Loading...

Konserwowanie polskiego craftu 25


Po dwa piwa od Pinty, Nepomucena oraz Stu Mostów. Co mogło pójść nie tak? Ciesząc się na zadowalające wrażenia z degustacji, nie mogłem przewidzieć, że „rzeczywistość okazała się być daleka od prawdy.”


O ile ostatnimi czasy nowe odmiany chmielu nie potrafiły mnie porwać, a szukając we wspomnieniach przykładów wyrazistości, nasuwa mi się jedynie niezbyt lubiany przeze mnie, ale przynajmniej charakterystyczny Sabro, o tyle Triumph faktycznie się wyróżnia w tłumie. Piwo o takiej nazwie od Funky Fluid (ekstr. 16%, alk. 6,4%) niesie nuty brzoskwini niczym z jogurtu brzoskwiniowego, pomarańczomandarynkę, a także limonkę przechodzącą częściowo w mleczne nuty kokosowe, a potem w delikatną różę. Kompozycja aromatyczna jest osobliwa i nie każdemu podejdzie, no ale właśnie – przynajmniej jest wyrazista. Być może to wspomniany, delikatnie mleczny charakter aromatyczno smakowy sprawia, że piwo wydaje się być dodatkowo gładkie, z kolei goryczka wypadła jak na tę stajnię miałko. W porządku piwo, przy czym traktuję je bardziej w charakterze ciekawostki. (6/10)


Bywa i tak. Powstaje sobie nowy kontraktowiec – w tym konkretnym przypadku Browar Karczewski – i postanawia po kilku latach wypłynąć na szersze wody nowofalowymi puszkami tworzonymi u polskiego pewniaka, czyli w Nepomucenie. No bo co jak co, ale pod względem wykonania Nepomucen to pewniak, prawda? Nieprawda. Otóż Karczewski złapał ewidentnego pecha, bo Kajakarz (ekstr. 6%, alk. 6,8%) to pierwsze utlenione piwo powstałe w Nepomucenie, które piłem od dawna. Rządzi nim landryna, oparta o żółte owoce tropikalne wprawdzie, no ale jednak landryna. Dodając do tego brak soczystości, brak substancjalnej goryczki oraz hopburn, otrzymujemy piwo, które właściwie w każdym wymiarze, w jakim porusza się hazy ipka, wystrzeliło w złym kierunku. Reasumując – pije mi się to podobnie ze smakiem jak Tyskie. (3,5/10)


Próba znalezienia złotego środka – takie skojarzenie miałem, obcując z New England IPA El Dorado Citra Sabro (alk. 6,5%) z Browaru Stu Mostów. No bo tak – w zasadzie nie można temu piwu specjalnie niczego zarzucić. Jest gładkie i jest lekko gorzkie. Jest pomarańczowe w smaku, lekko grejpfrutowe, z nutką ananasa, subtelnie okraszone sabrowym koperkiem. Jest dość soczyste, ale nie do końca soczkowe. Chyba każdemu powinno posmakować. Ale czy bardzo? Powinno posmakować w miarę. Nie jest wodniste, ale i nie jest przesadnie intensywne. Jest wyśrodkowane. Każdy w nim znajdzie coś dla siebie, ale zdziwiłbym się, gdyby ktokolwiek się nad nim rozpływał. Jest po prostu mało wyraziste. Ot, solidne piwo, które nie zapada w pamięć, brakuje mu wyróżników, czy chociażby ostrzejszych krawędzi, które mogłyby mocniej spolaryzować konsumentów. Mam wrażenie, że jest to piwo, które ma posmakować każdemu. Tak w miarę. (6/10)


Trzeba mieć tupet, żeby śmierdzącą dipkę nazwać mianem Nieskazitelnej. Flawless New England DIPA Mosaic Citra z Browaru Stu Mostów (alk. 8%) śmierdzi bowiem jak gnijąca pod lipcowym słońcem sałatka owocowa z cebulą. Czyli jak durian, symbol Półwyspu Malajskiego, którego nie wolno przewozić w bagażu samolotowym, bo tak śmierdzi. I właśnie dlatego tego piwa pewnie nigdy nie będą serwować w samolotach pasażerskich, hue. Pamiętajmy jednak, że francuskie sery wprawdzie śmierdzą przepoconą skarpetą, ale właśnie dlatego są takie dobre. No i ta dipka może i śmierdzi, ale w intrygujący sposób, sprawiający, że piwu nie brakuje wyrazistości. A poza tym obecne nuty tytki Haribo Tutti Frutti dobrze się w to tło wpasowują. Dzięki intrygującemu, a także rześkiemu aromatosmakowi pije się to nielekkie piwo całkiem żwawo, ale jest i cała chochla dziegciu w tym całym – to śmierdzące, ale niezłe piwo ma taki hopburn, że czyści rurę bardziej niż świńskie golono, pałaszowane razem ze skórą nieogoloną z sierści. A mogło być lepiej. (6/10)


Z jednej strony obawiałem się połączenia stouta z chmielem Sabro, z drugiej ciekaw byłem efektu. No i faktycznie – rezultat jest ciekawy, ale i obawy nie były bezzasadne. Collab Pinta Widawa (ekstr. 20%, alk. 6,8%) z jednej strony zagaja przyjemnie czekoladową bazą słodową oraz stylową, owsiano-stoutową gładkością, z drugiej wali koprem. Wymienione na kontrze limonkę i wanilię tez można wyczuć, wiśni i kokosa raczej nie (zamiast tego ostatniego jest ten nieszczęsny koper), zaś drugą problematyczną kwestią jest hopburn, którego w takim natężeniu w oatmeal stoucie nigdy wcześniej nie zaznałem. Parzy jak fiks. Generalnie więc jest to crossover (stout owsiany X DDH), którego nikt nie potrzebował i na jaki ten porąbany świat zasłużył. Niestety. (4/10)


Bardziej generycznym, ale i trochę lepszym piwem jest Collab Pinta Birbant (ekstr. 20%, alk. 8,1%). Klasycznym w perspektywie ostatnich dwóch lat, bowiem jest to kolejna DDH dipka. Przejrzałe, lekko gnilne tropiki chmielu Galaxy trafiają tutaj na żywicę Simcoe oraz grejpfruta Talusa, aczkolwiek w posmaku można również wyczuć frapujące nutki borówek. Brzmi ciekawie, ale ograniczona na szczęście rujnacja postępuje ponownie za sprawą irytującego hopburnu. Okej, piwo jest zawiesiste, bardzo soczyste i w miarę gładkie, niemniej jednak trochę pikantne. Nie tak bardzo jak stout owsiany uwarzony wraz z Widawą, ale trochę przeszkadza. Na poziomie Hazy Disco oridżinal z pierwszej warki. Czyli w sumie spoko, ale to nie jest poziom, którego oczekiwałem. (6/10)


Nepomucen
ponownie rysuje zwariowane linie. Jak widzę nazwę stylu – Lithuanian farmhouse IPA – to przypomina mi się tekst o litewskich wiejskich niefiltrach, który popełniłem na blogu jakąś dekadę temu, kiedy miałem mniej brzucha, mniej mięśni i mniej siwych włosów, no i wówczas faktycznie te Kauskauskasy z Oszona (nazwę przywołuję z podziurawionej alkoholem i rozczarowaniami życiowymi pamięci) to była jakaś tam ciekawostka. Pamiętam, że były mocno kwiatowe i oto Crazy Lines #07 Lithuanian Farmhouse IPA (ekstr. 19%, alk. 8,5%) to faktycznie bardzo przyprawowo-kwiatowe piwo, a zarazem i mocarnie brzoskwiniowe, tak bardzo, że aż językiem szukam tych grudek brzoskwiń ukrytych w jogurcie brzoskwiniowym z echt fruchtem w środku. W tle plumkają sobie skórki cytrusów różnorakich, szczególnie limonki, i to ona jest w zaskakujący sposób najbardziej namacalnym efektem obecności złowrogiego chmielu Sabro, a nie żaden koper. Piwo finiszuje średnio gorzko z posmakiem soczystego ananasa z puszki. Jest faktycznie, a nie jedynie na etykiecie stylistyczną hybrydą, jest wielowymiarowe, oryginalne i po prostu bardzo smaczne. (7,5/10)


Niespodziewanie na przeciwległym końcu spektrum jakościowego wylądował Nepomucen Crazy Lines #08 West Coast IPA (ekstr. 16%, alk. 8%). Napisałbym, że dawno nie piłem piwa tak wyzbytego polotu, no ale wcześniej jednak próbowałem obalić Karczewskiego powyżej, więc nie byłoby to zgodne z prawdą. Mało intensywny aromat brzoskwini i cytrusów jest tutaj podszyty frapującą maślaną nutką, budząc skojarzenia z niektórymi czeskimi mikrobrowarowymi niewypałami nowofalowymi. W smaku chmielowość nabiera nieco kwiatowego oblicza (miałem skojarzenia z rumiankiem), wciąż jednak niczego ciekawego nie da się na temat tego wyrobu napisać. Wprawdzie jest zdecydowanie wytrawne, ale nie w sensie goryczkowym – jest po prostu wyzbyte słodyczy, a na domiar bardzo wodniste. Myślę, że nawet po odsiewie Maltgardena większość krajowych ipek jest bardziej gorzka, wliczając w to hejzi ipki. Kto więc liczy na piwo wyraziście gorzkie albo przynajmniej intensywne smakowo, ten będzie zawiedziony. (3,5/10)

Ponieważ przymierzam się do częściowego ograniczenia konsumpcji piwa z powodów zdrowotnych, taka selekcja mnie nastraja optymistycznie. Jedno piwo na osiem okazało się warte swojej ceny (brawa dla Nepomucena) – w takim razie nie będzie mi tak bardzo żal, kiedy zredukuję moje zakupy craftowe.

slider 3962709041854727540

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)