Loading...

Sześciopak polskiego craftu 200-203


Ponad połowa piw w tym przeglądzie jest z kranu i w tym kierunku się sprawy zapewne będą rozwijać, jako że starania nad ujarzmieniem mięśnia piwnego zakładają mocne ograniczenie spożycia w domowych pieleszach, co sobie rzecz jasna odbijam w ramach rzadszych, ale za to owocnych wyjść na tak zwane miasto.


Z reguły bardzo się cieszę, kiedy jakiś browar bierze się za ambitny, mało popularny styl, jakim jest weizenbock. Nawet się cieszę, jeśli końcowy kształt piwa niekoniecznie jest najwyższych lotów. Ale takiej masakracji stylu, jakiej dokonali Funky Fluid w formie piwa Autumn (ekstr. 18%, alk. 7,8%) to naprawdę nie mam jak przyklasnąć. Brunatna, błotnista ciecz wylewająca się ze szkła nie zwiastuje niczego dobrego i faktycznie – w zapachu jest źle, choć jeszcze nie fatalnie. Osobliwie, dominują nuty koźlakowe – dużo pieczywa razowego i karmelu, trochę suszonych owoców. Oddrożdżowe nuty są obecne w formie goździka oraz karmelizowanego banana (bardziej karmelizowanego niż banana), natomiast wszystko gra obok siebie, nic się do siebie nie klei. Jak puzzle rozrzucone na podłodze. Nie ma harmonii. W ustach jest nieco zawiesiste, pikantne i już nawet nie oddrożdżowe, co drożdżowe sensu stricto. Obrazowo smakuje jak drożdżowy zakalec. Z goździkiem. Brakuje tutaj jakiejkolwiek finezji, piwo robi wrażenie płynu z wiadra, do którego wciepano losowo drożdże oraz słody, choć rzecz jasna w ten sposób piwo nie powstaje, tyle że to tutaj właśnie tak smakuje. Jedna wielka dysharmonia – lubię takowe w muzyce (np. Sentinels), ale nie w żywności. Tak więc mamy piwo o nazwie Jesień, błotniste i rozbryzgane wewnętrznie. Przynajmniej ciężko narzekać na brak korelacji nazwy z zawartością. (3/10)


Piąte piwo z serii Owocowe Czwartki od Artezana to Łapu Capu vel tart grapefruit ale (ekstr. 16,5%, alk. 7%). Koncepcja owocowych czwartków od razu wywołuje skojarzenia z pracą korpo. A praca w korpo z bezbarwnością, wtłoczeniem w sztywne ramy wielkiej machiny. Z byciem z trybikiem w układzie, który sam w sobie jest nic nie znaczącym pyłkiem. No i właśnie to piwo takie jest – niby trochę grejpfruta w nim czuć, trochę też puszkowanej ryby w oleju (sic!), ale przede wszystkim czuć przejmującą pustkę istnienia, która zjada duszę i po przetrawieniu wypluwa z siebie skorupę bez treści. Być może to piwo jakąś tam treść przed rozlewem miało, natomiast po znalezieniu przeze mnie w promce u niemieckiego ciemiężcy przypomina bardziej znalezisko pt. skóra węża po linieniu. Treści nie ma żadnej, smakuje jak mocno rozwodnione shandy z niedopasowanym, względnie mało wątłym ciałem, jest doskonale zbyteczne i tylko dzięki temu, że nie jest przesłodzone (acz słodkawe to jest) wypiłem go całą jedną czwartą. Szkoda wątroby, szczególnie przy tak niezrozumiale wysokich parametrach. (2,5/10)



Kupaż roczników 2018 i 2019 leżakowany dodatkowo na wiórach dębowych – taka historia stoi za Porterem Warmińskim Oak Wood (ekstr. 21%, alk. 9%) od Kormorana. Od czasu kiedy piłem pierwszy raz Beer Geek Breakfast (to będzie już prawie dekadę temu) nie miałem w swoich rękach butelki z piwem, w której znajdowałoby się tyle zwartych glutów. Ediego Niefiltrowanego nie liczę, bo jest poza wszelką konkurencją. W każdym razie miarowe plum, plum w trakcie nalewania nie nastroiło mnie entuzjastycznie do degustacji. Samo piwo wyszło nie tak źle, ale i poniżej oczekiwań. Nuty częściowo spalonej, przywartej do dna garnka śliwki, karmelu i czekolady zaokrąglone są mało subtelnym rodzajem wanilinowej dębiny, co oznacza, że mamy do czynienia z efektem lizania parkietu. Głębia piwa jest niska, ciała za bardzo nie ma, zasadniczo jest nuda. Tyle dobrze, że było tanie. (4,5/10)


Pintowa
seria Hazy Discovery dotychczas obyła się bez wtopy, ale przyszła kryska na matyska. Znaczy się, po mojemu to po prostu dobrano nieodpowiedniego kooperanta, a w każdym razie pozwolono mu na kluczowym odcinku goryczki na zbyt wiele. Walijski browar Deya, bo o nim tu mowa, mam w pamięci jako producenta wyjątkowo bezpłciowych, bezgoryczkowych ipek, no i w tym kierunku niestety poszło Hazy Discovery Croctown (alk. 6%). Pijąc je, nie wiedziałem nic o składzie, ale nelsonowy agrest z dieslem jest wyczuwalny od razu. Wbrew oczekiwaniom jednak mimo tych ostrawych nutek piwo wypada zupełnie nieporywająco – raz, że mdłe melonowe i kwiatowe nuty stępiają bukiet, dwa, że goryczka jest taka, jak w typowych piwach Deyi. Czyli żadna. Technicznie nie ma się tutaj do czego przyczepić, jako że i faktura jest przyjemnie miękka, ale to nie jest mój styl ipek. (4,5/10)


Jednym z fajniejszych niecodziennych połączeń piwa z warzywami są gose z pomidorami. Trend popularny na Ukrainie, w Polsce doczekał się adaptacji przez chorzowski browar Reden. Gose z Pomidorami i Bazylią vel Keczapulko (alk. 5%) nosi piętno ciężkiej ręki, którą dodano tytułową przyprawę – całość pachnie jak sałatka caprese dosłownie pokryta (suszonym) bazyliowym zielskiem. W smaku dochodzą do tego nuty pomidorówki, całość jest lekko kwaskowa, ale i lekko słona, a niestety słone gose to w dzisiejszych czasach wcale nie jest oczywistość. A powinna być. Reasumując – w kategorii polskich piw na klina jest to obok Gąski Beerbinki od Piwowarowni opcja numer jeden. Ciężko mi wystawić ocenę, bo jest to mało piwny, ale za to zdecydowanie warty spróbowania napitek. (6,5/10)


Pozostaję przy swoim mniemaniu, że przeskalowanie piwa rzadko kiedy wychodzi mu na dobre. Molo od Czterech Ścian (ekstr. 18%, alk. 7,5%) ma potencjał – dużo soczystego grejpfruta i pomelo, soczystość, gładką część główną, no nawet mocno umiarkowaną goryczkę bym przepuścił bez marudzenia. Niemniej jednak na przeszkodzie jednoznacznie pozytywnej ocenie stoi alkoholowa, acz i trochę estrowa szorstkość tej double ipki. Było zrobić dwa procent słabsze piwo; myślę, że efekt byłby bardziej przekonujący. (6/10)


Problem z wykorzystaniem pełni potencjału miał też Port Double Oak Aged od Czterech Ścian (alk. 10%). Drewna w tym porterze bałtyckim jest co niemiara i jest to skondensowany zapach bednarni, bez wybijających się naleciałości laktonów dębowych czy waniliny. Do tego podstawa, czyli trochę śliwki i minimalnie czekolada. Drewno zdominowało to piwo, no i pojawiły się nie do końca pewnie zamierzone nutki pokrewne kiszonym ogórkom. Jest nieźle, ale jako rzekłem – można to było zrobić lepiej. (6/10)


Świetną rzecz wyciosała Nieczajna. Klasyczny Imperial Stout (alk. 10,7%) jest klasyczny. W pełni. Nie ma tutaj żadnych naleciałości pastry, nie ma przesadzonej słodyczy, nie ma nawet drewna. Jest gorzka czekolada, paloność, mocno spieczone pieczywo, trochę wanilii oraz nuty pokrewne czereśniom. Do tego leciutka słodycz oraz podkreślona gorycz w kawowym finiszu. Piękny old school, proszę państwa, nic tylko brać i pić! (7,5/10)


Cieszyłem się na Micro Stout od Przetwórni Chmielu (alk. 3,5%). Obawiałem się zarazem, że browar nie stanął na wysokości zadania, bo przy takim stylu oraz niskim woltażu wiadomo, że benchmarkiem, z którym będzie się musiał mierzyć, jest koncernowy Guinness. No i przy całej mojej pogardzie dla koncernów, Przetwórnia tutaj wyraźnie chybiła cel. Smakuje to niczym zalana ponownie po jakimś czasie fusiasta kawa. Jest lekki kwasek, wodnistość, ale i po dobrej stronie rzeczy gładkość piwa lanego z pompy. Rezultat da się wypić, owszem, ale jest o piwo typowo użytkowe, bez walorów estetycznych. (4,5/10)


Od jakiegoś czasu Pinty Miesiąca wyjątkowo konsekwentnie dostarczają wysoką jakość. Truck From Idaho7 (alk. 6%) to cold IPA napakowana tytułowym chmielem. Pachnie jak sałatka z przejrzałych owoców tropikalnych, jest trochę grejpfruta i pomelo oraz śladowo ananas. Goryczkę podkreślono, co tylko sprzyja pijalności. Proste piwo, które bardzo szybko wchodzi. Satysfakcjonujące. (7/10)


Dobrej passy nie zamierza przerywać kolektyw Tankbusters. Save Ya Breath (ekstr. 15%, alk. 6%) to kolejna bardzo udana ipka. Wprawdzie mocno tendencyjna, bo nie wiedząc niczego na temat składu, ciężko nie wyczuć, że ktoś tutaj dosypał chmielu Sabro szuflami, ale udało się to zrobić bez wytworzenia natrętnych nut kopru. Jest to kremowo kokosowa ipka, w której mandarynka przewija się w tle, nuty ananasa z kolei dopełniają całości, przekierowując skojarzenia w stronę pina colady. Goryczkę utrzymano w ryzach, ale jednak zaznacza ona swoją obecność. Gładkie, kremowe, pijalne – oba kciuki w górę. (7/10)


Piwa z dużych butelek z browaru Cztery Ściany są dobrym wyborem na piwa o letnim, słonecznym profilu, które zarazem jednak są dość konkretne. Cykada (alk. 6%) to imperialne gose z owocami. Oraz laktozą, co jednak wybaczam, bo posłużyła tylko dla lekkiego zbalansowania lactobacillusa oraz kwaśnych dodatków owocowych. Wśród tych ostatnich w aromacie prym wiedzie marakuja, ale w smaku robi się już wyraźnie czerwono-owocowo za sprawą truskawki oraz maliny. Sól delikatnie daje o sobie znać w finiszu, a całość jest, jako rzekłem – soczyście owocowa, ale i zarazem konkretna w smaku. Bdb. (7/10)


Funky Fluid
polaryzują nie tylko scenę piwną, ale i mnie. Wewnętrznie. Albo totalne łajno jak weizenbock powyżej, albo cymesik, jak Multiverse Of Darkness (alk. 6,3%). Wprawdzie ten deklaratywny FES aż taki tęgi nie jest i w moim odczuciu słowa „foreign export” nie do końca trafnie opisują tego stouta, ale jest to stout bardzo dobry. Lekko kwaskowe, mocno czekoladowe piwo z raczej pomijalną rolą wanilii (która widnieje wśród dodatków), palone, pijalne, w miarę tęgie, no ale właśnie nie jak FES. Swoją drogą, wśród dodatków widnieje również czekolada, z tym że w piwie smakuje zupełnie odsłodowo. Co może oznaczać, że po prostu nie przeszarżowano z dodatkami. Albo fiołkami. I dobrze. To jest bardzo smaczne, klasycznie wyspiarskie piwo. (7/10)


Lubrow
to sympatyczne chłopaki, wciąż jednak moim zdaniem wielu ich piwom jeszcze czegoś brakuje. West Coast Highway (alk. 7%) łączy cytrusy oraz żywicę z gumą Turbo, oraz sporą dawką nut melonowych. Czyli z jednej strony mogło to być proste piwo z nieźle podkreśloną goryczką, ale wspomniany melon niepotrzebnie je kastruje w zakresie bukietu. Jest okej, ale jak już napisałem – nie do końca jest to coś, co mógłbym bez rezerwy polecić. (6/10)


Czasami wlewam w usta konkretne piwo, przełykam je i w moim umyśle pojawia się totalna pustka. Summer Trip 22 od Palatum (ekstr. 15,5%, alk. 6,5%) to tego typu piwo. Niby hazy IPA, ale zdominowana przez nuty antonówki oraz kwiatów, lekko tylko wchodząca w rejony cytrusów oraz żółtych owoców. Profil z mojego punktu widzenia dyskusyjny, dość mdły, a sprawie nie pomaga wyrugowanie goryczki w sporej mierze poza nawias. Mogę to skwitować jedynie wzruszeniem ramion. (5/10)


Jedną z wielu kompletnie niepotrzebnych na rynku ipek okazały się Dziki Na Zachód z browaru Przełom (alk. 6%). Ta nominalnie midwest IPA jest kompletnie niewyraźna w aromacie oraz w smaku, herbaciana, trochę ziołowa, z niemalże doskonale pustym finiszem, w którym brakuje goryczki oraz smaku jako takiego. Pochwalić mogę za wyraźne nuty kwiatu bzu, ale to nie wystarcza, żeby uczynić to piwo czegokolwiek wartym. A szkoda. (4/10)


Dziki barley wine leżakowany w beczce po bourbonie? Niekoniecznie jest to coś, co wybrałbym w pierwszym rzucie ze sklepowej półki, niemniej jednak browarowi Maryensztadt udało się stworzyć takie coś w formie nad wyraz zadowalającej. Wild And Funky Everyday Wild Barley Wine Bourbon BA (ekstr. 26%, alk. 13,4%) to z jednej strony karmel, figi oraz pumpernikiel przechodzący w korzenny piernik; z drugiej są tutaj nuty czerwonego wina oraz owocu granatu. W ustach jest gęste i likierowe, przez co przebija się kwasek, wbijając się w język oraz podniebienie ostrymi strzałkami. Bardzo ciekawe piwo, zaokrąglone waniliowo-bourbonową kremowością. (7/10)


Jak nie robić ciężkich piw, to udanie zademonstrował browar Za Miastem. Z jednej strony porter bałtycki Siła Woli (ekstr. 22%, alk. 10%). Ciemniejsza odsłona stylu, wyraźnie palona. Ciemna czekolada ze śliwkami, karmel. Aromat fajny, nie powiem. W smaku jednak wyszło zbyt kwaskowe, zbyt cienkie, minimalnie słodkie, co sprawiło, że kwaśność narzucała się jeszcze bardziej. Kawowy, palony, gorzkawy finisz wyszedł ciekawie, ale nie uratował całości. (4/10)


Z drugiej strony imperialny stout Siła Spokoju (ekstr. 22%, alk. 10%). Tutaj również określenie piwa mianem lekko kwaskowego byłoby eufemizmem. Wątłe ciało, estry (ciemne owoce, trochę czerwonych) przesłaniające, czy wręcz tłumiące słodowość, w tle ciut nutek palonych. Kwaskowe, cienkie, jednowymiarowe. Bardzo słabe. (3,5/10)


Na pytanie o najlepsze grodziskie tego sezonu miałbym kłopot, czy optować za wersją Trzech Kumpli z dodatkami, czy też za Grodziskim z Gruszką z Browaru Grodzisk (ekstr. 7,7%, alk. 3,1%). To ostatnie, uwarzone według receptury Mateusza Wosia oraz Łukasza Szewczyka, to kapitalne, lekkie, a zarazem wystarczająco intensywne piwo. Pszenicznie-puszyste z ulotnym ciałem, łączy ogniskowo-oscypkową wędzonkę z dymieniem świąteczno-gruszkowym. Finisz ciut słodkawy, trochę goryczkowy. Super rześkie, świetne piwo. Wychyliłem jesienią w Absurdalnej niejedną szklankę. (7,5/10)


Nieco cięższym grodziszem jest Fafik od Artezana (ekstr. 10%, alk. 4%). Cięższym, nie aż tak udanym, ale wciąż bardzo dobrym. Łączy oscypka wędzonego na żywym ogniu z lekką cytrusowością. Nieco mniej puszysty od konkurencji powyżej, ale i mniej słodki od konkurencji poniżej, wchodzi gładziutko i czyni mnie kontent. (7/10)


A ta konkurencja poniżej to All Beers Matter W Stylu Grodziskie od Brokreacji (ekstr. 10%, alk. 4,1%). Parametrami mocno zbliżony do Fafika. Mój problem z nim tyczy się jego słodyczy oraz cielistości, które w moim odczuciu jednak są zbyt mocno zaznaczone. Zarazem jest to jedno z tych piw, które wonią atmosferą bacówki po przekroczeniu jej progów, więc źle też nie jest. Podkreślić trzeba, że goryczka jest również wyraźna jak na styl, tak więc jest to grodzisz, którego jest po prostu więcej na każdym odcinku. W porządku, ale wolę jednak bardziej klasyczne adaptacje. (6/10)

Wyciosanie berliner weisse z owocami to niby nic wielkiego, a jednak Pincie w ramach serii Pinta Classics zabrakło dbałości o efekt. Berliner Weisse Kirsche (ekstr. 8%, alk. 3%; zdjęcie zaginęło) nie okazał się wiśniowym jogurtem w postaci piwnej, którego oczekiwałem. Całość zalatuje raczej odstanym wiśniowym kompotem, niezbyt kwaśnym i ze słabo wyczuwalnymi nutkami lacto. Randomowe, niezbyt rześkie piwo do szybkiego zapomnienia. (4,5/10)


Co innego Farmhouse IPA od Pinty (ekstr. 15%, alk. 6%) – tutaj wszystko wyszło po mojej myśli. Chmiele poszły głównie na goryczkę, wskutek czego piwo ma naturę bardziej farmhousową niż ipkową, z bukietem ukształtowanym w głównej mierze przez pracę drożdży. Pomijając grejpfrut, jest to dość wytrawne i dość gorzkie połączenie jasnego grona i moreli z ziemistymi oraz korzennymi nutami. Efektywny oraz efektowny wywar. Oba kciuki do góry. (7/10)

Sporo piw powyżej wolałbym zapomnieć, ale dziewięć reprezentowało bardzo wysoki poziom, co cieszy. Zwycięzcami przeglądu zostały RIS z Nieczajnej oraz Grodziskie z Gruszką.

slider 4554543853883318116

Prześlij komentarz

  1. Grodziskie z gruszka jest super
    Fafik tez

    Ale odnosnie mareystadtu tego barleywine. Albo sie ono Tobie jakos ulozyli bo ja pilem gdzies w okolicy Wielkanocy no i wtedy bylo slodko nijakie.. karmel karmel karmel, beczki prawie brak, funky- brak- sam mix slodkich smakow bez jakiekolwiek kontry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie było fajnie zbalansowane kwaskiem, ale ja je piłem późną jesienią - być może drożdże w międzyczasie poharcowały.

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)