Loading...

W cieniu wulkanu

Obserwując bezpośrednie otoczenie jeziora Laacher See nic nie zwiastuje nadciągającej katastrofy. Absolutnie nic. A przecież wiadomo, że katastrofa nadciąga. Nie wiadomo, w jakim tempie, ale solidne przesłanki świadczą o tym, że nastąpi ona prędzej niż później. A wtedy biada nam. A co dopiero mówić o mieszkańcach pobliskich miast, czyli Koblencji i Bonn, nie wspominając o dziesiątkach mniejszych miejscowości?

Tymczasem jezioro jest tłumnie odwiedzane przez turystów. Rzut kamieniem od jego wybrzeża spoczywające na polanie krówki leniwie przeżuwają trawę i mrużą oczy w słońcu, zaraz obok wypasione kwoki znoszą szczęśliwe jaja, a kilkaset metrów dalej tłum Niemców zasiedlił tymczasowo pole kempingowe, korzystając ze świetnej pogody i długiego weekendu. Lasy naokoło zapraszają gąszczem buków oraz dębów, dających schronienie przed słońcem oprócz ludzi również chmarze ptactwa, które wypełnia bór dźwięcznym gwarem.

Położony pół kilometra od brzegu, ufundowany w 1093 roku klasztor Maria Laach zachwyca klasyczną, romańską, kamienną bryłą, zapraszając w swoje ciche, podniośle symplicystyczne (pomijając bogato zdobiony ołtarz z gigantyczną mozaiką Chrystusa Pantokratora), chłodne podwoje via iluminowany przez słońce, otoczony minikolumnadą ogród przedni z fontanną. Wiekowe mury świątyni wydają się świadczyć o tym, że przemijalność jest wprawdzie prawem natury, jednakże w tym miejscu prawidła czasoprzestrzeni wydają się być nieco bardziej rozciągnięte. Naciągane nawiązanie piwne też się znajdzie – w XII wieku świątynią zawiadywał przeor brabanckiego klasztoru Affligem, którego nazwa widnieje na szeroko obecnie dostępnych, już nie klasztornych, jeno koncernowych piwach z Belgii.

Wspomniani turyści naokoło jeziora prezentują również widok, który wbrew medialnym doniesieniom może nie donośnie, ale jednak widzialnie śmieje się w twarz zagładzie. Covidova panika w Niemczech natrafiła na jeden z najbardziej chyba silnych oporów na świecie. Dwa nurty filozoficzne stanowiące w sporej mierze o świadomości niemieckiej, dotychczas istniejące unisono, doznały ekstrapolacji i obecnie znajdują się w silnym klinczu, w porównaniu do którego wszelkie polityczno-światopoglądowe spory w Polsce mają raczej łagodne oblicze. Z jednej strony w Niemczech panuje zakorzeniony w luteranizmie i heglizmie nurt posłuszeństwa względem władzy i niechęć do kwestionowania oficjalnych autorytetów. Z drugiej silnie ugruntowany w mieszczańskiej mentalności nurt prywatności (w Niemczech zabroniono chociażby Google Street View) i niechęci względem mieszania się kogokolwiek w osobiste życie ludzi. Dopóki rząd nie mieszał się zanadto, dopóty ekwilibrium bylo możliwe. Covidovy lockdown jednak stworzył zarzewie konfliktu. Szacunkowo 70% Niemców ufa rządowi w tej sprawie. Pozostałe 30% nie tyle mu nie ufa, co go za inwazję w prywatność – tę już przedsięwziętą oraz tę zapowiedzianą oraz spodziewaną – szczerze nienawidzi. Przekłada się to na codzienne zachowania ludzi.

O ile w Polsce proporcje ufających i nieufających mogą wyglądać podobnie, o tyle konflikt nie ma takiej temperatury jak za Odrą, zaś często nawet ci, którzy głoszą tezy o gigantycznej hucpie, karnie noszą maski w miejscach publicznych i wzorem reszty obywateli patrzą na siebie nawzajem wilkiem, trzymając dystans – just in case [dla klaryfikacji: tekst pisałem w połowie maja 2020]. W Niemczech ci pierwsi łażą w kagańcach nawet tam, gdzie nie trzeba (a trzeba tylko w sklepach oraz lokalach gastronomicznych z pominięciem siedzenia przy stolikach. Czyli przy stoliku bez kagańca, ale jak idę do kibla czy przemieszczam się po ogródku, to w kagańcu. Just Deutschland things.), ci drudzy zaś, kiedy mówią, że mają to wszystko w rzyci, to faktycznie mają. W obejściu Laacher See tłumy idą niemalże ramię w ramię, praktycznie nikt się nie mija z zachowaniem przepisowej odległości, w maskach można napotkać jedynie pojedynczych Azjatów wiernych duchowi ninja, no i rzadko kiedy można oberwać rozeźlonym wzrokiem człowieka panicznie bojącego się o swoje życie w kontakcie z nieznajomym, nie wiadomo wszak czy nie koronanosicielem.

Widać w tym więc pewną logikę. Tymczasem o ile kwestia covidu jest tematem silnego sporu wewnątrz środowiska naukowego, o tyle Laacher See, czyli drzemiący wulkan, w końcu na pewno dupnie. Nie wiadomo kiedy, ale wiadomo, że. A wtedy biada nam. Ostatni wybuch ponad 10 tysięcy lat temu pokrył oddalone o kilkadziesiąt kilometrów tereny warstwą popiołu sięgającą nawet 7 metrów i zatamował bieg Renu, doprowadzając do ogromnych powodzi. Następny może spowodować śmierć dziesiątek tysięcy ludzi bezpośrednio po wybuchu oraz niezliczonej liczby wskutek zimy nuklearnej w Europie, która może być następstwem erupcji. A wulkan zaczął się niedawno przebudzać. Nie wiadomo, czy jest to kontrolowane spuszczanie napięcia czy głośne pomruki przed burzą, ale mieszkańcy okolicy mają powody ku temu, żeby czuć się niewyraźnie.

Tymczasem życie toczy się jak zawsze. Również dwa kilometry od jeziora wulkanicznego, gdzie znajduje się browar Vulkan. Żaden tam restauracyjny, prędzej (stosując polską nomenklaturę) regionalny, o czym świadczy górujący nad sporych rozmiarów budynkiem ceglany komin oraz prężąca się za przeszkleniem browaru sporych rozmiarów warzelnia ze lśniącej stali. Browar robi użytek z sąsiedztwa wulkanu w postaci nazwy, dysponuje również wydrążoną w skale fermentownią i leżakownią, która jest usytuowana 30 metrów pod ziemią, stanowiąc ewenement na skalę światową.

Tutaj również bliska odległość jeziora wulkanicznego, mogącego w niewiadomym momencie wypluć z siebie 7km sześciennych lawy i kilka razy tyle popiołu, nie spędza nikomu snu z powiek. Ogród piwny pęka w szwach, nałożyliśmy więc kagańce i daliśmy się poprowadzić do przestronnych, klasowo urządzonych wnętrz. Nowoczesny interior browaru nie jest w Niemczech oczywistością, tymczasem Vulkan zaprasza w podwoje połączeniem drewna (elegancka podłoga zasługuje na wyróżnienie), czarnej stali, regularnych kształtów i form oraz minimalizmem bibelotowym, nie licząc zupełnie przerośniętego, a stąd pewnie sztucznego pogłowia łosia na jednej ze ścian.

Opatulona w kaganiec niewiasta o intrygujących oczach jęła nam przynosić dania ze świeżo otwartej po lockdownie kuchni, które przebiły znaczącą większość strawy, jaką jadłem w życiu w browarach z restauracją. Soczyste smażone pieczarki, klasowy burger, świetny gulasz z dziczyzny z okolicy (ciekawostka – myśliwych darzy się za Odrą dużo większym szacunkiem niż u nas), zaś najbardziej ujęły moje podniebienie potraktowane przez 6 godzin drewnem z wiśni w smokerze żeberka. Za sprawą kulinariów będę ten browar długo mile wspominał.

Piwnie zresztą też dali radę:
Helles – świeżutka słodowość, lekka słodycz, chlebowe posmaczki w finiszu na tyle wytrawnym, żeby był balans. Bdb (7/10).
Pils – ziołowo-kwiatowe nutki unoszące się nad delikatnym chlebowym podkładem. Rześki i wytrawny, świeżutki pilsik (7/10).
Dunkles – Przypalona skórka od chleba, delikatnie czekoladowy i palony finisz, minimalny karmel. Wytrawny, rześki dunkel z minimalną słodyczą (7/10).
Weizen – mocno goździkowy, lekko cytrusowo-kwaskowy, fajny pszenny posmak. Reśki, ale za mało owocowy (6/10).
Pale Ale – cytrusowe, kwiatkowe, ziemiste piwo, lekko kwaskowe, niezbyt świeże w podanej formie, wytrawne (5,5/10).
India Pale Ale – lekko karmelowy podkład, kwiatowe i lekko cytrusowe nachmielenie z echem brzoskwini. Świeże, rześkie, smaczne (6,5/10).
Vulkan Limitiert 01 Red Ale – karmelowo-tostowe nuty, landrynka, estry z rejonu czerwonych owoców. Zbyt nagazowane żeby miało angielski sznyt (według producenta ma go mieć), chmiel angielski niewyczuwalny (4,5/10).
Na wynos w kabzie wylądował jeszcze doppelbock bourbon BA i można było jechać dalej.

Tego browaru by brakowało, gdyby Laacher See postanowił go utopić w morzu ognia i popiołu. Co innego Neuenahrer Brauhaus, znajdujący się również w polu rażenia wulkanu, na północnych rubieżach Nadrenii-Palatynatu, niedaleko Bonn. Bad Neuenahr mimo sugerującej kurort nazwy to miejscowość zupełnie bez charakteru, w co miejscowy browar wpisuje się znakomicie. Dość randomowe wnętrze oświetlone ciepło a jednak nie przytulne, kocioł warzelny ustawiony z boku, no i ciężka niemiecka kuchnia, której tak daleko do pojęcia halal jak tylko jest to możliwe, tutaj niezbyt smakowita. Piwa zresztą też.
Helles – bardzo wodnisty, nie do końca świeży, lekko utleniony w finiszu, echo kwiatków. Słaby nawet jak na kölscha (4/10).
Braunes – rozwodniony altbier z echem orzechów i uciekającą zmysłom słodowością oraz rachityczną goryczką (4/10).
Naturtrübes – słodowo-trawiasty pilsik, całkiem rześki, umiarkowanie gorzki, średnio intensywny. Może być (5/10).
Weizen – niespodzianka. Miękka tekstura, goździki i drożdże ale również nuty gumy balonowej, lekko kwaskowe i pełniejsze niż weizenowy standard w tych okolicach. I tu właściciel stwierdził chyba, że po lockdownie sprzeda zalegające piwo zamiast je wylać, w związku z czym brak świeżości był mankamentem. Potencjał jednak jest (6,5/10).

Posileni udaliśmy się od razu na południe, wgłąb Nadrenii Palatynatu, krainy o największym zagęszczeniu zamków na świecie, przez którą przepływa czarująca, malownicza Mozela, a lokalny mikroklimat jest zbliżony do południowych obszarów Europy, wskutek czego jest to główny rejon winiarski Niemiec.

Skrótowo – rejon Mozeli to wijąca się niczym żmija rzeka, płynąca leniwym nurtem. Po jej obydwóch stronach wyrastają zwyczajowo szczelnie olesione, soczyście zielone wzgórza o wysokości mniej więcej dwustu metrów, zaś wzdłuż brzegu w odległości kilku kilometrów od siebie znajdują się małe miejscowości, wpisujące się estetycznie w otoczenie – kręte uliczki, ładne stare kościółki, fachwerkowe i kamienne domki mieszczańskie. Każdy inny od pozostałych, jednak dokładający swoją cegłę do harmonii całości. Szerzej o tym pisałem w moim poprzednim wpisie o Mozeli. Bajkowa kraina, jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi.

Na północ od Mozeli ciągnie się pasmo górskie Eiffel, wpadające na zachodzie do Luksemburga i przechodzące w Belgii w Ardeny. Na południe z kolei piętrzy się Hunsrück, czyli etymologicznie prawdopodobnie psi grzbiet, malowniczy płaskowyż o wysokości dochodzącej do 400 m n.p.m. Po obydwóch stronach Mozeli można znaleźć dużą liczbę zamków, można w tym regionie winiarskim rzecz jasna również pić piwo. Grzech byłoby nie odbczaić obydwóch opcji.

Po drodze zajechaliśmy pod pierwszy zamek – Pyrmont – wybudowany już w XII wieku, zrujnowany jak wiele zamków za zachód od Renu w ramach pożogi Rewolucji Francuskiej i odbudowany dopiero w drugiej połowie XX wieku. Rekonstrukcja przebiegła na tyle wiarygodnie, że efekt robi w zupełności autentyczne wrażenie. Twierdza znajdująca się na skale wokół której płynie nurt Eltzbachu majestatycznie góruje nad okolicznymi zielonymi wzgórzami. Można się wykąpać w jeziorku na dole zaraz przy dwóch wodospadach bądź pomodlić w kamiennej kapliczce przy drodze. Wszystko z widokiem na zamek. Piękne miejsce.

Prawdziwą perełką regionu jest jednak znajdujący się kilka kilometrów dalej zamek Eltz, uważany obok ikonicznego chociażby za sprawą logo Disneya Neuschwansteinu za najpiękniejszy zamek Niemiec. Położony na skalistym, kilkudziesięciumetrowym wzniesieniu w dolinie, w otoczeniu szczelnie zalesionych wzniesień, okalany przez Eltzbach, w którym można i tutaj zażyć kąpieli, jest bez dwóch zdań jedną z najpiękniejszych twierdz, jakie widziałem na żywo – a konkurencję ma liczną. Wąskie, pojedyncze przejście prowadzi do strzelistej, doskonale zachowanej fortecy z miriadą wąskich wieżyczek i wstawkami z białego tynku, ożywiającymi kamienną, murowaną całość. Bajkowo.

Zamek wprawdzie uległ zniszczeniom pod koniec XVII wieku w trakcie Wojny o Palatynat, ale odbudowano go i obecnie wygląda jakby pozostał nienaruszony od czasów swojego powstania w XII wieku. Nieregularna, malownicza, późnogotycka warownia.

Kilka kilometrów dalej na południe biegnie już sama Mozela, ze swoimi zamkami, zameczkami i pałacykami. Miejsce świetne na wypad rowerowy, bo ścieżki dla cyklistów biegną po obydwóch stronach rzeki, a spad jest tak minimalny, że nieodczuwalny. W zasadzie każde z małych miasteczek wzniesionych to po jednym, to po drugim brzegu rzeki przyciąga uwagę, nawet jeśli nie ma w nim atrakcji turystycznych per se. Znajdujące się tu i ówdzie kościoły wyglądające na odklejone od głównej części prezbiteria, wstawiane metodą wytnij-wklej dodają całości lekko ironiczny sznyt.

Po północnej stronie rzeki warto udać się do Kobern-Gondorf, miejscowości nad którą górują ruiny dwóch twierdz. Na poziomie Mozeli przejeżdża się przez Schloss Leyen, który wskutek wydrążonym w bryle tunelu na drogę robi wrażenie średniowiecznej, rozbudowanej bramy warownej, w której kiedyś pobierano od podróżnych myto, stanowi jednak pokaźnych rozmiarów zamek.

Pnąc się w górę wpierw dochodzi się do ruin dolnego zamku, w których obecnie mieszkają już tylko dorodne gołębie. Sa one łakomym kąskiem dla licznych o tej porze roku kań rudych, których podwyższona obecność w tym rejonie w pełni zaspokoiła moją fascynację ptakami drapieżnymi. Osobliwością kań jest smukłość skrzydeł, imponująca rozpiętość dochodząca do 1,80m zbliżająca je gabarytowo do orłów, wcięcie w ogonie oraz agresywne zachowanie względem innych ptaków drapieżnych, a zarazem niespotykana u innych latających drapieżników socjalność – w okolicy zamku dolnego na łowach można było ujrzeć kilka kań naraz na wspólnych łowach.

Mury są mało atrakcyjne, przeto warto się wybrać pieszo granią po kamiennej drodze krzyżowej, z której ma się widok na Mozelę, a finalnie również na zamek dolny z góry – i ten widok zamku, z odpowiedniej odległości, na tle falujących wzgórz Eiffel i Hunsrück oraz samej rzeki, jest cudowny. Błękit (no dobra, przyszarzony, jako że pogoda się popsuła) rzeki oraz nieba, zieleń wzgórz załamywana szarzyzną skał i brązem wyżartych przez kornika drukarza połaci świerków oraz biel i grafit domostw ciągnących się wzdłuż rzeki.

Na końcu drogi krzyżowej mieści się zamek górny z romańską kaplicą św. Mateusza z XIII wieku, której piaskowa fasada odcina się od kamienia zabudowań warownych, efektownie umojonych różami oraz bluszczem. Tutaj zachowało się na tyle starej substancji, że całość wygląda urokliwie, zaś we wnętrzach kamiennego budynku działa restauracja, podająca bardzo dobry podpłomyk w stylu alzackim, a i również Erdingera, którego strudzony wędrowca tym chętniej w siebie wlewa. Mimo że pogoda nie dopisała, była to jedna z najfajniejszych restauracjo-kawiarni, w jakich byłem. Wydobywające się z jej wnętrz klimatyczne dźwięki muzyki średniowiecznej dodawały jej uroku.

Skoro dotarliśmy do piwa, to zostawmy północny brzeg Mozeli, udajmy się na stronę południową i zapijmy wrażenia selekcją niemieckiego craftu. Noclegownia w miejscowości Burgen wprawdzie nie była prima sort, ale za to można było udać się na jedną z ławek nad rzeką i zanurzyć usta w niemieckim crafcie, mając przed sobą samek Bischofstein, którego główna wieża charakteryzuje się jasnym pasem biegnącym w poprzek w jej połowie. Zamek przetrwał wojnę 30-letnią, został jednak splądrowany i zniszczony w trakcie Wojny o Palatynat. Odbudowany niespełna sto lat temu, obecnie stanowi uzupełniającą placówkę dydaktyczną, do której grupy uczniów udają się cyklicznie na kilkutygodniowe szkolenia.

Z takim widokiem to nawet deszcz daje się znieść, szczególnie że trzeba było obadać formę m.in. jednego z najfajniejszych niemieckich craftowców, czyli Buddelshipa. Za tymczasowych towarzyszy miałem świergocące ptactwo mniejsze oraz większe okazy – klucz dzikich gęsi, srokę ulatująca ze zdobyczami z legowiska dostojnie pływającego przy brzegu łabędzia oraz kormorana nurkującego raz po raz przez dobre kilkanaście sekund w poszukiwaniu ryb, których Mozela ma całkiem sporo. Poza tym na polanie dwóch gości zrobiło sobie piknik, z aprowizacją złożoną z całej kraty piw browaru Vulkan. Opróżnianie takiego koszyka piknikowego szło im całkiem żwawo.

Buddelship Bambuse (alk. 8,4%) to świetna imperialna IPA w nieco starszym stylu. Bardzo dużo pomarańczy z domieszką pomelo, trochę ziół i echo ziemi. Gładka tekstura, średnio intensywny smak, lekka słodycz, umiarkowana goryczka. Ani neipka ani old school west coast, tylko coś pomiędzy. Mięciutkie i eleganckie piwo. W punkt. (7,5/10)
Simian Ales to dość młody, wysoko oceniany craftowiec ze Szlezwiku-Holsztynu. Local Legend (alk. 5,8%) kolejny raz udowadnia, że Niemcy powinni jednak pasteryzować, bo przegazowanie i ziemiste, funkowe nuty w piwach, które tego nie potrzebują, zdarzają się u nich nagminnie. Poza tym grejpfrut, mango, kwiat bzu i ciut żywicy. Wydźwięk jest cierpko gorzkawy, aczkolwiek piwo ma też specyficzny winny sznyt podszyty kokosem, który częściowo wygładza jego niedostatki. (6,5/10)
Hachenbuger Pils (alk. 4,9%) okazał się słodowo-krakersowy i mimo wyciągnięcia go w getrenku prosto z lodówki wonił kartonem. Poza tym nie był gorzki. Do rzyci takie pilsy. (3,5/10)
Nette Pils (alk. 4,8%) – wątła baza słodowa, wodnisto słodkawe piwo z nutą metalicznej trawy, w figuratywnym skrócie (4,5/10)

Na koniec trzeba był powrócić do opisanego na początku wpisu browaru Vulkan i jego piwa pokazowego. Bourbon Barrel Doppelbock – ciekawostką jest brak nieleżakowanego koźlaka dubeltowego w ofercie. Jak już chcesz, to leżakowany w beczce po bourbonie. No dobra. Z początku mnie rozczarował, bo nuty drewniano-bourbonowe są na tyle stonowane, że raczej na pewno beczki były zalewane piwem któryś raz z rzędu. Ale – podstawka jest świetna. Sporo słodziutkich suszonych owoców typu daktyle, figi czy trochę żurawiny, do tego otwierające się wraz z ogrzaniem nutki orzechowe, trochę karmelu i ciut drewna, które w smaku dobitniej zaznacza swoją obecność, głównie za pomocą mięciutkiego, kremowego odczucia w ustach, lekko waniliowego, trochę drewnianego. Wyleżakowanie optymalne, głębia jest. Super piwo. (8/10)

Generalnie fajna sesja degustacyjna, ale skoro pilsy okazały się nieudane, to trzeba było odreagować spacerem. Kilkanaście kilometrów wgłąb Hunsrücku znajduje się zawieszona między dwoma wzniesieniami kładka piesza Geierlay, do niedawna najdłuższa (360m) i najwyższa (100m) w Niemczech. Jako że niedawno najwidoczniej została zdetronizowana, lokalne władze efektownie zakleiły umieszczane na tablicach informacyjnych słowo „największa” słowem „najładniejsza”, ale tak, żeby poprzednie słowo było nadal widoczne. Można i tak. Na miejscu można było się socjalizować z tabunami Niemców mających obostrzenia i koronkę w rzyci, tłoczących się przy wejściu na kładkę i na samej kładce. Przejście okazało się dla mnie jako osobie cierpiącej na lęk wysokości spodziewanie wątpliwą przyjemnością, stąd powrót do wsi zaordynowałem sobie już nie kładką, a okrężnym szlakiem przez parny las i góry. Po ośmiu kilometrach pozwoliłem sobie na pół litra izotonika pszenicznego marki Paulaner, zakupionego u urodziwej niemieckiej dziewoi (tak, zdarzają się).

Stąd już jest krok do następnej wartej uwagi miejscowości i można się powoli udawać wzdłuż Mozeli w stronę Renu. Ale o tym napiszę innym razem.

slider 8430201223524873275

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)