Loading...

Przegląd amerykańskiego craftu

Raz na jakiś czas warto zwrócić swoją uwagę ku piwom zza Wielkiej Sadzawki, ale nie tylko RIS-om czy kwasom, czy też ogólnie bardzo drogim wyrobom browarów będących obecnie na topie i dominujących na wielkomiejskich panelach naparstkowych, a piwom dobranym z losowych stylów, a za to z renomowanych browarów. Tego typu podejście pociąga za sobą możliwość skosztowania piw, uważanych nierzadko za wyznaczniki w obrębie swoich stylów. Czasami po wypiciu kilku łyków takiego benchmarku człowiek kiwa głową z aprobatą, czasami kręci nią w niedowierzaniu, zawsze jednak przybędzie mu doświadczenia. Poniżej taki amerykański criss-cross, obejmujący piwa z takich browarów, jak Russian River, Three Floyds, Stillwater, Firestone Walker, Oskar Blues, Great Divide, Almanac, Alaskan, Allagash, czy Blackberry Farm.

Double Barrel Ale (alk. 5%) to nie jest piwo BA, natomiast nazwa bierze się z tego, że w browarze Firestone Walker do fermentowania piwa stosuje się lekko zmodyfikowany model burtoński, czyli system kilkudziesięciu połączonych ze sobą drewnianych beczek, przez które przepływa fermentujące piwo. Więc owszem, DBA miał styczność z drewnem, ale w trakcie fermentacji a nie leżakowania. I co ciekawe, drewno w nim czuć – delikatna wanilia objawia się dopiero w smaku, za to suche deski można już wyczuć przez nos, a ledwo zaznaczona taniczność w finiszu dopełnia reszty. Trzonem jest tutaj jednak klasyczny ESB, ze słodowymi, opiekanymi, karmelowymi, subtelnie orzechowymi nutami, które się z rzeczonym drewnem ciekawie komponują. Estry również się przewijają w postaci czerwonych owoców, a koniec końców i delikatną kwiatowość angielskich chmieli można wyczuć. Dobre piwo. Nie jest to absolutnie poziom Fullers ESB, ani nawet Bishop’s Finger, ale jest lepsze od niektórych Marstonsów, które to ponoć fermentują w podobnych warunkach. (6,5/10)

Browar Against The Grain udowadnia we współpracy ze Stillwater Artisanal, że amerykański craftowy lager nie musi smakować prawie identycznie jak APA. #Poundsign (alk. 4%) charakteryzuje się aromatem soczystego cytrusa i ziół, okraszonym delikatnym miodowym akcentem, ma jednak raczej stonowany zapach. W smaku położono nacisk na łagodność, rześkość oraz praktyczny brak goryczki, co sprawia, że piwo w sumie nie różni się wiele od jakiegoś sikacza pokroju Miller’sa. No i niestety, wspomniane miodowe utlenienie przy braku jakiegokolwiek zdecydowania smakowego pozostałych aktorów gry (wśród których swoje miejsce ma również wyczuwalna mimo niskiego ballingu słodowość) staje się dość szybko męczące. Bardzo słabe piwo i jestem niemalże pewny, że w wersji bardzo świeżej jest tylko śladowo lepsze. (3,5/10)

Znacznie lepiej sztuczka wyszła Stillwaterowi w pojedynkę. Yacht (alk. 4,2%), ‘dry hopped session lager’, też nie jest bombą aromatyczną, ale po pierwsze jest utleniony w stopniu minimalnym, po drugie ma lekką goryczkę, ale zawsze jakąś, po trzecie chmielowość i w smaku jest bardziej odczuwalna (nuty pomelo i grejpfruta, delikatny melon), no i jest znacznie bardziej rześki, nie wywołując zarazem wspomnień studenckiego tankowania amerykańskich korposikaczy. To jest dobre piwo, a bez tego delikatnego utlenienia byłoby nawet bardzo dobre. (6,5/10)

No a skoro już jesteśmy przy Stillwaterze, to warto nadmienić o Debutante (alk. 6,4%), biere de garde notowanym w top20 stylu na RateBeer, uwarzonym we współpracy z The Brewer’s Art, instytucją, która dołożyła swoje do popularyzacji belgijskich stylów piwnych w USA. W piwie wylądował między innymi wrzos, wiciokrzew oraz hizop, a rezultat jest wielowymiarowy. Wyobraźcie sobie połączenie miąższu brzoskwini, żółtych śliwek, kwiatów, hibiskusa, delikatnych ziół, landrynki oraz pojawiającego się i znikającego głęboko w tle, obecnego co kilka niuchów, ziemistego funku. To, co intryguje w aromacie, doznaje jednak lekkiego spłaszczenia w smaku, który na odcinku intensywności trochę niedomaga. Pije się to piwo przyjemnie, ale smak nie dotrzymuje obietnic, które daje aromat. (6/10)

Kolejną legendą w tym wpisie jest Supplication (alk. 7,75%) ze stajni Russian River, najlepszy sour red/brown na świecie według RateBeer. Brown ale, beczki po Pinot Noir, wiśnie, bretty, lactobacillus oraz pedicoccus – to brzmi co najmniej zachęcająco. Bardzo kwaśne, winne, dzięki zasypowi wręcz koniakowe piwo. Już w aromacie czuć taninowe ściąganie, jak i skórkowość dodanych wiśni. Owoców jest tutaj sporo, głównie wspomnianych wiśni, ale i białego grona, przechodzącego w wino jako takie. Winna jest też octowość, która jak najbardziej pasuje do bukietu. W smaku dominuje wrażenie białego wina w wersji bardzo wytrawnej, a poza wspomnianymi owocami można również wychwycić nuty niedojrzałych śliwek. Nie zaliczam się do wielkich fanów kwasów, ale to jest taki poziom kompleksowości, że nawet ja jestem pod dużym wrażeniem. (8/10)

Specjalizujący się w piwach kwaśnych amerykański Almanac fermentuje swojego Tropical Platypusa (alk. 6%) w drewnianych beczkach z dodatkiem owoców tropikalnych. Rezultat jest soczyście owocowy, wyczułem mango, zielone nutki kiwi, ananas oraz papaję (tych dwóch ostatnich nie ma w składzie, więc pozostałe składowe złożyły się na takie a nie inne wrażenie). I to wszystko jest kwaskowe oraz zaokrąglone nienachalną brettową nutką. Bardzo fajne piwo. (7/10)

Flying Doga sobie dawno temu odpuściłem. Kiedy go jeszcze piłem, był to jeden z najniżej przeze mnie ocenianych browarów, a poza Gonzo Imperial Porterem oraz Raging Bitch po prawdzie nie kojarzę żadnego dobrego piwa z tego browaru. Bloodline (alk. 7%) wpisuje się w ten trend. Dodatek czerwonej pomarańczy robi tutaj właściwie za resztę składników, poza nią czuć bowiem tylko jeszcze subtelną siarkę. To jest proste jak cep, wodniste, nudne, a przy tym słodkie piwo. Mówiąc wprost, nie widzę sensu w jego istnieniu. (4,5/10)

Oskar Blues z Kolorado znany jest głównie za sprawą swojego pokazowego RISa Ten Fidy, ale i lekkie piwa tego browaru dają mocno radę, przynajmniej sądząc po Passion Fruit Pinner (alk. 4,9%). Wprawdzie tytułowej marakui jest tutaj trochę mniej niż się spodziewałem (bardziej w (po)smaku niż aromacie), ale intensywny miks nut pomelo, pomarańczy i moreli z herbacianym twistem jest nad wyraz przyjemny. W zasadzie jest to wzorowa session IPA – intensywna aromatycznie i smakowo, raczej oszczędnie goryczkowa, nasycona w górnej granicy mojej tolerancji (ale wskutek tego bardzo rześka), z krótkim finiszem. Przy takim piwie można faktycznie spędzić długą sesję. (7/10)

Fajnie jest mieć możliwość przetestowania klasyki danego gatunku. Alpha King, APA od Three Floyds (alk. 6,5%) to faktycznie bardzo dobre piwo. Niespodziewanie słodowe, ciasteczkowe, trochę karmelowe, z cytrusowym oraz ziołowo-leśnym nachmieleniem i wytrawnym, ziołowym finiszem. Nie uważam absolutnie, żeby to były wyżyny gatunku, ale jest to uczciwy amerykański pejl ejl, którego woltaż potrafi oszukać zmysły – piwo smakuje bowiem lżej. (7/10)

Pamiętam, jak w roku 2011 Hercules Double IPA (alk. 10%) z browaru Great Divide był w Polsce obok Amarillo z De Molenu stawiany za wzór stylu. Nie było mi go wtedy dane skosztować, a chwilę później piwa z Great Divide (oprócz Herculesa był to RIS Yeti) zniknęły z Polski na dobre. Aż do tego roku, kiedy to udało mi się wyhaczyć Herculesa z kija. No i cóż – to jest faktycznie piwo pokazowe w inkryminowanym stylu. Cytrusy, ananas, żywica, herbata – jest klasycznie nowofalowo i bardzo intensywnie. Piwo jest słodkie, ale i goryczka jest potężna, a przy tym piwo jest nadzwyczaj gładkie. Taki likier chmielowy z solidną bazą słodową, który przypomina mi moje pierwsze zetknięcia z imperialnymi ipami. Super. (8/10)

Nie obniżamy poziomu – Brett Belgo IPA (alk. 6,3%) z Blackberry Farm ze stanu Tennessee to jest piwo w moich oczach pokazowe. Bretty mają w nim zarówno końsko-skórzany, jak i owocowy charakter, jest więc również agrest, trochę białego grona, a na dodatek trochę odchmielowych brzoskwiń, trochę cytrusów oraz winnych nutek. To jest złożony, świetnie zintegrowany bukiet. Smak w ten sam sposób nie jest totalnie zawłaszczony przez bretty, jest owocowo-chmielowy i rześki, choć lekka goryczka raczej nie uzasadnia członu ‘IPA’ w nazwie. Intensywne, bogate smakowo piwo. Super. (8/10)

Shipyard to browar ze stanu Maine, który jednak część swoich piw warzy kontraktowo w angielskim Marston's, co zapewne spowodowało możliwość zakupienia Rye Pale Ale (alk. 4,3%) w rumuńskim Auchanie. W aromacie miało być tropikalnie, a zamiast tego jest pikantnie, karmelowo, herbaciano, cytrusowo i anyżowo. Czyli nie tak źle. Szkopuł w tym, że smak jest wodnisty, a pustkę wypełnia oleistość żyta, co jest zabiegiem tanim, oklepanym i nudnym, a zarazem usuwającym z równania jakąkolwiek rześkość, ostatni czynnik, który mógłby uzasadnić istnienie tego wywaru. (4/10)

Recenzje lekkich piw długo po terminie ważności zwykle nie mają sensu. Takie piwa źle się starzeją, stąd i nie można mieć żadnych pretensji, jeśli w szkle wyląduje badziewie. Czy wygrzebana po 3 latach, zapomniana beczka importowanego z USA witbiera może zaskoczyć pozytywnie? A i owszem. Allagash White (alk. 5%) po takim upływie czasu całkowicie się zmienił, ale wcale nie na gorsze. Przyprawowość uleciała w niebyt, a za to pojawiła się silna nuta pulpy brzoskwiniowej, która wespół z moszczem jabłkowym sprawia, że piwo może być traktowane w kategorii owocowej, mimo braku owoców w składzie. Jest rześkie, a nutka miodu funkcjonuje głęboko w tle, dodając jednak kompozycji dodatkowego uroku. (7/10)

Alaskan Smoked Porter (alk. 6,5%) to piwo-instytucja. Jeden z klasyków światowego craftu, potrafi się zmieniać z roku na rok, przy czym rocznik 2012 jest według jednych bardziej udany, a według innych mniej. Porównania do innych roczników nie mam, natomiast zawartość mojej butelki byłoby mi ciężko skrytykować. Już dawno bowiem nie piłem piwa z tak świetnym zapachem. Szlachetne sherry, wiśnie i śliwki w melasie, gorzka czekolada, tytoń i bardzo delikatna – wszak jest to już pięcioletnie piwo – wędzonka. Piwo ma wprawdzie trochę mniej ciała niż się spodziewałem, ale jest za to miękkie, wręcz kremowe. Delikatny kwasek zgrywa się z owocowymi nutami i równoważy delikatną słodycz (wespół z lekką goryczką), natomiast wędzonka przekształca się w smaku niemalże w pełni w tytoń fajkowy, choć w posmaku rządzi jednak wędzona śliwka. Super piwo. (8/10)

Kilka klasycznych pozycji zostało zaliczonych, doświadczenia przybyło, zaś Supplication, Hercules Double IPA oraz Alaskan Smoked Porter to piwa, których renoma nie bierze się znikąd. Najlepszym piwem tego przeglądu w moich oczach jest jednak Brett Belgo IPA z Blackberry Farm, piwo kupione przy okazji, bez żadnej wiedzy na jego temat, ani na dobrą sprawę na temat browaru. Jeśli będzie okazja, to zakupię dalsze piwa z tej stajni, bo wydaje się być bardzo obiecująca.

slider 5058356369133136813

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)