Loading...

Moja piwna mapa Warszawy. Część 1

Spośród wszystkich polskich miast jedynie Warszawa jest miejscem, w którego (ścisłym) centrum czuć duch metropolii. Pełno wieżowców, pełno świateł, pełno aut i pełno ludzi. Nie powiem, dla kogoś z zewnątrz ma to swój urok, aczkolwiek przypuszczam, że takie otoczenie na dłuższą metę byłoby dla mnie przytłaczające. Niemniej jednak, w Warszawie byłem dotychczas parę razy i nie podzielam niechęci ludzi z mojego regionu do stolicy. Jest ciekawym i fajnym miastem.

Piwnie Warszawa była przez długi czas uważana za pustynię - podczas gdy w innych dużych miastach Polski już działały multitapy albo niebanalne browary restauracyjne, w stolicy można było odwiedzić tylko sieciówki Bierhalle i Grill de Brasil oraz kiepską BrowArmię, ewentualnie wpaść gdzieś na jakieś czeskie piwo. Ostatnie dwa lata zmieniły Warszawę pod tym względem nie do poznania, działa tam najwięcej multitapów w kraju, a nowe ciekawe (przynajmniej teoretycznie) przybytki otwierają swoje podwoje jeden za drugim. Postanowiłem zebrać moje wspomnienia z różnych warszawskich knajp i stworzyć taką osobistą mapę piwną tego miasta. Uprzedzam, że nie byłem nawet w połowie miejsc craftowych, nie byłem też w kilku takich, które zwykło się uważać za obowiązkowe punkty programu. To wszystko jest przy okazji do nadgonienia.

Na Bemowie, na północ od Wojskowej Akademii Technicznej mieści się Łośka. Lokal na uboczu, niedaleko jakichś bloków, z poza kanapami niezbyt wygodnymi siedziskami bitymi z desek albo przerobionymi z krat na piwo. I wiecie co? Bardzo mi się tutaj podobało. Mimo braku wygody pod tyłkiem wnętrze jest zrobione przytulnie i ma tę atmosferę dobrosąsiedzkiej knajpki (nie mordowni!), w której tradycyjnie spotykają się na piwie znajomi mieszkający nieopodal niej. Taka knajpa dla lokalsów, która ma to czego w wielu multitapach brak. Czyli klimat. Cztery krany, Skalaki, Złote Lwy - szału nie ma. Za to w lodówce poza regionalniakami (Wąsosz seria bez wąsa, Krajan etc.) również np. Jan Olbracht, Raduga, a zdarza się i ponoć Kocour. I mimo bardzo ograniczonego jak na stolicę wyboru, jest to knajpka którą poleciłbym bez wahania na posiadówę.

Jednym z młodszych lokali na piwnej mapie Warszawy jest Cześć, położony w sąsiedztwie wielkich biurowców na południe od Pałacu Lubomirskich. A konkretnie na parterze jednego z tych wieżowców. W środku zainstalowano sześć kranów, z których można napić się Bednar, Artezana czy innej Pinty, w cenie zazwyczaj do 12zł za pół litra. No ale co z tego, skoro wnętrze nie zachęca do pozostania w nim dłużej? Zachowująca rezerwę obsługa ma do ogarnięcia raczej mały lokal, w którym za wyposażenie robią hipsterskie meble klasy 'vintage', które dla wielu babć by były zbyt obciachowe, zdezelowane i niewygodne żeby je trzymać u siebie na strychu. Wypiłem piwo i poszedłem dalej.

Trochę przypadkowo mijałem Piw Paw, o którym słyszałem sprzeczne opinie, więc wstąpiłem do środka. Lokal niezbyt duży, przyciemniony, w stylu korpo-industrial. Jest otwarty przez całą dobę, a piwo można brać na wynos, nalane z kranów do litrowych butelek, za mniejszą cenę. Kranów jest tutaj aż 57, i długaśna konsoleta robi faktycznie duże wrażenie. Cóż jednak z tego, skoro klimat tego miejsca jest iście fast foodowy. Znaczy się, stojąc na zewnątrz człowiek ma ochotę wstąpić na piwo, ale jak już jest w środku to się czuje gorzej niż w McDonaldzie. Chciałby jak najszybciej zamówione piwo skończyć i iść dalej. Taka atmosfera tutaj panuje. Czułem się nie na miejscu. A ceny piw na miejscu są horrrendalne. 16zł za Imperium Atakuje? Bicz plizz. Myślałem że skosztuję tutaj jakichś wyrobów związanego personalnie z Piw Pawiem browaru Bazyliszek, ale nie za takie pieniądze. Aha, minimalna pojemność piwa to pół litra. Za polskie piwo dobrej klasy 14-16zł to jednak stanowczo za dużo. I to w zasadzie wyczerpałoby jakiekolwiek zalety tego lokalu. Z mojego punktu widzenia, poza byciem barem całodobowym jest ich wyzbyty. Wypiłem duszkiem lipne piwo z Sobótki Górki i wyszedłem na ulicę, kontynuując marsz w kierunku południowo-zachodnim.

Spiskowcy Rozkoszy to lokal w którym w 2012 roku debiutowały piwa AleBrowaru. Poziom zero robi na mnie wrażenie nieudanej próby przeniesienia klimatu dekadenckiej knajpki literackiej w nieco bardziej hipsterskie otoczenie. Coś a la pseudo-Hemingway, perhaps? Za to z dwóch kranów lał się Artezan. Ale ani klimat ani brak miejsca nie są specjalnie motywujące do pozostania tutaj na chwilę dłużej. Ucieszyłem się więc jak się dowiedziałem że na dole znajduje się bardziej obszerna piwnica, z barem z sześcioma nalewakami. Zszedłem więc po schodach i zastałem obraz bidy, nędzy i rozpaczy. Toż to wygląda jak piwnica jakiejś podrzędnej, śmierdzącej speluny. Nawet legendarna Świniarnia na miasteczku studenckim AGH w Krakowie miała więcej szyku - a to już jest bardzo wymowne. I to mimo Warki za 2zł w happy hours i barmanki z wąsem. Odbiłem się w przenośni od gumowej ściany i wnet wylazłem na ulicę.

Do Chmielarni wpadłem dzień przed Piwnym Blog Dayem 3.0 na obiad połączony z piwem - wszak wbrew jednoznacznie piwnej nazwie jest to nie tylko multitap, ale również restauracja z kuchnią dalekowschodnią. I faktycznie ryba w sosie curry (ponoć danie nepalskie) dała mocno radę, mimo że porcja do największych nie należała. A propos piwa trzeba rzecz jasna wspomnieć, że Chmielarnia była bodajże pierwszym multitapem w Warszawie, w którym wprowadzono świetną politykę cenową - w zależności od ilości piwa z kranu (ćwierć litra, 0,33, pół litra) płacimy za nie proporcjonalnie, co szczególnie cieszy osoby chcące wypróbować ich jak najwięcej i mieć wskutek bombowej mieszanki piw pszenicznych, stoutów i kwasiżurów jeszcze większego kaca. Minusem jest wystrój. Pastelowe ściany w połączeniu z kaflami na podłodze tchną kawiarnianą bylejakością, a knajpie poza brakuje jakiejś idei przewodniej wykraczającej poza piwo i jedzenie. Rockowa muzyka w tle może być, a orientalne nuty z kuchni nie są specjalnie natrętne, a przy tym mają swój urok. Jednak klimatu w Chmielarni nie znalazłem. W trakcie większej imprezy lokal mógłby ujść w tłoku (jak słyszałem, klimat w Chmielarni tworzą ludzie, niejako wbrew otoczeniu), jednak przez mało przemyślane aranżacje okazał się stosunkowo rozczarowujący.

Do młodego Hopsters Multitap udaliśmy się z kumplem na nogach, przemierzając piątkowym wieczorem dziarsko dzielnicę usłaną sex shopami i kebabami (stacjonarnymi). Po przekroczeniu progu stanęliśy jak wryci, kumpel wydukał "Strasznie tu jest", a ja tylko mogłem pokiwać głową. Trójpoziomowy lokal robi wrażenie taniego przydrożnego baru, aż człowiek czeka kiedy mu bufetowa przyniesie do stolika usmażonego na starym oleju schaboszczaka. Pamiętam z dzieciństwa taki obskurny bar przy granicy niemieckiej, w którym zwykłem jadać pseudowietnamską zupę kuk-su. Schaboszczaków ani zupy kuk-su w Hopstersie chyba nie ma, tak samo jak czegokolwiek innego co sprawiłoby że szuranie metalowymi nogami stołów po jasnych kaflach stałoby się choć odrobinę bardziej zabawne. Choćby flaczków po staropolsku. Wystrój? Zapomnijcie. Mamy ciekawe piwo, i to wam powinno wystarczyć, peasants... I widocznie wystarcza, bo knajpa była napakowana pod sam dach, a przy barze krzątało się aż czterech barmanów obsługujących 20 nalewaków i napierające na bar rzesze piwoszy. Nigdy nie zrozumiem co ludzie widzą w Hopstersie. I w Mastodonie.

Jedna Trzecia została nawiedzona w ramach afterparty po PBD 3.0. Skoro klimat tworzą ludzie, to nie mogło być inaczej niż świetnie. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że do dziesięciu kranów podpięto dziesięć wyrobów Pracowni Piwa, to co się mogło nie udać. Abstrahując jednak od okazji i świetnych ludzi, to sama knajpa zrobiła na mnie również pozytywne wrażenie. Mason przeniósł ze swojego poprzedniego miejsca zatrudnienia (Chmielarni) wspomnianą już politykę cenową, a knajpa jest wprawdzie mała, ale tego rodzaju minimalizm, łączący klimaty industrialno-marmurowo-betonowe (czy cuś) z umiejętnym, klimatycznym podświetleniem robi bardzo dobrą robotę. Tutaj z miłą chęcią wstąpię jeszcze nie raz.

Cuda Na Kiju są otoczone aurą specyficznego hejtu, ze względu na przypadkowość pojawiających się tam ludzi, a także często ich snobizm. Knajpa dla hipsterów, szkoda gadać, co nie? A właśnie że nie. Wystarczy wyzbyć się uprzedzeń (lub się wcześniej porządnie upić) i Cuda stają się świetne. Umieszczone w oddzielonej, całkowicie przeszklonej części dawnego budynku PZPR, w którego bocznej ścianie aktualnie mieści się salon Ferrari składają się z małej, niewartej uwagi piwnicy oraz całkowicie przeszklonej części naziemnej, do której najbardziej pasuje ten zlepek który często trafia w moje uczucie estetyki. Czyli nowoczesny minimalizm. Knajpa nie jest zbyt duża, przeszklona bardziej jeszcze od tyskiego Wielokranu, z dwudziestoma nalewakami, których aktualna obsada umieszczana jest flamastrem na oknie za barem. Klientela? Byliśmy z Piwologiem, Arturem z Multitap Crawl i jego dziewczyną Martą, więc była pierwszorzędna. Nie znam się na hipsterach, ale jeśli stanowią obsługę, to zarówno osobnik płci męskiej w sobotę, jak i płci damskiej w niedzielę po koniec listopada byli bardzo mili. Świetnie mi się w Cudach siedziało, polecam.

W Warszawie mieszczą się również trzy browary restauracyjne, o wątpliwej renomie zresztą. Bierhalle ponoć ujdzie (mi piwa w katowickiej filii w każdym razie bardzo smakują, pils i koźlak na dużym propsie), a na BrowArmię moim zdaniem szkoda czasu i pieniędzy. Pozostaje Grill de Brasil, do którego wstąpiłem w niedzielę w drodze do metra które miało mnie dowieźć do Polisz Busa. Właściwie to byłem w drodze do Jednej Trzeciej, ale przechodziłem obok i stwierdziłem, że przecież gdzieś muszę zjeść obiad. I był to błąd. Bład, z którego próbował mnie wyratować kac, dzięki któremu nie potrafiłem przez dwie minuty znaleźć drzwi wejściowych. W końcu je jednak niestety odkryłem. Wnętrze jak wnętrze, browar mieści się w obskurnym komuszym pawilonie, ma od zewnętrznej strony przeszklone, zimne korytarze z drewnianymi stołami, a ścisłe wnętrze to dwie kondygnacje utrzymane w ciemnych barwach, niezbyt miłe dla mojego oka. Muzyka to jakaś tam samba, Sepultury chyba nie puszczają. Ale nie ma niczego złego w sambie. Za to złe piwa to już zło w czystej postaci. Deska piw kosztowała mnie 16zł (za 3x0,33l), z czego każde wypiłem do połowy. Pils to cienkie, lekko słodowe i słodkawe piwo z drożdżowym posmakiem i drożdżową lepkością w miejsce nieobecnego ciała. Poza gryzącym, nieprzyjemnym nasyceniem główną wadę upatruję w absolutnej nijakości tego piwa (4/10). Pszeniczne jest równie cienkie i wodniste, cierpkie, gryząco nasycone a jednocześnie robiące wrażenie niedogazowanego. Kwestia faktury bąbelków, I reckon. Aromat to głównie goździki, dalekie echo gumy balonowej. Posmak trochę kiblowy. Złe (3,5/10). Najgorsze było Ciemne, w którym oszczędna dawka karmelu i kawy zbożowej w ustach przeradza się w coś pokroju sztucznego cappuccino. Gryzące nasycenie i tutaj się powtarza, natomiast lekka goryczka ma cierpki, fatalny, wykręcający gardło charakter tabletek przeciwbólowych. Fuj (3/10). Dodam jeszcze że brazylijski grill vel churrasco (mięso nabijane na miecze i grillowane; stylowo powinno być skrajane przez kelnera na talerz w obecności klienta) jadłem raz w życiu i był smaczny. W Grill de Brasil dostałem dwa zupełnie zeschnięte kawałki mielonego wołowego mięsa posypane tymiankiem, a do tego pół ziemniaka zapiekanego niedobrym sosem serowym i surową, niedopieczoną paprykę. No super. I jeszcze obok mnie siadła para, której rozpiętość wieku znacznie przekraczała 20 lat, pani rzucała mięsem jak rasowy masarz (seksowne tak bardzo), było mi zimno i miałem kaca. Uch...

Tyle w pierwszym odcinku. Kiedy będzie następny, to Bóg raczy wiedzieć. W Warszawie bywam niezmiernie rzadko, no ale nie dość że parę knajp, w tym i uznanych, jeszcze nie nawiedziłem, to w dodatku ostatnio Warszawa przeżywa istny wysyp ciekawych lokali. Trzeba będzie więc czym prędzej nadrobić zaległości.

Spiskowcy Rozkoszy 756283397655411476

Prześlij komentarz

  1. Hopsters to jedno z nielicznych miejsc (na tle zawsze przepełnionych KiK, PiwPaw, Cuda na Kiju czy Jedna Trzecia), gdzie w sobotę można znaleźć miejsce siedzące. Poza tym 0,25 litra za 6 zł od polskich browarów daje radę - można za jednym posiedzeniem nadrobić sporo zaległości ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. 16zł za 0,5 imperium atakuje zdyskwalifikowało by u mnie taka knajpę dożywotnio.... 57kranów i brak miejsc- to samo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cena piwa to wynik ceny najmu nieruchomości i kosztów pozostałych. Spójrz na ceny najmu na Żurawiej... Poza tym skoro knajpa jest niemal ciągle zapchana przy cenach 16 zł za 0.5 litra to nie trzeba być orłem z ekonomii, żeby zauważyć, że dla odwiedzających cena jest akceptowalna i normalnym imho ruchem w świecie kapitalizmu powinna być podwyżka cen (http://en.wikipedia.org/wiki/Economic_equilibrium).

      Usuń
    2. ceny najmu- chyba jakaś bajka- nie widziałem jeszcze wiekszej ceny za Pinty niż 12(max 13zł) (typu atak chmielu, imperium atakuje, ce nest pas ipa itp)

      poza tym jak widziałem raz ich cennik to nie wszystkie piwa są super drogie (ale zdecydowana większość).

      I knajpa jest zapchana bo nie ma w niej miejsca (jest malutka), to nie ma co sie dziwić....

      normalnie imperium atakuje można dostać za 11-12zł, u mnie w miescie gdy jest HH to i -2zł, także te 16 to jawne dymanie klienta...

      Wszedł bym tam i widząc taki syf to bym wyszedł

      Usuń
    3. Kamil: Nie jestem w stanie zrozumieć, czemu u niektórych dogmatyków wolnego rynku zdroworozsądkowa akceptacja pewnych makroekonomicznych praw prowadzi do apoteozy wysokich cen. Prawem producenta jest określić cenę według swojego widzimisię, a prawem konsumenta olanie takiego producenta. Wolny rynek to wolny wybór z obydwóch punktów siedzenia, czyż nie?

      Usuń
    4. Małą knajpa, nie mała - co to ma za znaczenie. Jest full, są klienci, to i akceptują te 16 zeta. Niby jakie korzyści przyniosło by właścicielom obniżenie ceny? Więcej klientów? Nie da się, bo i tak jest tłok. Co w tej sytuacji jest tak wielce niezrozumiałe? Co ma do rzeczy, że gdzieś tam jest taniej? Jakie dymanie klienta? Niby ci klienci tworzący tłok są idiotami, debilami nie mającymi pojęcia co robią?
      Kuriozum! Po co ja się wysilam utyskując na brak podstawowej wiedzy ekonomicznej... :(

      Usuń
    5. Sytuacja właściciela jest w pełni zrozumiała. Nikt go przecież nie chce zmusić do obniżenia cen ani nikt nie argumentuje że na tym by zyskał. Tak samo jak zrozumiała powinna być opinia klientów, którzy uważają ceny za zdzierstwo. Albo wolność albo jej brak. Z wolnością nie ma nic wspólnego wymaganie od klientów żeby cieszyli się z wysokich cen bo są one egzemplifikacją Świętego Prawa Popytu i Podaży.

      Tak jak szanuję prawo właściciela do ustalania cen u siebie wedle swojego widzimisię, tak mam prawo uważać że nie jest to miejsce dla mnie. To chyba oczywiste?

      Usuń
    6. Byłem tu raz, zaduch, tłok, zero klimatu. Spojrzałem na te mityczne ponad 50 kranów i.... nie miałem co wybrać :) Do tego te ceny... Wyszliśmy i miło spędziliśmy czas w Spiskowcach.

      Usuń
  3. Widzę, że mam wiele do nadrobienia w kwestii warszawskich multitapów - na szczęście weekend już blisko (choć i dziś kusi pogoda iście barowa. :) Z tego, co widzę, warto wybrać się do Łośki, Cudów na Kiju i Jednej Trzeciej. Niedawno sam w ogóle wgłębiłem się dopiero w temat multitapów (zapraszam do mnie, piszę trochę o rewolucji piwnej w Polsce). Z niecierpliwością czekam na kolejny wpis w tym temacie i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda na to że w czerwcu będe znowu w Warszawie. Tym razem chcę zwiedzić Same Crafty, Chmielarnię Marszałkowską, Hoppiness i Jabeerwocky. Każda z tych knajp zapowiada się nielicho. Nie wiem jak obecnie jest w Jednej Trzeciej, po zmianie ekipy.

      Usuń
  4. Wow! Super sprawa, że ktoś coś tkaiego zrobił... A dodatkowo te super zdjęcia... :P Lux

    OdpowiedzUsuń
  5. Mega fajny wpis!Tydzień temu przeprowadziłem się do Warszawy i teraz już wiem gdzie warto wyskoczyć na piwko!

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo podoba mi się twój wpis!Dzięki :D

    OdpowiedzUsuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)