Loading...

Czeski wiejski industrial, czyli trzy browary i jeden festiwal piwny

Po przekroczeniu polsko-czeskiej granicy przy Cieszynie można się udać do nieodległej Ostrawy albo autostradą albo – jak się nie ma winiety – na przełaj, przez Hawierzów. Nawet wprawne oko może w pierwszej chwili nie zauważyć, że znajduje się w jednym z najbardziej uprzemysłowionych rejonów Czech, a przed wojną Polski. Czechy to wszak kraj bardzo zielony i bardzo górzysty, a mnoga ilość fabryk jest po prostu ukryta przed okiem, widoczna dopiero z bliska bądź jednego z licznych wzniesień.

Jednym z przemysłowych miast jest położona po sąsiedzku z Hawierzowem, przygraniczna, ongiś polska Karwina. Nie jest wprawdzie miastem urokliwym, ale jego stara część daje radę, przynajmniej nocą. Po wypadzie do Wisły postanowiliśmy podjechać i coś zakąsić, ale i wypić.

Wchodząc do Restaurace Baron miałem deja vu, i to tym razem nie zmyślone. Otóż byłem w tym lokalu parę lat wcześniej, tyle że w ogródku. No i piłem wówczas Birella, czyli Radegasta nealko, bo byłem kierowcą. Teraz zaś nie byłem kierowcą, siedziałem wewnątrz i piłem jak najbardziej alko piwa z Pivovaru Baron. Czyli można podsumować, że do czegoś w życiu doszedłem.

Instalacji warzelnych nie było widać, nie wiem nawet czy mieszczą się w tym samym budynku. No ale restauracja uchodzi za browar, więc tak to już zostawmy. Obsługa miła i uczynna, jedzenie dobre. Z piwem było niestety gorzej. Karvinske 11 łączy silny dwuacetyl i słodkie nuty słodowe z wodnistością i praktycznie całkowitym brakiem goryczki. Gdyby nie chlebowe posmaczki, to byłoby w zasadzie niepijalne. Nie ze mną takie numery (3,5/10). Karvinske Polotmave 13 było na szczęście dużo lepsze. Dwuacetyl bardziej stonowany, no i raczej w kierunku toffi niż zjełczałego masła. Lekko podbite ciało niesie ze sobą słodowo drożdżowe klimaty. Nic specjalnego, ale jako akompaniament do obiadu pasuje (5,5/10).

Wobec tego przebywając w Karwinie ma się nie lada dylemat. Albo stołować się mało wyszukanym żarciem i niezłym piwem w Restaurace Ovecka (choć z tym bywa ponoć różnie) albo wybrać słabe względnie średnie piwo, a za to dobre jedzenie w Restaurace Baron.

Lepiej jednak od razu wybrać się do pobliskiego Hawierzowa.

Hawierzów to typowo przemysłowe miasto, wybudowane jako górnicza sypialnia po Drugiej Wojnie Światowej na terenach zamieszkanych wówczas w sporej mierze przez Polaków. Prostokątne bryły, częściowo przyozdobione siermiężnymi płaskorzeźbami, dominują krajobraz tej 70-tysięcznej miejscowości, wybudowanej zgodnie z zasadami socrealizmu. Ludność w założeniach miała zasilać pracą swoich mięśni położone nieopodal kopalnie oraz fabryki. Potencjał przemysłowy regionu jest widoczny chociażby z położonego w górach browaru Kohutka, zarazem jednak jest wkomponowany w pofalowane morze zieleni.

Jadąc w kierunku Hawierzowa od strony Cieszyna mija się po drodze Zalew Cierlicki, pełniący dla miejscowych jak i Cieszynian ponoć rolę akwenu rekreacyjnego. Ciężko mi to pojąć, zważywszy na to, że pół godziny drogi stąd mieści się fantastyczna Poruba, mój ulubiony basen. Otóż jedyną zaletą Zalewu Cierlickiego wydaje się być sam fakt, że jest wypełniony wodą i że z części jego wybrzeża jest widoczna majacząca w oddali Łysa Góra. Poza tym skojarzył mi się ze śląskim zalewem Chechło-Nakło, nad który jeździliśmy kilka lat temu. Ale nawet wyjątkowo paździerzowa infrastruktura Nakła nie może się równać z Zalewem Cierlickim. Wprawdzie niedaleko wybrzeża deweloperka próbuje upudrować otoczenie nowymi domami oraz apartamentowcami, jeden z bonzów sobie nawet postawił hacjendę, w której same piętrzące się gabiony, którymi obudowane jest wzniesienie na której stoi gigantyczny dom, musiały kosztować lekko licząć 200 koła, ale ten zalew to jest, proszę Państwa, bida z nyndzą.

Zachwaszczone wybrzeże, przy którym stoją w różnych miejscach budki osprejowane wyjątkowo szpetnym graffiti (gwoli sprawiedliwości, przyłożyli się do tego polscy kibole), pół-zardzewiałe place zabaw, pola kempingowe, na których część samochodów mieszkalnych mogłaby służyć za rekwizyty do tych hollywoodzkich filmów, w których w takich domicylach mieszkają seryjni mordercy, jakieś stare plakaty koncertów disco sprzed miesięcy, piętrzące się, niewywożone śmieci, publiczne szalety o takim uroku, że człowiekowi momentalnie przechodzi ochota na zrzucenie zbędnego balastu, miejscowe żuliki pijące piwo pod zamkniętą budką z wyblakłym od słońca menu z hamburgerami ze szczura – klimat postapo w sumie. Byłem raz i starczy.

Podbudowani świadomością, że są akweny rekreacyjne jeszcze gorzej zagospodarowane niż te w Polsce, ruszyliśmy dalej w kierunku Hawierzowa.

Miasto ma aż dwa browary restauracyjne. Jeden z nich, Hostinec u Dvoru (restauracja) zawierający w sobie browar jako taki (Slezsky Pivovar), jest położony w sielskiej części miasta, można wręcz rzec na wsi, otoczony pagórkami i całkiem zadbanymi domkami. Topografia robi swoje i oddziela tę ładną część Hawierzowa od tej brzydszej.

Browar zrobił na nas świetne wrażenie. Począwszy od ogromnego, zadaszonego patio, przez obszerny plac zabaw (Czechom często zależy na tym, żeby browar był odwiedzany całymi rodzinami, jest to więc nierzadko spotykane rozwiązanie), aż po doinwestowane wnętrze, wprawdzie częściowo w nowoczesno-weselnym stylu, ale wyłożone ciemnym drewnem w takiej ilości, że jest schludnie i przyjemnie.

Z doświadczenia wiem, że nie jest oczywista sytuacja, w której w czeskim minibrowarze posiłki są na poziomie wykraczający poza zadowalający, toteż strawa mnie wręcz oczarowała. Burger był świetny, a nawet ręcznie ciosane frytki były bardzo dobre – co piszę z perspektywy osoby, która nie lubi frytek.

Główna strawa, czyli piwo, też pozytywnie zaskoczyła, szczególnie na tle w większości średnich, częściowo wręcz kiepskich browarów w tej części Moraw. Zestaw 4x100ml z podstawowej oferty browaru wjechał jako pierwszy i kelnerka musiała się upewnić, czy kolejność piw na desce odpowiada tej w menu, co zrobiła wąchając je. Ktoś inny by się obruszył, ja to uznałem za całkiem zabawne. Bulac to słodowa desitka z przyjemną nutą chmielu żateckiego i lekko podkreśloną goryczką. Delikatna nuta owocowa wygładzana jest miękkim odczuciem w ustach i sesyjnością. Dobre (6,5/10). Piwo o nazwie 12 oferowało to, co desitka, tyle że w większej ilości i bez estrów. Chlebowość, podkreślona chmielowa ziołowość, rasowa goryczka i wzorowa pijalność. I brak diacetylu. Pils referencyjny (7,5/10).

Boruvka była, cóż, borówkowa, a raczej wodnisto-borówkowa. Nie nadmiernie sztuczna, nie słodka. Nijaka, ale pić się dało, o ile może to zostać uznane za komplement (4,5/10). Piwem godnym polecenia było polotmave Hajcman. Nuty orzechowe, toffi, odrobina cappuccino (serio, mimo to polecam) plus żateckie nuty chmielowe i przyjemnie podkreślona goryczka. Bardzo dobre polotmave nie zdarza się często (7/10). Dwa nowofalowe piwa w ofercie wypadły na tym tle trochę gorzej. APA o nazwie Eldorado była cytrusowo-granulatowa, mało intensywna, umiarkowanie gorzka i trochę niedogazowana. Jako piwo stołowe jest w porządku, ale blednie w zestawieniu z klasyczną dwunastką (6/10). IPA Fachman była tak samo granulatowo-cytrusowa, miała z kolei bardziej podkreśloną, miękką goryczkę. Mimo to jednak piwo zamulało, brakowało mu rześkości (5,5/10).

Wizytę w Hostincu u Balona polecam bez dwóch zdań, szczególnie w ramach wycieczki rodzinnej, ale nie tylko. W okolicy jest mnóstwo browarów i sporo z nich ustępuje Slezskemu pod każdym względem.

Jednym z nich jest położony 230 metrów dalej, przy tej samej ulicy (!) Prvni Havirovski Minipivovar. O tym, że mieści się zaraz obok, dowiedziałem się dopiero po wizycie, jako że tym razem droga prowadziła nas szerokim „prospektem” Narodni, flankowanym betonowym brutalizmem ozdobionym tu i ówdzie płaskorzeźbami przedstawiającymi przodowników pracy, przecinającym Hawierzów wpół i łączącym miasto z Ostrawą. Umiejscowienie Pierwszego Minibrowaru Hawierzowa po sąsiedzku ze Śląskim Browarem robi jednak sporą różnicę – prostokątny, otynkowany na pomarańczowy odcień brązu budynek znajduje się z jednej strony bliżej bloków, które wyrastają mu zaraz za tylną ścianą, ale zarazem jest położony wyżej, wskutek czego ma się z tarasu widok na piękne góry na południe od tej po Pradze najbardziej zurbanizowanej części kraju.

Jako rzekłem, bryła budynku wpisuje się w blokową, regularnokształtną estetykę Hawierzowa, acz urządzone w nowoczesny sposób wnętrze bynajmniej nie odpycha. Jasne stoły, ciemne krzesła, kwadratowe kafle, prostokątne, efektowne podwieszenia pod oświetlenie – architekt wnętrz dał upust swojemu przywiązaniu do prostych linii, wskutek czego nie jest przytulnie (i na szczęście nie jest przaśnie), jest za to schludnie bez przekroczenia granicy sterylności. No i z tarasu, jak już napisałem, widać góry, co jest sporym plusem.

Niestety trafiliśmy akurat na transmisję meczu hokeja, co poskutkowało zasłonięciem warzelni przez ekran na rzutnik. Ja rozumiem, że w Czechach hokej jest święty, ale żeby świętszy od piwa?

Tego ostatniego można się było napić w pięciu wariantach, przy czym ochutnavka 5x 100ml to tutaj koszt dziesięciu złotych. Bardzo dobrze, szczególnie że tylko jedno miejscowe piwo mnie przekonało w pełni.

Jedenastka Magdon to piwo fest chlebowe, z wyraźną słodyczą resztkową oraz mniej wyraźną goryczką. Jest nieco wodniste, ale i fajnie pijalne. Niezły pils (6/10). Polotmava trzynastka Maur została zaopatrzona w podkreśloną, przyjemną goryczkę, ale cóż z tego, skoro piwo jest lekko owocowe, lekko zbożowe, nader wszystko jednak diacetylowo-śmietankowe? Słabo (4/10). Piwem, które bez dwóch zdań mogę polecić, jest dwunastka Horka. Piwo jest fest nachmielone, ziołowe, śladowo tytoniowe nuty żatca mocno dominują nad chlebową bazą słodową, zaś mocna goryczka przy tym wszystkim daje słodowi miejsce na dodanie czegoś od siebie w finiszu. Diacetyl słabo uchwytny, na szczęście. Bardzo dobre (7/10).

Dwunastka APA potwierdza niski poziom nowej fali w minibrowarach tej części Czech. Totalna, lizakowa, owocowa landryna, niczym cukierki truskawkowo-morelowe z tytki z szeleszczącej folii. Smak jest mało intensywny, finisz wręcz pusty, niskogoryczkowy. Trochę herbacianych nut, sporo ultenienia. No i po co to wszystko? (3/10) Ostatnim piwem na desce było Velikonocni Zelene. Faktycznie zielone, aczkolwiek gorzkie. Paskudne, ale jako że dostałem je nieplanowo (na karcie widniało tmave, którego jednak już nie było w ofercie), a takich paskudztw nie pijam, to wyjątkowo odstąpię od oceny, radząc tylko grzecznie, żebyście tego łajna kijem nawet nie tykali.

Lepiej wypadło jedzenie, a w każdym razie moje długo pieczone żebro wołowe w sosie pieczeniowo-piwnym, z dodatkiem słodkawych ziemniaków w mundurkach, to jedna z lepszych rzeczy, jakie jadłem w Czechach. Tuczy bo tuczy, ale w jakże przyjemny sposób. I dla jedzenia można tutaj zaglądnąć. Szczególnie że można je popić bardzo dobrym Horkim.

Swoją drogą jest to całkiem zabawne, że w betonowym, industrialnym Hawierzowie obydwa miejscowe browary (trzeci browar, Pivovar Venuse, zamknął swoje podwoje niestety kilka miesięcy temu) nie dość, że są zlokalizowane dwie minuty spacerem od siebie, to na dodatek mieszczą się na ulicy Selskiej, czyli po naszemu Wiejskiej, na terenach faktycznie wiejskich.

Na terenach wiejskich, położonych kilkanaście kilometrów na zachód od Hawierzowa, działa również Starobelsky Pivovar. Południowe przedmieścia Ostrawy, do których można zaliczyć Starą Belę, to takie samo pofałdowane morze zieleni jak tereny naokoło Hawierzowa, tyle że tutaj po urodzie domków jednorodzinnych można wywnioskować, że średni dochód mieszkańców jest nieco większy.

Browar Starobelsky nie jest browarem restauracyjnym. Założony w 2014 roku przez kobietę w miejscu dawnego autosalonu Citroena ma w okolicy za to aż trzy wyszynki, w których można poza firmowym piwem dostać również coś na ząb. Udaliśmy się do Starobelskiej Hospody pewnej niedzieli. Jak się okazało na miejscu – niedzieli odpustowej. Festyn organizowany przy kościele pw. św. Jana Nepomucena oznaczał dla nas spore kłopoty z parkowaniem w tej pagórkowatej wsi, po której chodziły tego dnia tabuny policmajstrów, jak wynika z polskiego doświadczenia wyjątkowo łasych na wlepianie mandatów za każdą możliwą pierdołę. Cała ulica Blanicka była zablokowana dla ruchu kołowego i przepełniona straganami pod tytułem szwarc, mydło i powidło.

Odnotowałem jednak dwie ciekawostki. Po pierwsze, wśród fast foodów było stoisko z wietnamskim żarciem, czego chyba jeszcze nigdzie na tego typu festynach nie uświadczyłem. Po drugie, kupując u Cygana drewniane utensylia kuchenne w charakterze zabawek dla dziecka, zupełnie wbrew stereotypowi to nie ja zostałem ocyganiony. Otóż Cygan wydał mi za dużo pieniędzy. Zwróciłem mu na to uwagę, zmieszał się, ale machnął ręką. Jego stojąca obok żona jednak o mało nie udławiła się kebabem, jak zobaczyła, co jej mąż odstawia. Obawiam się, że na tym tle mogło dojść tego dnia do walenia wałkiem ciasta po męskim łbie i w sumie to mi przykro, jak sobie o tym pomyślę. W każdym razie – stereotyp cygańskiego wyrachowania w tym przypadku nie ziścił się, w przeciwieństwie do stereotypu cygańskiego honoru. Czyli miło.

Celem wycieczki jednak nie był festyn, lecz, jako rzekłem, Starobelska Hospoda. Nie tylko z uwagi na piwa z firmowego browaru, ale i na to, że na terenie ogródka odbywał się w ten weekend minifestiwal piwny pod nazwą Starobelsky Beerfest.

Minifestiwal to adekwatne określenie, wszak sześć różnych stoisk, wliczając w to firmowe, to nie jest dla craftowego festiwalowicza z Polski liczba robiąca wrażenie. Ale to właśnie lokalny, wiejski, swojski charakter tej imprezy mnie w niej urzekł. Sama gospoda to przyciężkawa, randomowa, wyładowana drewnem, typowo czeska jadłodajnia, w której musieliśmy spędzić godzinę, jako że dosłownie w trakcie przekroczenia jej progów rozpętała się nad Starą Belą intensywna burza, wyzwalając wraz z pierwszym grzmotem wrzask Nazguli z tchawic znajdujących się w tym momencie na gigantycznej odpustowej karuzeli dzieci.

Nie wiem, jakie jedzenie dają na miejscu, jako że przez festiwal kuchnia była nieczynna i musiałem wyjść na deszcz po karkówkę z grilla, bardzo smaczną swoją drogą. Wiem za to, że polewany we wnętrzach Starobělský Ležák Nefiltrovaný to pils, któremu absolutnie nic nie brakuje. Poza minimalnym masłowym wtrętem (takim jak w Urquellu mniej więcej) jest to czysty, słodowo-żatcowy pilsik z delikatnym akcentem piwnicy i drożdżowego kwasku oraz podkreśloną, szlachetną goryczką. Polecam bardzo, świetny pils (7,5/10).

Resztę piw spożyłem na zewnątrz. Krajobraz po burzy ukazał sporych rozmiarów ogród z opustoszałymi ławami i sześcioma stoiskami, przy których ze względu na niedawną nawałnicę nie było kolejek. Większość ludzi tłoczyła się pod zadaszoną częścią ogródka mimo że po deszczu wyszło słońce i atmosfera zrobiła się bardzo przyjemna, sprzyjająca konsumpcji. Wskutek tempa narzuconego przez coraz bardziej niespokojnego półroczniaka odbyłem przyspieszoną degustację wyrobów z browarów tego regionu.

Zacząłem od gospodarzy. Fresh IPA ze Starobelskiego była bardzo aromatyczna. Zioła, chleb, cytrusy, delikatna chmielowa owocowość na pograniczu marakui, brzoskwini oraz czerwonych owoców. Na goryczkę chmielu także nie pożałowano, choć można się trochę przyczepić zbyt podkreślonej słodyczy (6,5/10). Lepiej wypadł Cerny Cap, pod względem sensorycznym właściwie koźlak, mimo niedostatecznego ballingu. Karmel, suszone owoce z przewagą śliwki, chleb, lekka słodycz oraz lepkość słodowa w ustach. Bardzo dobre piwo (7/10).

Ledwo kilometr obok swoją restaurację ma browar Žíznivý Dromedár, który również wystawiał się na Beerfeście. Dromedár Ležák 12° to pils przyjemnie lepki słodowo, słodkawy, lekko maślany i piwniczny, nader wszystko jednak fest goryczkowy (7/10). Dromedár Polotmavý Ležák 11° jest z jednej strony słodowy, z wyraźną nuta chlebową oraz tostową, z drugiej fest przychmielony żatcem zarówno na aromat jak i na goryczkę. Bardzo dobre polotmave, do Dromedara trzeba się będzie kiedyś wybrać (7/10).

Z górskiego browaru Kohutka, o którym za niedługo skrobnę więcej, wziąłem piwo ForEST. Mocno chmielowe, mocno gorzkie, ciut piwniczne, z rozczarowująco nieczystym profilem. Na delikatne masełko można było przymknąć oko, ale na wyraźną obecność estrów już nie (4,5/10).

Nową falę reprezentował ostrawski, alternatywny Hoppy Dog. No i muszę powiedzieć, że tak jak mi alternatywna estetyka spod znaku Suicide Girls łamana przez szeroko rozumianą scenę hxc w ogóle nie podchodzi, tak tleniono udredziona, ubrana w skórę czarnooka barmanka hopidoga była naprawdę śliczna. W odróżnieniu od piw, które serwowała. Śliwkowy hefeweizen Red Rabbit łączył klimaty drożdżowo-biszkoptowe z minimalnym goździkiem i tytułowymi śliwkami. Weizen ma być rześki, ten z kolei nieco zamulał, no i był trochę landrynkowy (4,5/10). Mayday, czyli owsiany pale ale z dodatkiem trawy cytrynowej był najbardziej rozczarowująca rzeczą, jaką tego dnia próbowałem wypić. Lekkie piwo, gładkie od owsa, z wyczuwalną trawą cytrynową. Ale – po pierwsze w połowie ust staje się mocno wodniste i nijakie, po drugie w tle pałętała się tutaj szpetna fest, bandażowa infekcja. Do firmowego baru w centrum Ostrawy pewnie się kiedyś wybiorę, ale i będę wiedział, czego unikać (3/10). Będę też wiedział, po co sięgać. Otóż temu craftowcowi najlepiej wyszedł zwykły pils. Lazar 12 jest jednoznacznie zdominowany przez ziołowo zagajający chmiel. Mało czeskie vel mało słodowe podejście do sprawy, ale za to bardzo efektowne, również dzięki subtelnemu piwnicznemu sznytowi oraz z wyczuciem podkreślonej goryczce. Wyrazisty pils z dużą ilością olejków eterycznych od chmielu, a za to z umiarkowaną ilością alfakwasów i minimalną słodowością (7/10).

Starobelsky Beerfest uważam za udany, mimo ekspresowego tempa zwiedzania. Z tego wpisu wyłania się też istotna uwaga – otóż żeby w regionie ostrawskim napić się dobrego lokalnego piwa niekoniecznie warto się trzymać samej Ostrawy, a przynajmniej centrum miasta. W przeciwieństwie do browarów położonych w górach tej części Moraw, to w okolicach Ostrawy można się napić klasowego piwa. Zazwyczaj tym klasowym piwem jest pils, no ale cóż z tego, skoro smaczny?

Zalew Cierlicki 628987282980000536

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)