Loading...

První české penetrace

Jednym z plusów mieszkania na południu Polski jest bliskość Czech oraz Słowacji. A jednym z plusów mieszkania pod Bielskiem zamiast w Mikołowie jest jeszcze większa bliskość obydwóch państw. I oto w pewną pogodną sobotę ruszyliśmy wozidłem na zachód i w dwadzieścia minut byliśmy już w krainie knedli i diacetylu. Jedna z całego szeregu wycieczek w tym kierunku od czasu przeprowadzki na P o d b e s k i d z i e poprowadziła nas krętymi drogami jednopasmowymi do Frydka-Mistka, skąd skręciliśmy na południe, w kierunku granicy słowackiej.

Minęliśmy Frydlant nad Ostravici, gdzie mieści się Hotel Beskyd, w którym działa minibrowar. A raczej działał, bo obecnie można się w nim napić jedynie warzonego nieopodal, paździerzowego Radegasta. Nie ma więc po co jechać do tego Frydlanta (bo do tego po drugiej stronie Czech to już jak najbardziej!), no chyba że się chce zaznać trochę tropikalnych  klimatów w tej części Europy, bo wejścia do obydwóch budynków urzędu miejskiego są ozdobione palmami, tak że petent może odnieść wrażenie, że urzędnicy w środku noszą białe garnitury i palą cygara.

Nie było nam tego dane sprawdzić, za to zajechaliśmy nad jezioro zaporowe Sance. Okrążyliśmy je wijącą się, leśną drogą otoczoną jesiennymi, częściowo zżółkłymi drzewami, całkiem zatłoczoną, bo prowadzącą do ośrodka narciarskiego Bila, aż dojechaliśmy do wsi Stare Hamry. Tam zaparkowaliśmy pod kościołem św. Jędrzeja, znajdującym się na całkowitym uboczu, czego świadectwem zabite deskami paździerzowymi witraże, przejmujący chłód buchający ze środka i brak dachu nad czymś, co w dalekiej przeszłości mogło pełnić funkcję plebanii. Nawet pobliski cmentarz był mocno zaniedbany, co wszak może stanowić potwierdzenie obserwacji poczynionych przez Mariusza Szczygła w swoich książkach o Czechach.

Przy pomniku ku czci miejscowych ofiar Wielkiej Wojny wskoczyłem na pniaka, zatapiając w nim całą stopę, taki był zmurszały. Jezioro zaporowe poniżej sięga tutaj swoich południowych kresów, rozlewając się na żółtawe łąki, które z tego miejsca wyglądają niczym dywan, a w tle na zakładkę nachodzą na siebie wzgórza miejscowego odcinka Karpat. Moje nozdrza wypełnił zapach żywicy. Nad brzegiem jeziora zaporowego uczyniłem słowiańskiego przykuca i się zadumałem.

Lepszy widok na jezioro zaporowe jest od strony północnej. Można podjechać aż pod samą elektrownię, skąd szlak prowadzi na Łysą Górę, najwyższe wzniesienie w tym rejonie. Siedem kilometrów długości, kiedyś mam to zamiar szafnąć własnymi nogami, ale póki co najbardziej lubię te góry, na które mogę wjechać samochodem. Czesi bezobciachowo tutaj brejkują prawo, omijając panelowy płot, zagradzający wejście na tamę, ześlizgując się z niskiej skarpy i spacerując sobie po tamie, ale wolałem nie ryzykować sytuacji, w której poczułbym się jak Pirs Brosnan w pierwszej scenie Golden Aj, wszak taka tama to obiekt strategiczny.

Żal z niewykorzystanej okazji odpiłem sobie dwa kilometry dalej, w Ostrawicy. Beskydský Pivovarek jest położony w niecce, we wsi, przy ulicy noszącej jego nazwę. Po przekroczeniu bramy wjeżdża się na ogromny, wyasfaltowany plac. Spora przestrzeń, sporo budynków. Całkowita wielkość pivovara jest na oko porównywalna do Browaru Na Jurze, choć nie wiem czy pod względem instalacji – chodzi mi tylko o powierzchnię. Na zewnątrz średnich rozmiarów ogródek, wypełniony po brzegi cyklistami, tak że masoneria naszego pokroju musiała zająć miejsca wewnątrz.

Tamże znajsują się dwa pomieszczenia, jedno duże, drugie bardzo duże, wypełnione nie-cyklistami. W sobotę to miejsce tętni życiem, jest bardzo gwarno, a sympatyczna szczególnie jak na Czechy obsługa dwoi się i troi. Klimat gospody, mniej obskurnie niż wynosi czeska średnia, z poprawnym jedzeniem. Miejscówka jest jednak najwidoczniej bardzo popularna, bo ceny są tutaj raczej stoliczne, praskie, niźli prowincjonalne. Niemniej jednak pierś z kuraka, zupa ziemniaczana i placek ziemniaczany z kiszoną kapustą dały radę. Gorzej miała się rzecz z piwami, które podaje się tutaj w temperaturze zdecydowanie zbyt niskiej.

Beskydský Ležák to słodowy, lekko maślany, niskogoryczkowy i mało wyrazisty lagerek, któremu sporo brakuje do rasowego pilsa (5,5/10). Zbuj to lekko tostowe, delikatnie wylepiające usta, miękkie polotmave z umiarkowaną goryczką, niezłe (6/10). Single Hop Ale Jaryllo łączy niezbyt podkreślone, owocowe nachmielenie ze średnią goryczką i trochę w tym układzie zbyt oczywistą słodyczą resztkową. Oraz delikatnym masełkiem (5,5/10). Najlepiej wypadł Anglan – silna goryczka, ciasteczka, kwiatowe nuty chmielowe. Poprawnie wykonany, pijalny extra special bitter (6/10). Źle nie było, natomiast mogło być lepiej – a to częściowo ze względu na wyczuwalną we wszystkich lanych piwach wadę, która może świadczyć o infekcji sprzętowej. Wszystkie piwa miały delikatny stęchły posmak grzybów i starej szkolnej ławki. Nie był dominujący ani narzucający się od razu, ale jednak obecny.

W domu pochyliłem się nad pozostałymi piwami z browaru, zakupionymi za ciężkie pieniądze, bo Czesi jak już sprzedają piwo na wynos, to od razu w półtoralitrowych krowach. Beskydské Hořké, czyli chyba najbardziej znane piwo z tego przybytku to naprawdę niezła IPA. Podkreślona goryczka, niemalże za dużo słodyczy resztkowej, żywica, cytrusy, delikatna piwniczna nutka w tle. Dobre to jest (6,5/10). Niewiele można napisać o Beskydský Red Ale (alk. 5,1%). Słodowość, karmel, trochę czerwonych owoców, wszystko na niskim poziomie intensywności. Poza tym silna, acz sucha goryczka. Bez wad i bez szału (5/10). Beskydský Summer Day Ale to połączenie garści chleba, odrobiny cytrusów oraz lekko podkreślonej, całkiem przyjemnej goryczki. Poprawne, choć i nieco wodniste (5,5/10). Double IPA o nazwie Double Elephant to natomiast jakiś żart. Karmelowa, lekko truskawkowa landryna z delikatnie alkoholową, ogółem jednak mało podkreśloną goryczką. Chmiele dały dyla. Sensu w tym nie ma. Co za sromota (3/10).

Stęchłych nut w butelkowych piwach nie wyczułem, więc wina za stan piw lanych w browarze leży zapewne po stronie instalacji wyszynku. Ciężko mi natomiast ocenić Beskydský Pivovarek całościowo. Jest pięknie położony, pośrodku gór, na zewnątrz rześkie powietrze miesza się co chwila z zapachem zacieru, jedzenie jest poprawne, obsługa miła, tylko piwa niestety nie do końca dają radę. Tak więc jako restauracja lokal warunkowo zdaje egzamin, jako browar już jednak nie. Szkoda, jako że jeszcze kilka lat temu Beskydský Pivovarek był wymieniany jako jedna z jaśniejszych gwazd browarniczych wschodnich Moraw. Z tamtejszego blasku obecnie niewiele zostało.

Następnego dnia udaliśmy się znowu do Czech, tym razem przejeżdżając przez czeską część Cieszyna (być może brzydszą nawet od Bytomia, acz atrakcyjniej położoną) oraz udając się trawersem przez położone na jego zachód włości, mijając położony kilka rzutów kotem dalej browar Radas, znany głównie z tego, że kosztował 2 miliony euro i że córka właściciela wygląda ponoć wręcz zatrważająco doskonale, dalej krętymi, wąskimi ścieżkami coraz wyżej, aż w końcu dotarliśmy do browaru Kohutka.

Tenże znany jest głównie z racji położenia przy głównym szlaku biegnącym na wierch Małej Praszywy, stąd jest popularny i oblegany przez turystów niczym schronisko górskie, a zarazem jest drogi niczym lokal w stolicy państwa. Ma dwa bezsprzeczne atuty.

Jednym jest wspomniane położenie. Umiejscowiony na łagodnym zboczu wzgórza, w drodze na szczyt, niedaleko lasu, pośrodku łąk opadających faliście w stronę północną. Panoramiczny widok ukazuje pagórkowatą topografię tej części Śląska Morawskiego z polami upstrzonymi pasącymi się owcami oraz wzgórzami porośniętymi kępkami drzew. W oddali, spomiędzy wzgórz wyzierają dymiące kombinaty Ostrawy oraz Karwiny, a jeśli się mocno wytęży wzrok, to i można zauważyć tonące we wczesnojesiennym smogu hałdy po polskiej stronie granicy.

Tam, w oddali, powietrze jest jakie jest. Tutaj, przy Kohutce, jest czyściutkie, rustykalne, górskie. Są odgłosy natury, zieleń, góry i wieś. Zapach siana miesza się z oborą, odgłosami wypasanego na łące bydła oraz przytłumioną muzyką disco z browarnych głośników, co jakiś czas zakłócaną skrzekiem jastrzębia.

Wspomniałem o mało fajnej muzyce, ale i bo jest to taka typowa wiejska gospoda ze wszystkimi jej zaletami oraz wadami. Nieprawdą jest bowiem, że tylko w Polsce wiejskie gusta muzyczne są mocno dyskusyjne. W Kohutce do tego dochodzi typowo czeskie, obskurne, drewniane wnętrze, które przynajmniej na mnie nigdy nie robiło zapraszającego wrażenia.

Niemniej jednak – samo umiejscowienie jest powodem, dla którego warto tutaj przyjechać. Osoby, które były w polskim browarze Miedzianka w Rudawach Janowickich mniej więcej będą wiedzieć, o co mi chodzi.

Drugim atutem Kohutki jest odkryty basen, z którego goście gospody mogą korzystać jeśli pogoda dopisuje. Browar z basenem otoczony morzem zieleni? Jeśli to kogoś nie ruszy, to już nic go nie ruszy. Poza latem, a raczej jego słoneczną i ciepłą częścią naturalnie ten atut nie ma zastosowania, ale i dla samych widoków browar jest wart polecenia. Uważają tak również zapewne koniarze, których spora liczba podjeżdża co chwilę pod browar na swoich wierzchowcach, żeby zamoczyć usta w lokalnym wywarze.

Zamówiłem więc po kolei całą ofertę browaru u bardzo miłej barmanki, porozmawiałem z rodziną, pogadałem z jednym z koni i wychyliłem cztery szklanice, wpatrując się w horyzont. Kohut 10 to przyjemnie żatcowo-chmielowy, średnio intensywny pils dobrej klasy, mimo mocno wytłumionego, ale jednak obecnego w tle aldehydu (6,5/10). Kohut 12 też jest wyraźnie chmielowy, przy czym jednak słodszy od desitki i wyraźnie estrowy (5,5/10). Kohut 13 Polotmavy Special to wywar z umiarkowaną goryczką, w głównej mierze tostowy oraz chmielowy. I tutaj się trochę owocowych nutek przewija, ale są wpasowane w bazę słodową (6/10). Brojler 14, czterokrotnie chmielony Citrą, faktycznie daje wyraźnie cytrusami, mniej brzoskwinią. Prosty, średnio gorzki, pijalny, ponownie jednak estrowe nuty się w nim przewijają (a jest to lager). Jako tako (5,5/10).

Do jedzenia dostałem coś, co określiłbym mianem chłopskiego ajntopfu, czyli wyglądało jak resztki z różnych dań, zmieszane z pokaźną ilością czerwonej fasoli. Wbrew pozorom było zjadliwe. Jednak – i tutaj dochodzimy do minusów Kohutki – cenowo to miejsce (poza zwyczajowo w Czechach tanim piwem) jest dość wymagające dla portfela. Nie należy go też raczej traktować jak schronisko, bezproblemowo można bowiem do niego dojechać samochodem. Jakość i cena podawanych dań nie odzwierciedlają oczekiwanej korelacji. Jakość piw też nie zachwyca, choć wypić się je da.

Tak naprawdę więc Kohutka wygrywa nie treścią, a opakowaniem. Jest to jeden z najpiękniej położonych browarów, w jakim byłem. Warto tutaj zboczyć z głównej trasy, będąc w drodze do Brna lub Wiednia.

O ile w Kohutce przechadzające się wzdłuż płotu konie to ruchomy element krajobrazu związany z gośćmi, o tyle w Hostincu U Koníčka, położonym kilka kilometrów na północ od Kohutki, jest to kwestia związana z samym miejscem. Nazwa gospody (oraz browaru) pochodzi wprawdzie od nazwiska rodziny, która urzędowała w tym miejscu bez mała sto lat temu, odnosi się jednak jednocześnie do koni, czego uwydatnieniem jest podkowa w logo gospody i browaru oraz jego umiejscowienie w starych stajniach. Naprzeciwko gospody na łące pasą się konie w dużej liczbie, a i koniarze czasami tutaj wpadają na piwo oraz strawę.

Wiejska gospoda jest jednym z dwóch wyszynków minibrowaru Koníček; drugim jest położony przy starej głównej drodze z Cieszyna do Frydka Mistka lokal o nazwie Koníčkův Dvůr. Zajazd jest całkiem obszerny, tańszy od Kohutki i sądząc po liczbie przewijających się przez niego klientów, bardzo popularny. Obsługa urodą równoważy swoją mrukliwość (efekt aureoli jak na tacy), ma zresztą ręce pełne roboty – co chwila podjeżdżają nowe grupki cyklistów oraz bajkerowców na kufel Ryzaka.

Piwo udowadnia, że warto. Ryzak to bardzo dobry pils bez śladu diacetylu, chlebowy, z przyjemnie ziołowym żateckim chmielem bardziej uwydatniającym się w smaku niźli w goryczce (7/10). Vranik był subtelnie palony, z delikatnym karmelem, nutą czekolady z rodzynkami i chleba rodzynkowego, lekko słodki. Bardzo dobrze wyważony, sesyjny, minimalnie chmielowy. Bardzo dobre tmave (7/10). Grošák z kolei miał wady – pomijając tostową słodowość był bowiem trochę maślany, z nutami jabłowego aldehydu. Słabe polotmave (4/10).

Jedzeniowo niewiele jestem w stanie powiedzieć, poza tym, że valašská kyselica to rodzaj hybrydy żurkowo-kapuśniakowej i była w porządku. Ale jeśli chodzi o czeskie gospody, to zazwyczaj poziom jedzenia taki właśnie jest. Czyli (tylko) w porządku. Warto się tutaj wybrać, tym bardziej, że ta wiejska gospoda jest umiejscowiona niedaleko autostrady. Podczas opuszczania lokalu mieliśmy co prawda scysję z jakimś nawalonym czeskim ciulem, która mogła się skończyć w sposób dosłownie fizyczny, no ale niestety – tego typu śmieci można znaleźć wszędzie. Gospodę polecam, szczególnie ludziom, którzy lubią konie. Ja nie wiem, czy lubię, bo nigdy nie próbowałem.

piwo w Morawach 5854136167259484335

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)