Loading...

Zimno, mroźno, Sibeeria


Ciężko jest tworzyć analogie między polskim a czeskim rynkiem piwnym. U nas pionierami jest Pinta, z kolei u nich Kocour oraz Matuška. W odróżnieniu od Pinty, Kocour ugrzązł w odmętach bylejakości, zaś Matuška jest obecnie synonimem wprawdzie wysokiej jakości, ale i skostnienia i braku płodności twórczej. Czesi mają Zichovca, który rynek zawojował wyśmienitymi ipkami, a obecnie jest celem memów z laktozą i aromatem kokosowym. To u nas odpowiednikiem byłby chyba Funky Garden, bądź Malt Fluid? I dalej – my mamy Nepomucena, który robi świetne ipki, jest płodny, nie ucieka od tematyki lagerów, nolens volens w odpowiedzi na zapotrzebowania rynkowe tworzy również piwa pastry, a ma zarazem renomę solidnej marki, w ramach której rzadko o wtopę. Czeskim odpowiednikiem Nepomucena byłaby chyba Sibeeria.

Detroit.cz

Historia browaru sięga 2014 roku i tak jak u wielu craftowców drugiej fali we wschodniej Europie, jej początki miały miejsce w obrębie piwowarstwa kontraktowego. Co ciekawe, twórcy browaru, Olga i Ruslan, pierwotnie nazwali swoje przedsięwzięcie Beer Lab, ale szybko zmienili nazwę, z uwagi na istniejący już wtedy polski browar o tej nazwie. W 2020 roku w końcu dorobiono się własnego browaru, położonego na praskich Vysočanach, ciekawej (w sensie nieładnej) dzielnicy stolicy Czech, w której na zasadzie chybił trafił (dla postronnego obserwatora) powierzchnia jest obłożona albo starymi areałami przemysłowymi, albo nowymi, częściowo właśnie dopiero stawianymi apartmentowcami. Stare fabryki i magazyny są poprzetykane nowym budownictwem mieszkalnym i przechadzając się po okolicy, nie mogłem się nadziwić, cóż takiego kieruje człowiekiem, kupującym sobie mieszkanie w sąsiedztwie rozpadającego się dziadostwa.


W jednym z kwarterów przemysłowych, za szlabanem, w tym samym budynku co miejscowa strzelnica, znaleźć można browar PowerBrew vel Sibeeria, który wprawdzie nie prowadzi wyszynku, ale jeśli ktoś szuka autorskich piw w najniższych cenach oraz w najświeższej postaci, to jest to miejsce, do którego warto wpaść za dnia.


Sam browar mieści się w jednym, dużym pomieszczeniu produkcyjnym. Stalowa warzelnia z boku, a pośrodku gąszcz tankofermentorów, pomiędzy którymi stworzono również miejsce dla drewnianych beczek, w których leżakują „syberyjskie” mocarze. Całość wygląda całkiem sporo. „Ee, mały to jest browar” usłyszałem na miejscu jak na ironię, bowiem PowerBrew (taka jest nazwa miejscówki) został stworzony nie tylko po to, żeby Sibeeria w końcu stała się marką stacjonarną, ale i po to, żeby warzyć piwa dla czeskich kontraktowców. Krótki obchód po browarze odbył się swoją drogą w perfekcyjnej polszczyźnie, tak więc nie miałem okazji zasypać mojego interlokutora zwyczajowym dla mnie amalgamatem polsko-czesko-słowacko-rosyjsko-serbskim. Obecnie roczna produkcja browaru zamyka się w 2700 hl, co jest ponoć dobrym wynikiem jak na czeski craft. Część produkcji idzie od razu do BeerGeek Baru i BeerGeek Shopu, obok Zlych Casów chyba najbardziej zasłużonych knajpianych i sklepowych miejscówek craftowych w Pradze (mają tych samych właścicieli co Sibeeria), część jest jednak również eksportowana poza granice Czech.



Przy okazji dowiedziałem się, że jako kamień węgielny czeskiego craftu nie jest traktowany Samurai IPA od Kocoura, tylko Raptor IPA od Matuški, która ujrzała światło rynku rok po Kocourze. Sibeeria ma sporo ipek w portfolio, swoją drogą ponoć kładą nacisk na to, żeby mieć w jednoczesnej ofercie aż 34 różne piwa. Wśród nich są i wyroby typu pastry, ponoć jako reakcja na ssanie rynkowe. Z drugiej strony, również jako reakcja na rynek, coraz więcej jest w ofercie lagerów, co mnie bardzo ucieszyło. Nawet usłyszałem, że czasami mają taką myśl, żeby się całkiem przerzucić na lagery, tak dobrze schodzą. Rzecz jasna takiego ruchu raczej nie należy się spodziewać, aczkolwiek biorąc pod uwagę jakość ich lagerów, o której miałem się niebawem przekonać, byłoby to z mojego punktu widzenia wręcz pożądane. Pożegnałem się i udałem się w dalszą drogę z kilkunastoma piwami Sibeerii, które skosztowałem w plenerach Dolnej Nadrenii w następnym tygodniu.





Najpierw górniaki.


Hopray
(alk. 5,6%) ma w składzie między innymi mało popularny chmiel Zamba i aromatycznie oscyluje wokół cytryny, limonki oraz róży, wspomaganych dyskretnym ananasem i melonem. Cytrusowość jest nieco perfumowa, ciastowa, a faktura miękka, co czyni piwo sesyjnym. Brakuje mi w nim jednak goryczki. (6/10)


Stromboli
(ekstr. 16%, alk. 5,8%) próbuje zagaić podstawą słodową przypominającą lekko karmelizowane ciasteczka, oraz chmielową częścią główną w postaci nut pomarańczy, melona i opuncji, przy umiarkowanej goryczce. Co ciekawe, uzyskano zadziwiającą gładkość faktury bez użycia owsa czy laktozy. Ponownie brakuje mi w tym piwie mocniej zaznaczonej goryczki. (6,5/10)


Vesna 2022
(ekstr. 13%, alk. 4,5%) to kolejny mocno chmielowy, a zarazem niskogoryczkowy twór, w odróżnieniu od powyższych po swojej stronie ma jednak bardzo przyjemną rześkość. No i przy braku dosadniejszego finiszu jest też wyzbyty słodyczy, a przy okazji atrakcyjny aromatycznie – grejpfrut, pomelo, trochę żywicy, śladowe geranium, no i przede wszystkim wyraźna skórka limonki. Bardzo dobre piwo. Z goryczką byłoby pewnie wyśmienite. (7/10)


Zima 2021
(ekstr. 29%, alk. 11,5%) przeniósł mnie w dużo bardziej dosadne, wręcz esencjonalne rejony. To jest absolutnie fantastyczny barley wine – gęsty, oleisty, nalewający się z gracją. Piwo jest pełne, mocarnie słodowe, a jednak nieprzesadnie słodkie, z odpowiednią goryczkową kontrą. Jest miękkie, śliskie wręcz, alkohol grzeje przełyk, poza tym jest jednak nieodczuwalny, brak cierpkości. Pełno tutaj orzechów, szczególnie włoskich oraz laskowych, występujących aż po lekko gorzki finisz. Sporo jest też daktyli, rodzynek i brązowego cukru – wszytko jest oparte o mocarną słodowość. Wręcz powiedziałbym, że – przy takim stężeniu alkoholu – piwo charakteryzuje się zadziwiającą pijalnością. Mistrzostwo! (8,5/10)


Fogtown
(ekstr. 12%, alk. 4,9%) ma świetną etykietę oraz wnętrze, które nie do końca czyni etykiecie zadość. W nosie głównie grejpfrut i żywica oraz pochodne – czyli pomelo i sosna. Do tego trochę melona i mandarynki. Całkiem zgrabnie. W smaku zgodnie z oczekiwaniami piwo jest mało soczkowe, ale i mało gorzkie, no i bardzo rześkie. Ostatni element nadrabia częściowo braki w zakresie goryczki. Smaczne. (6,5/10)


Przedpremierowo wręczono mi w prezencie Solar Orbiter (ekstr. 15%, alk. 6,6%). West coast IPA, która miała być gorzka. Właśnie, miała. Etykieta wywołująca skojarzenia z Into The Sun zespołu Unearth to najfajniejszy element piwa. Okej, profil chmielowy też jest bardzo fajny, no i oldskulowy. Mieszanka Chinook, Amarillo oraz Citra dała mu nuty żywiczne i biało-cytrusowe, trochę herbacianych naleciałości i bardzo subtelny anyż, który nie powinien przeszkadzać w takim natężeniu i anturażu nawet osobom mającym z nim problem. No i tak – piwo wprawdzie jest faktycznie wytrawne, natomiast goryczka jest raczej stonowana. W tym sensie jest to entry level west coast dla ludzi, którzy przygodę z craftem zaczęli od nju inglandów. Ba, mam wręcz wrażenie, że wymieniono w tym piwie soczystość nju inglanda na klarowność oraz goryczkę na pół gwizdka. Jakby chciano mimo wszystko trafić również do nowoczesnej klienteli. Siedząc okrakiem na barykadach, na granicy między skrajnościami, z reguły kończy się w miejscu, w którym brakuje wyrazistości. Żeby nie było – to bardzo dobrze wykonane i bardzo smaczne piwo, ale mam wrażenie, że przy opracowaniu koncepcji zabrakło odwagi, ergo nie jest to bezkompromisowy west coast, jakiego oczekiwałem. (7/10)


A teraz dolniaki.


Patronus
(ekstr. 10%, alk. 3,8%), syberyjska desitka, jest piwem mocno ziołowym z nutami słomy i bardzo subtelnym aldehydem octowym, który w takiej dawce zaokrągla jej smak. Goryczka jest średnio mocna i niesamowicie miękka i szlachetna. To jest bardzo dobry pils. (7/10)


Czy to aby jest faktycznie smak życia codziennego? Everyday Life (ekstr. 12%, alk. 5,1%) to piwo przecudowne, jeden z najlepszych pilsów, jakie kiedykolwiek piłem. Świeżutka, chrupka słodowość, przeszycie ziołowe czyniące piwo w pewien sposób soczystym mimo braku owocowych nut, mocarna ziołowa goryczka, no i zero masła czy innych przeszkadzajek. Cudowne! (8,5/10)


Soulmate
(ekstr. 13%, alk. 4,6%) to tmave z bukietem złożonym mniej więcej po równi z ciemnego chleba, karmelu i gorzkiej czekolady. Słodyczy zostawiono minimalną ilość, goryczki zresztą też. W smaku wspomniana czekolada robi trochę słodyczowe, batonikowe wrażenie, przy braku substancjalnej słodyczy jako takiej. Intensywność smakowa jest nieco problematyczna – jest nisko-średnia w kierunku niskiej. Pije się spoko, jest to solidne piwo, ale nic ponadto. (6/10)


Spróbowano połączyć świat lagerów z nową falą, no i zaliczono upadek na twarz. Diplomacy (ekstr. 13%, alk. 5,6%) to india pale lager, w którym na domiar złego (gdzie złem jest w zasadzie absolutny brak goryczki) stworzono wyjątkowo mdły profil chmielowy, złożony z nut melona, kiwi oraz jabłka, co sprawia, że pije się je z mocnym zażenowaniem. Kompletnie niepotrzebny wyrób. (4/10)


Ledoborec
(ekstr. 26%, alk. 8,5%) ma wszystko to, czego człowiek oczekuje od imperialnego portera bałtyckiego. Czyli przede wszystkim efekt tortu schwarcwaldzkiego, he. Czekolada, czereśnie, odrobina wanilii, a do tego śliwki, ciemne pieczywo rodzynkowe oraz umiejętnie zaznaczona paloność w finiszu, na tyle ograniczona, żeby nie był to stout imperialny, a jednak łatwo wyczuwalna. Dodajemy do tego gęstą, kremową konsystencję oraz balans słodko-gorzki, no i świetną głębię i otrzymujemy porter bałtycki, w którym wszystko jest na swoim miejscu. Super piwo. (8/10)


Najwyżej póki co ocenianym jasnym lagerem z tej stajni jest ponoć Jean Pierre Lager (ekstr. 11%, alk. 4,6%), uwarzony wespół z francuskim Piggy Brewing. Od innych syberyjskich pilsów odróżnia go użycie francuskich chmieli – Triskela oraz Barbe Rouge. Feeria aromatów kwiatowych oraz cytrynkowych zwiastuje, że to Triskel jest odpowiedzialny za większość bukietu; czerwone nutki teoretycznie łączone z Barbe Rouge są w zasadzie niewyczuwalne nawet ze świadomością, że powinny one tutaj być. W związku z powyższym, wespół ze słomowymi, leciutko chlebowymi przebłyskami słodowymi, całość pachnie jak naprawdę świetnie wykonany niemiecki pils. Problem jest jednak z goryczką. Nic dziwnego, że piwo jest oceniane wysoko na Untappd, portalu dla ludzi mających awersję do goryczki. Poza tym wsio gra. (7/10)


Skoro whisky to jasne słody oraz dębina, to może łącząc mocno słodowe jasne piwo z dębiną, można uzyskać piwne whisky? Udało się takie coś browarowi Moczybroda, natomiast Sibeeria nie osiągnęła tego poziomu. Timeless (ekstr. 14%, alk. 5,6%) to ‘oak aged pale lager’, co sprowadza się do tego, że miast efektu rozcieńczonego, gazowanego whisky, jak u Moczymordy, w szkle miałem lagera z nutami słomy i siana oraz stonowanym, cytrusowym nachmieleniem, no i lekkim aldehydem octowym (zielone jabłko). Dopiero wraz z ogrzaniem dębina zaznaczyła swoją obecność w postaci nut waniliowych, śladowo również orzechowych i opiekanych. Goryczka lekka, przy podkreślonej cielistości. Spodziewałem się czegoś dosadnego, dostałem piwo subtelne. Niezłe, ale dalekie od wykorzystania potencjału tej koncepcji. (6/10)

Jaki obraz wyłania się z tej selekcji, obejmującej prawie połowę obecnej oferty browaru Sibeeria? Jest to w moich oczach browar solidny, który poza pojedynczym wypadkiem przy pracy nie uraczył mnie żadnym złym piwem. Trzeba pamiętać, że ipki są robione pod nowomodną klientelę, czyli brakuje im dosadności w zakresie goryczki. Z kolei pilsy oraz – jak się wydaje – klasyczne style mocarzowe są najlepszą stroną tego browaru. Browaru, który tym samym pozostaje w spektrum moich zainteresowań.

slider 3273227185256723113

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)