrze wywołujące podobną reakcję co wspomniany Pałac, zaś karta piw była zdominowana przez te mniej atrakcyjne, a za to bardziej znane niemieckie marki craftowe oraz zupełnie nieintrygujące importy pokroju Beavertowna, no ale zawsze lepiej siedzieć przy Beavertownie niż oglądać roztopione Toblerone.

Co do craftu, to należy nadmienić, że byłem w Bonn już kiedyś. Kilka lat temu podjechałem do dawnej stolicy Niemiec specjalnie w celu zakupienia dużej ilości germańskich craftów. To w Bonn bowiem znajduje się bodaj najlepiej wyposażona w crafty Edeka w Niemczech (Edeka Mohr przy odpowiednim zeskalowaniu stanowi odpowiednik bydgoskiego Leclerca kilka lat temu), to w dodatku jest tutaj getrenk jedyny w swoim rodzaju. P&M Getränke to zakurzona, przyciemniona, podłużna buda z osobnym pomieszczeniem przeznaczonym na piwa z browarów tradycyjnych (w którym można było zakupić całą plejadę dobroci od Schönramera czy Waldhausu, w tym absolutnie wyśmienity Edel-Pils z tego drugiego), w której poza niemieckimi craftami można znaleźć również całkiem ciekawe importy. To jak na Niemcy obecnie jest dużo, a te kilka lat temu było bardzo dużo. Wówczas całością zawiadywał uzbrojony w wiekowe binokle, starszej daty subiekt, którego nieskrywana pogarda względem klienta miała w sobie coś teatralnego. Przy kasie porozmawiałem z leciwą Rumunką kupującą jakieś wina z kraju jej pochodzenia. Przy wymienianiu miejsc, które zwiedziłem, mogłem się zatrzymać przy Mara Mureszu, bowiem jej wydłużone „Aaach, Maaara Muuuresz...” uwieńczone szklistym wzrokiem wpatrującym się w niewidzialny punkt w oddali ukazało, do której części tego wspaniałego kraju najbardziej wzdycha.

Tym razem jednak sklepy nie stanowiły celu wizyty, tylko architektura oraz lokale. No i jak już zaznaczyłem – architektonicznie mnie Bonn rozczarował. Położony pośród zielonych wzgórz, po obydwóch brzegach Renu, zrobił na mnie wrażenie miasta bez duszy. Stare budynki zdominowane ilościowo przez powojenne, mało powabne plomby, gdzie nie spojrzeć. Takie wrażenie utrzymywało się w trakcie całego spaceru po starówce. Tu i ówdzie ładna kamienica, przepastny plac Beethovena z żółtawym urzędem pocztowym, ale nic, na czym można by zawiesić oko na dłużej. Na uwagę zasługuje pomnik Beethovena (dla którego Bonn było miastem ojczystym) oraz pnący się w górę na rogu placu kompozytora Bonner Münster. Niestety ogromny kościół został zamknięty w celach renowacyjnych na dwa lata, ale za to nieopodal zidentyfikowałem przykład chrześcijańskiego wandalizmu, a w każdym razie ogromny wysprejowany napis „Jezus Cię kocha” na to by wskazywał. Graficiarze religijnie zaangażowani. Zaraz przy Münsterze mieści się mały placyk z fontanną i kawiarniami. Nad fontanną góruje pomnik mężczyzny, który po pijaku urwał latarnię i straszy nią gęsi, a okoliczne gołębie na to sr**ą. Tak to przynajmniej wygląda okiem laika, bo pomnik nie jest opisany. Kawałek dalej można wstąpić do restauracji należącej do sieciówki Paulanera – z zewnątrz wyglądało to nieźle.

Udaliśmy się w kierunku południowo-wschodnim, w pobliże Hofgarten, czyli ogrodów przy Pałacu, sporych rozmiarów polany zapraszającej na odpoczynek. Ujrzawszy otoczoną drzewami zieleń miałem migawki z podobnymi przestrzeniami śródmiejskimi widzianymi w Anglii oraz Malezji. Obok znajduje się Plac Cesarski, ale na nim miałem już inne skojarzenia. Podłużny, zielony, umojony wiekowymi drzewami dającymi cień gościom kawiarni ciągnących się wzdłuż placu, ale jednak zaniedbany, z osprejowaną budą z rogu, która ongiś mogła stanowić czyjeś atelier, z dużym, niedbale wykoszonym trawnikiem pośrodku. Patrząc wzdłuż osi tego trawnika można jakieś dwa kilometry dalej, na lekkim wzniesieniu ujrzeć pałac Poppelsdorf, który jest jednakże częściowo przesłaniany przez zaniedbane drzewa po drodze, które coraz bardziej niszczą pierwotną koncepcję wizualną wspomnianego, źle wykoszonego trawnika na Placu Cesarskim.


Spragnieni i głodni udaliśmy się do jednego z miejscowych browarów. Brauhaus Bönnsch mieści się u wylotu starego miasta, z widokiem na szkaradny, brutalistyczny budynek Urzędu Komunikacji Drogowej. Duży ruch w ogródku piwnym na deptaku nie przekładał się na wnętrze, w którym siedziały raptem dwie osoby. Swoją drogą, przytulna, wyłożona gustownie drewnem restauracja byłaby dobrym miejscem na spędzenie chłodniejszego wieczoru. Jeśli tylko wówczas nie będą puszczać na głos tego nieznośnego Dżordża Ezry. W umieszczonej na końcu lokalu dwunaczyniowej warzelni tworzone są trzy piwa – kölsch, weizen oraz sezonowe, którym w trakcie naszej wizyty był pils.

Bönnsch Naturtrüb to nawet jak na kölscha jest słabizna – lekko kwaskowy i chlebowy w smaku, minimalnie goryczkowy, smakowo głównie słodowo-drożdżowy z posmakiem świeżo skoszonej trawy. Nie wiem, po co ma podbite ciało, skoro poza orzeźwieniem (którego tutaj brak) i tak człowiek od niego niczego nie oczekuje (4/10). Bönnsch Pils jest z jednej strony wyraziście, trawiasto chmielowy, ale chmielowość z odłsodową chlebowością nie jest zintegrowana, plumka sobie obok, piwo smakuje jak dopiero co zmieszana, niedostatecznie przegryziona mikstura dwóch odrębnych napojów. No i finisz jest bardziej kwaskowo-cierpki niż goryczkowy (4/10). To i tak jeszcze nic – Bönnsch Weizen jest agresywnie fenolowy na styku goździków i bandaży, jest odczuwalnie gęstawy, z subtelnym dodatkiem gałki muszkatołowej i przejrzałych owoców w finiszu. Kwaskowe tak, że aż lekko kwaśne, gęste, dalekie od rześkości. Absolutnie bez sensu (2/10).

Naprawdę szkoda, bo knajpa ma potencjał, zaś patelnia z mięsem z golonki była bardzo smaczna. Piwowar jednak nie potrafi należycie wykorzystać możliwości, jakie daje mu sprzęt, tworząc pospolite łajno. Wobec tego zamiast do Brauhaus Bönnsch można pójść do jakiejś restauracji na jedzenie popite lepszym koncerniakiem, tyle że... no właśnie, jesteśmy w obszarze kolońskim. A kölsch to zazwyczaj syf, szczególnie w postaci Siona czy Gaffela, których reklamy dominują piwną część krajobrazu śródmieścia. Ale, ale – naprzeciwko browaru tajski Miss Siam polewa całkiem strawnego Peters Kölscha. No więc zamiast do Bönnscha lepiej się może wybrać do fast fooda vis a vis.

Na odchodnym odnotowałem jeszcze reklamę Komisji Europejskiej w browarnianym kiblu, co uznałem za udany place-institution pairing i udaliśmy się na południowy zachód od miasta.

Kilka kilometrów dalej bowiem rozciąga się Siedmiogórze, nadreńskie pasmo górskie. W akapie być może nie byłoby tutaj tak ładnie jak jest, albowiem wielowiekowe pozyskiwanie kamienia z tych gór przybrało z czasem charakter rabunkowy, aż w końcu nikt inny jak pruski król wywłaszczył posiadacza najbardziej ikonicznego z tych wzniesień, Drachenfelsu, żeby uratować go przed zniszczeniem. Tyle też a propos powiedzenia, że „są jeszcze sądy w Berlinie”, propagandowo przedstawiającego Prusy jako państwo prawa. No ale my obecnie możemy się cieszyć z rozwoju sytuacji sprzed niemal dwustu lat, bowiem Drachenfels to naprawdę piękne miejsce.

W normalnym wypadku preferuję takie góry, na które mogę wwieźć swoje cztery litery samochodem, tym razem zrobiłem jednak wyjątek. Wprawdzie różnica poziomu rzędu niecałych trzystu metrów to nie jest nic szczególnego, ale od czegoś trzeba zacząć.

W drodze na szczyt mija się zamek Drachenburg, wybudowany pod koniec XIX wieku, który po IIWŚ został rozszabrowany i stał się niszczejącym miejscem schronienia dla okolicznych bezdomnych oraz narkomanów. W pewnym momencie władze nawet chciały wyrazić zgodę na jego zdemolowanie i wybudowanie na jego miejscu biurowca, ale na szczęście do tego nie doszło. Ratunkiem dla zamku było wykupienie go oraz odnowienie przez milionera Paula Spinata. Człowiek jeżdżący złotym Rolls-Roycem i dający „koncerty” muzyki organowej, w trakcie których palcami jeździł po atrapie organów, podczas gdy muzyka leciała z taśmy, to nie jest wprawdzie człowiek, z którym chciałbym się napić piwa, ale spełnił swoją rolę w historii pałacu. Nawiasem mówiąc, jego żona była przekonana aż do śmierci męża o jego wybitnych zdolnościach organisty.

Już na początku ścieżki w górę mija się fachwerkowe domki, w których można spocząć przy szklance Paulanera czy Benediktinera – widok, który wybitnie nie sprzyja dalszej wędrówce, no ale nie ma letko.

Dalej znajduje się zrujnowany folwark z przydomową sekwoją oraz kawałek wyżej bunkier, na którym ktoś markerem po ukraińsku wypisał ważną wiadomość, że mianowicie "Putin to ch*j". W ogóle miałem wrażenie, że większość napotkanych na szlaku ludzi to byli przyjezdni – mijaliśmy sporo Polaków i Jugosłowian, a na górze było pełno Syryjczyków, spośród których dziewczyna z czarnymi włosami i czarnymi oczami, w obcisłych spodniach, była najlepszym widokiem tego dnia.

Ale nie jedynym. Na szczycie Drachenfelsu znajdują się ruiny zamku z XII. wieku. Tutaj ponoć, według Sagi Nibelungów, Zygfryd stoczył walkę ze smokiem. Czyżby serwowanie w restauracji na szczycie akurat piwa Maisel’s Weisse, robionego w Bayreuth, ojczystym mieście Wagnera, nie było przypadkiem? Tego nie wiem. Wiem z kolei, że po złych doświadczeniach w Brauhaus Bönnsch i wdrapaniu się na Drachenfels, ten Maisel naprawdę dobrze wchodził. Tutaj wprawdzie obsługa była totalnie niekumata („Macie piwo pszeniczne?” „No, mamy pszeniczne, ono jest takie dziwne, no nie wiem, jak je opisać.” „Spokojnie, wiem, co to jest. Pytanie dotyczy marki.” „Ach, nie mam pojęcia jaka to marka, jakiś Maldel chyba czy coś.”), ale tak już bywa. Jako rzekłem, piwo mi sporo rzeczy wynagrodziło.

Szczególnie w takiej scenerii. Z jednej strony Siedmiogórze, pejzaż załamujących się wzniesień, gęsto pokrytych pastelową zielenią – miałem migawki z Czarnogóry, w której byłem bodajże całą dekadę temu. Od dwóch lat region ma problemy z populacją kornika drukarza – w celu uratowania reszty lasu corocznie ścina się tysiące świerków, wskutek czego cena drewna świerkowego w okolicy spadła już o jedną trzecią.

Z drugiej strony widok z góry na Ren, dość mocno zabudowany, z wysepkami pośrodku i kursującymi po rzece barkami oraz statkami wycieczkowymi, bardzo popularnymi w Niemczech. Na południu, w oddali, majaczą góry Eiffel, a za nimi belgijskie Ardeny. W stronę północną widać w pierwszym rzędzie Bonn wraz z zieloną byłą dzielnicą rządową, zaś na horyzoncie wystają kominy fabryk oraz wieżowce i wieże Kolonii. Zagłębie przemysłowe w oddali otoczone jest zielenią, więc nie kuje w oczy. Swoją drogą, być może Drachenfels dostał swoją nazwę dlatego, że stąd można obserwować te wszystkie niemieckie smoki w Bonn z góry? Kto wie.

Ostatnim przystankiem wycieczki był browar Ennert Bräu, znajdujący się po wschodniej stronie Renu, przy wejściu na teren parku narodowego. Fajnie, bo przy browarze pachnie lasem, ale niestety wszystkie miejsca wyposażonego w markizy patio były zajęte, wskutek czego musieliśmy spocząć w schludnym, ale mało charakterystycznym wnętrzu lokalu.

Dwunaczyniową, stalową warzelnię rozstawiono nietypowo po przeciwległych kątach baru, a po dostępności deski degustacyjnej z mini craft master one, do której podają grissini do zagrysski wywnioskowałem, że panuje tutaj większy nacisk na jakość piwa niż w Brauhaus Bönnsch.

Lekkie problemy były z obsługą – Polak dawał radę, natomiast dziewczyna prawdopodobnie również z Europy Wschodniej miała pewne trudności komunikacyjne i w końcu managerka zaczęła wszystkich rozstawiać po kątach, bo obsługa nie wyrabiała.

Menu jedzeniowe to steki, podpłomyki, burgery i szparagi, z cenami niezbyt niskimi, a więc typowymi dla tego regionu. Flammkuchen z pulled porkiem był bez zarzutów, zaś piwa były w porządku, szczególnie w porównaniu z poprzednim browarem. Ennert Bräu to świeży, słodowy, chlebowy, marginalnie owocowy, lekko goryczkowy kölsch. W posmaku rządzi chlebowość, a po paru łykach goryczka zaczyna zalegać, ale ja to lubię. W obrębie stylu raczej nie da się uwarzyć niczego lepszego (6,5/10). Beethoven Pils to klimaty ziołowo-cytrusowe. Ciut drożdżowego kwasku, goryczka troszkę mocniejsza niż w kölschu. Nie jest to piwo bardzo intensywne, ale przekonuje jako domknięta kompozycja (6,5/10). Beethoven Bonensis Weizen z kolei był średni. Bardziej bananowy w aromacie, bardziej goździkowy w smaku, kwaskowy, lekki, z mocniej podkreśloną goryczką względem średniej stylowej. Smak zbyt goździkowy, całość za mało intensywna i nie do końca rześka (5/10).

Tak więc najlepszym piwem tego dnia pozostał ten Maisel na Drachenfelsie. Nie tylko ze względu na widoki.

slider 446742390770788302

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)