Po szychcie u Tragarza w Rybniku
https://thebeervault.blogspot.com/2013/09/po-szychcie-u-tragarza-w-rybniku.html
U nos na Ślonsku kiedy grubiorz skończy fedrować, to po szychcie zwykle idzie do szynku na piwo zanim pójdzie dalej do doma, do baby na obiod. A jak z babom je powadzony to i na obiod z szynku nie dotre prydko do dom.
Nowo otwarty browar Tragarz w podrybnickich Boguszowicach to miejsce w takim właśnie klimacie. Przynajmniej jeśli chodzi o umiejscowienie. Z dala od centrum Rybnika, za to u podnóża kopalni węgla kamiennego Jankowice. Między ceglanymi familokami oraz naprzeciwko hali widowiskowo-sportowej. Brzmi całkiem klimatycznie. Tymczasem na miejscu okazuje się że lokal niezupełnie zgadza się z tym co ludzie z Polski zapewne mniemają o podkopalnianych restauracjach.
Przy drodze, jako drogowskaz ustawiona jest wielka drewniana beczka, zza której wystaje elegancki podłużny budynek mieszczący w sobie Tragarza. Wnętrze jest bardzo miłe oraz w pewien dziwny sposób harmonijne. Dziwny dlatego, że wystrój to kolaż elementów ludowych, antyków oraz wstawek nowoczesnych. A mimo to w wymiarze estetycznym panuje zgoda. Budynek jest podłużny ze skośnym dachem, ściany ceglane zaś ozdobione starymi zdjęciami w ramkach. Po rogach są rozstawione szykowne gabloty, meble są drewniane ale bynajmniej nie grubo ciosane (czyli dość nowoczesne), posadzka zaś jest ułożona ciemnymi kafelkami.
Obok wysokiego baru jest umiejscowiona na widoku zgrabnie wkomponowana w otoczenie, imponująca warzelnia, nad którą czuwa piwowar Marcin Łękawski, członek Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych. Pośrodku restauracji dla odmiany można sobie siąść na prostokątnych meblach z obiciem ze skóry, rodem z jakiejś loży w modnym klubie. I nic się tutaj nie gryzie, choć sam nie wiem czemu. Miejsce jest dość obszerne, ale jak się siądzie, to jednak przytulne. A to nie koniec kontrastów. Przechodząc przez tylne wyjście wchodzi się do dużego, zielonego ogródka ze stołami i placem zabaw dla dzieci. Zza płotu zaś wystają w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowania kopalniane. I tutaj nadal panuje pełna harmonia, jak gdyby coś niewysłowionego trzymało te wszystkie zasadniczo przeciwstawne elementy razem.
Gryzie się z wystrojem taneczna i popularna muzyka, choć z drugiej strony nie wiem czy śląskie sznulce by mnie zdołały uszczęśliwić. Musiało to zrobić jedzenie i picie, podane przez miłą barmankę/kelnerkę.





Albo im się drożdże pomyliły, albo infekcja. Kibel/stajnia to infekcja na 100%.
OdpowiedzUsuńKolejne miejsce dodane do listy "muszę odwiedzić". Szczególnie po to, by spróbować tego jasnego.
OdpowiedzUsuń