Loading...

Polska bieda, czeskie bogactwo. Z Bogatyni do Frydlantu.

Ten dzień nie zaczął się dobrze. Na DK81, dwupasmówce łączącej Wisłę z Katowicami, czyli popularnej wiślance, jakieś pół minuty przede mną miał miejsce wypadek drogowy. Niezbyt dobrze sobie radzę z widokiem ludzkiego cierpienia, szczególnie jeśli chodzi o dzieci, więc widok dwóch dziewczynek w wieku mojej córki, obserwujących w szoku i łzach jak ich zakrwawiona matka jest wyciągana zza kierownicy wraku samochodu, którym wjechała w przyczepę traktora sprawił, że przed dalszą podróżą musiałem zaliczyć dwugodzinną przerwę. Swoją drogą, każdorazowo przemierzenie autostrady A4 w kierunku niemieckiej granicy jest dla mnie okazją do przeklinania na głos na rodzimych kierowców. Tym razem musiałem jechać bite pół godziny z prędkością 100 km/h, bo trafiłem akurat na ogromny zlot fanatyków wyprzedzania siebie nawzajem w ciężarówkach, miałem też okazję obserwować pana w Porsche, który całe to towarzystwo wyprzedzał slalomem, używając przy tym pobocza jako dodatkowego, wręcz głównego pasa ruchu, no i kilka razy przekląłem siarczyście na padalców, jadących przy prędkości powyżej 130 km/h w pozycji przyklejonej do zderzaka samochodu przed nimi. Takim to bym osobiście aplikował publiczne batożenie na rynku w Radomiu, bo dorośli bawiący się na trzeźwo w "Jedzie pociąg z daleka" to wyjątkowo żenująca sprawa.

Celem wypadu było załatwienie spraw w Zgorzelcu, ale to dopiero nazajutrz. Pierwszy dzień zamierzałem spożytkować w całości krajoznawczo. Otóż z dzieciństwa pamiętałem film dokumentalny o Dreiländerecku, czyli miejscu, w którym stykają się granice Polski, Czech oraz Niemiec. Region był przedstawiony jako jeden z najbardziej zanieczyszczonych miejsc w Europie, falloutowy klimat postapokaliptyczny niemalże. Kojarzyłem też, że w Bogatyni można znaleźć domy przysłupowo-zrębowe, czyli taki miejscowy fachwerk. Ostatni fakt o Bogatyni, z jakim przyjechałem do tej miejscowości w charakterze umysłowego bagażu – jest to jedna z najbogatszych gmin w Polsce, wszak na jej terenie jest iście dupna elektrownia oraz równie dupna kopalnia węgla brunatnego.

Pomyślałby kto – jest bogactwo, będzie przepych! Nic bardziej mylnego. Od strony Zgorzelca dojeżdża się w kierunku południowym szeroką, równiutką szosą asfaltową aż do samej elektrowni. Ta, gdy tylko wyłania się zza jednego z licznych wzgórz tej mocno pofałdowanej części Łużyc, na tle łańcuchów górskich po czeskiej stronie granicy, wręcz przytłacza. Jest ogromna, wyraźnie większa od tej w Łaziskach. Jeszcze mocniejsze, acz i bardziej posępne wrażenie robi patrząc na nią od drugiej strony, z drogi prowadzącej z Bogatyni do niemieckiej Żytawy. Nie mogłem się zatrzymać w celu zrobienia zdjęcia, ale uwierzcie mi – widok z góry na kopalnię odkrywkową, która w każdym miejscu na Ziemi jest doskonałym synonimem kompletnej dewastacji krajobrazu, otóż widok na tę wyjałowioną do samej skały ziemię, nad którą góruje ogromna, ale w relacji do kopalni jednak mała elektrownia, jest mocno przygnębiający. Elektrownia z tej perspektywy jawi się wręcz jako potwór, który dosłownie wyjada ziemię wokoło, i to do cna, bo nawet o zgliszczach nie może być w tym miejscu mowy.

No dobrze, ale skoro już dochodzi tutaj do takiego wszechogarniającego zniszczenia dokładnie pośrodku soczyście zielonych, pokrytych lasami oraz wzgórzami Łużyc, to zapewne odbywa się to przynajmniej z materialnym pożytkiem dla miejscowej ludności? Otóż nie do końca. Sama droga prowadząca od elektrowni do Bogatyni na przykład jest tak podziurawiona, jakby parodiowała samą siebie. Jest to trafne preludium tego, co czekało mnie w samym mieście.

Osiemnastotysięczna Bogatynia od co najmniej dwóch stron może się poszczycić rozległymi polami podzielonymi na parcele, na których imponujące domki wybudowali sobie ludzie bogaci faktycznie bądź też mający odpowiednią zdolność kredytową, jak to się w branżowym żargonie określa potencjalnych niewolników banksterów. Zresztą przy wejściu do miejscowego dyskontu stara babcia pomstowała na głos, że „wciąż tu przyjeżdżają i tylko się pytają, gdzie tu jakaś działka budowlana, to wszystko kupią!” I vis a vis jednego z tych willowych pól, po drugiej stronie ulicy mieści się osiedle, które wygląda jak wyjątkowo szkaradny efekt kopulacji śląskich familoków rodem z Szopienic z najbardziej obskurnymi pensjonatami w Szczyrku z lat 70-ych. Ergo – kontrasty są znaczne. Centrum Bogatyni charakteryzuje się zrytym, dziurawym jak powierzchnia księżyca asfaltem oraz odrapanymi, a miejscami wręcz rozpadającymi się budynkami, częściowo pustostanami. Wspomniane domy przysłupowo-zrębowe w sporej części chylą się ku ruinie, do zadbanego fachwerku Alzacji daleko im tak, jak kotletowi sojowemu do bawarskiej golonki.

Na tle zamkniętych fabryk i zakładów produkcyjnych przechadzają się rzucające wyzywające spojrzenia gimnazjalistki, a pod blokami przesiadują łypiące okiem spode łba dresy. Przecinający miejscowość potok Miedzianka, w centrum flankowany zabytkowymi domkami, mógłby być miejscowym magnesem dla turystów, gdyby nie waliło z niego kanałem i gdyby tereny wokół niego w centrum odrestaurować, a przynajmniej skosić trawę, a niechby i chociaż zlikwidować straszące tu i ówdzie blaszaki. Obraz totalnego marazmu, mimo pięknej październikowej jesiennej pogody. W takiej scenerii tym większe zażenowanie wzbudziły we mnie plakaty wyborcze miejscowych świń, które przebierają racicami, żeby dorwać się do koryta, względnie się przy nim utrzymać. Gmina może i bogata, ale bez pomysłu dla siebie. Przy braku gospodarza z prawdziwego zdarzenia raczej przypomina oborę. Przykro to pisać, ale takie wrażenie odniosłem. Mieć tyle potencjału i tak go zmarnować – to już trzeba mieć talent. Gmina zamożna, ale to nie mieszkańcy są najważniejsi w tym równaniu. Na mapie Polski wystający z boku cypelek, na końcu którego mieści się Bogatynia, wygląda wręcz jak ślepa kiszka kraju. I jest to skojarzenie wyjątkowo trafne.

Zostawiłem biedną bogatą Bogatynię za sobą i skierowałem się w stronę Czech. Po kwadransie byłem już we Frydlancie, gdzie zarezerwowałem nocleg. Po niemieckiej stronie granicy nie opłaca się nocować, bo drogo. Po polskiej przy Zgorzelcu polecam chociażby urokliwy i niedrogi Pałac Łagów, ale tym razem mnie jednak zawiało trochę dalej, do krainy knedla i diacetylu. Frydlant to mała, niespełna ośmiotysięczna miejscowość w jednym z wielu górzystych rejonów tego górzystego kraju, położona nieopodal Liberca. Słynie z zamku, jednego z największych w całych Czechach, chociaż ja miałem większą chrapkę na miejscowy browar. Nocleg zarezerwowałem w byłej fabryce mebli, płacąc 150zł za piętrowy apartament, który metrażem odpowiadał ilości złotówek. Był niezwykle atrakcyjny, prawie tak bardzo jak jego właścicielka, bardzo powabna pół-Polka i pół-Czeszka. Duży salon, trzy sypialnie, dwie łazienki, w tym jedna z luksusowym whirlpoolem, widok na stare miasto z jednej i park z zamkiem z drugiej strony. Polecam to mało powiedziane.

Sam Frydlant ma w sobie ten obskurny sznyt większości miejscowości w Czechach. Z miejscowej rzeki Witki też śmierdzi kanałem, więc Bogatynia może podnieść kwestię, że i u innych biją Murzynów. Przynajmniej tyle, jest się z kim dzielić niedolą. Poza tym odrapane fasady kamienic, Penny Markt, kebab i chinol cenowo rywalizujące z miejscowym barem mlecznym (cesnacka z serowo-szynkowym wsadem za 3,30zł – polecam!). Niewiele się dzieje, no ale to są Czechy, tutaj poza Pragą generalnie nie dzieje się zbyt wiele. Rynek za to ładny, zadbany, z bardzo urokliwym ratuszem z jednej i zielonym skwerkiem z ławkami z drugiej strony.

Ciekawiej było z drugiej strony budynku, w którym miałem wynajęty mój tymczasowy domicyl. Mały staw, a nad nim wzgórze, na szczycie którego znajduje się wspomniany zamek. Nie miałem czasu żeby go zwiedzić, ale pod względem estetycznym z pewnością jeden z najładniejszych, jakie widziałem na żywo. Turyści chodzą tutaj zwiedzać, miejscowi zbierać borówki, a ja przyjechałem pić.

Schodząc bowiem ze wzgórza zamkowego w drugą stronę niż do miasta, po przebyciu około trzystu metrów dochodzi się do nowego, a zarazem wiekowego browaru. Zamecky Pivovar Frydlant to stosunkowo młode przedsięwzięcie, chociaż próbuje nawiązać do 1381 roku, w którym jednak tylko udokumentowano sam fakt warzenia piwa we Frydlancie. W miejscu, w którym działa obecnie browar, warzono piwo od co najmniej XVI wieku, przy czym obecne zabudowania browaru mają na oko nie więcej jak sto kilkadziesiąt lat. To i tak dużo jak na częściowo nowofalowy browar. Gabarytowo też są spore – jest to browar w starym stylu, z czasów, kiedy jeszcze słowo ‘fabryka’ nie miało złych konotacji. Ten stary frydlancki browar zamknęły czechosłowackie komunisty w 1949 roku, po czym pełnił on funkcję magazynu sera i warzyw, z czasem stając się niszczejącym pustostanem. Po wykupieniu areału przez prywatną firmę w 2010 roku zainstalowano w tym miejscu kolejny raz warzelnię i od 2013 roku Frydlant może się ponownie poszczycić browarem. I to nie byle jakim, bo piwa marki Albrecht uchodzą za jedne z najlepszych w Czechach. Po ostatnich doświadczeniach z czeskimi browarami położonymi po wschodniej, przeciwległej stronie Czech, tego właśnie potrzebowałem – czeskiego browaru, którego mogę polecić bezdyskusyjnie.

Schodząc krętą drogą prowadzącą od strony zamku, można ujrzeć browar wyłaniający się spomiędzy drzew. W październikowym słońcu stare zabudowania położone na zakole drogi, zaraz przy moście nad rzeką Witką wyglądają całkiem atrakcyjnie, zaś wnętrze, typowo czeskie połączenie białego tynku i ciemnego drewna, wprawdzie nie jest specjalnie powabne, ale daleko mu do obskurantyzmu niektórych czeskich hospudek. Dwie dziewczyny obsługiwały tego dnia na zadowalającym poziomie, przynosząc mi piwo za piwem, a pomiędzy piwami również całkiem niezłą pizzę z tuńczykiem oraz średnio dojrzałego hermelina. Poza pizzą można tutaj zjeść skrzydełka i golonkę – menu nie jest rozbudowane, ale wystarczające na połączenie degustacji z obiadem. Jako że był wtorek, to ruchu nie było zbyt wiele, choć jak na początek tygodnia nie było z pewnością źle. Miejscowi wydają się tutaj znać nawzajem, co nie dziwi, biorąc pod uwagę kompaktowe rozmiary Frydlanta. Od młodych blackmetalowców po sędziwych piwoszy w koszulach flanelowych przez lokal przewinęły się różne osobowości, w tym i jeden młody Polak poza mną oraz grupa niemieckich rowerzystów. Zauważyłem, że tutaj, na czeskim pograniczu, Czesi często władają niemieckim, a także polskim. Zgaduję, że Polacy gadają nierzadko po niemiecku, zaś Niemcy nawet z niemieckim mają problem, wszak przy całej mojej względnej sympatii dla Sasów, okrutnie kaleczą ten twardy język, nadając mu nieco błotniste oblicze.

Najlepszymi klientami tego dnia byli bez dwóch zdań stary Czech i młody chyba Niemiec – jako że stary gadał z obsługą po czesku, a młody ze starym po niemiecku. Stary oznajmił obsłudze, że chce na wypróbowanie na wynos po dwa piwa wszystkiego co mają, bo jest patriotą. Obsługa się ucieszyła, nie zwyzywała go od zaplutych karłów reakcji i przygotowała 34 flaszki o pojemności 700ml. Te flaszki stoją w browarze po mniej więcej 15zł, tak więc był to zapewne dość majętny patriota. Ja się zresztą też zaopatrzyłem w baterię piw na zaś, bo nie sposób było się przez wszystko przedegustować w jeden dzień. A trzeba na wstępie zaznaczyć, że Albrecht okazał się w pełni wart swojej renomy. Swoją drogą, myślałem, że towarzyski browarniany kot, który się do mnie przysiadł w trakcie konsumpcji może być manifestacją kaca, który czekał mnie nazajutrz, ale górskie powietrze zrobiło swoje i kot pozostał li tylko kotem. Uff.

Ad cerevisiam: Z siedmiu kranów uzbrojone były tylko cztery. W trakcie tygodnia w normalnym wypadku jest ich pięć, a w weekendy siedem. To oznacza, że w miniony weekend przez krany musiało się przelać wyjątkowo dużo piwa. Albrecht Lezak 12 to bardzo dobry pils – zioła, podkreślona goryczka, wycofane słody, miękkość, pijalność. Bez zarzutów (7/10). Karel APA 11 jest piwem dość herbacianym, z podkreśloną ziołową goryczką, stosunkowo mało intensywnym w smaku. Ok (6/10). Jazz Svetly Lezak 13 to jeden z najlepszych czeskich pilsów. Kropka. Podkreślone nachmielenie kontrujące trochę wzmocnione ciało, wyraźna słodowość zdominowana przez goryczkę, trochę nut piwnicznych. Intensywne piwo niczym prosto z tanku (7,5/10). Katerina Tmavy Lezak to z kolei jeden z najlepszych tmavych. Znowu kropka. Lekko kawowo palony, trochę czekoladowy, z delikatnymi akcentami chmielowymi z jednej, karmelowymi z drugiej strony. Ładnie przegryziony, mocno pijalny, delikatnie piwniczny. Świetne piwo (7,5/10). Pozostałe wyroby musiałem kupować w butelkach. Drogich, bo jako rzekłem po około 15zł za sztukę w krachli o objętości 700ml, przy czym kaucja i tak jest każdorazowo doliczana. Desitka Single Hop Vital faktycznie dosadnie ukazuje oblicze tytułowego chmielu. Oblicze ziołowe, kojarzące się ze świeżym tymiankiem, trochę z oregano i trochę z marychą. Przydałaby się tutaj większa goryczka, ale jest dobrze (6,5/10). Poctiva Dvanactka ze 100% Zeleneho Chmele (uff...) aż tętni chmielem, jego świeżym ziołowym aromatem i smakiem, ziołową goryczką, przy wyraźnie wycofanej słodowości. Bardzo dobre, bez dwóch zdań. Szczególnie zagryzane hermelinem (7/10). Altbier, jeden z niewielu reprezentantów stylu spoza Niemiec i Polski, jakiego piłem, dał radę w pełnym zakresie. Laskowe orzechy, słodka, lekko przypiekana słodowość, ciut zielonych nutek chmielowych oraz kulminacja w chmielowo-orzechowym finiszu. Kurczę no, rasowy alt (7/10).

Resztę piw wziąłem na wynos, no bo ileż można. Tutaj skrótowo: Albrecht 10 Vycepni to solidna desitka, która po swojej stronie ma wyraźne nuty Żatca i mocno podkreśloną goryczkę, a także wycofaną słodowość, choć z drugiej strony jednak finisz jest nieco pustawy (6/10). Rzadko kiedy potrafi mnie rozgrzać klasyczny brown ale, ale Mas Querido to strzał w dziesiątkę. Bardzo silna laskowa orzechowość, wtręty kwiatowych i ziemistych chmieli, a nawet ciut okołowiśniowej owocowości – nawet jeśli baza jest stylowo karmelowa, to nie ona zaprząta tutaj zmysły. Lekkie i sesyjne piwo (wszak jest to jedenastka), przy którym mógłbym spędzić cały wieczór. Klasa (7,5/10). Albrecht Svetly Lezak 11 zaskakuje zbożowością, która przynajmniej w pozostałych pilsach z tego browaru nie jest taka wyraźna. Poza tym jednak na pierwszym planie mamy tutaj ziołowy chmiel żatecki, a i goryczka jest dosadnie podkreślona, no i ciało jest optymalnie smukłe. Warto podkreślić, że albrechtowe pilsy nie są diacetylowe. I całe szczęście, że nie! Świetny pils! (7,5/10). American Lager 12 – na Mandarinie Bavarii i Summicie. Spodziewałem się najgorszego, tymczasem podczas gdy w aromacie można wyczuć szczątkową obecność mdłej mandarynki i zielonej cebulki od wymienionych chmieli (a poza tym trochę zboża), ten ‘amerykański lager’ jest dosadnie nachmielony lupuliną żatecką, wskutek czego w aromacie dominuje czeski chmiel, zaś w smaku wręcz releguje nowofalowe lupuliny w niebyt. No, czyli w istocie jest to jednak pils czeski, ziołowy, delikatnie tytoniowy. Piwo nie spełnia więc danych oczekiwań. I bardzo dobrze – szczególnie że ziołowa goryczka ma odpowiedni pazur (7/10).

Wielkim, pozytywnym zaskoczeniem był Albrecht Red IPA 15. Piękny cytrusowy aromat, czerwone owoce o lekko gumisiowej naturze, wiśnie, kwiaty, a do tego ciasteczkowe, ciut orzechowe, lekko tylko karmelowe podszycie słodowe. Gdyby taki bukiet miały czerwone ipy, wówczas z pewnością dużo mniej ludzi by na nie narzekało. Mięciutkie ciało, mocno podkreślona goryczka, intensywny smak – nie wiem, czy da się red ipę w ogóle zrobić lepiej (8/10). Na tym samym poziomie jakościowym orbituje Albrecht Morion Irish Stout 17. Intensywna gorzka czekolada w chlebie razowym z dodatkiem lukrecji i palonego ziarna. Subtelne nutki borówek i czerwonych owoców. Gładka, kremowa faktura, lukrecja nabiera na sile w finiszu. Ciut wanilii oraz kawy. Pełnia. Satysfakcja. Wyśmienity FES (8/10). Na koniec pierwszej tury wracamy do klimatów pilsowych. Frydlantsky Hospodar 12 powstał we współpracy z miejscową szkołą średnią leśnictwa i gospodarstwa, z chmielem wyhodowanym na terenach należących do tej placówki. No i niestety nie pykło do końca. Chmielu jest tutaj bardzo mało, dominuje chleb zmieszany z ciastem drożdżowym, z delikatnym dodatkiem diacetylu. Goryczka jest stonowana. Przypomina mi to piwo Harrachovskiego Leżaka, z blisko położonego browaru, nieopodal Szklarskiej Poręby. Z tamtym leżakiem mam fajne wspomnienia, bo obaliłem go razem z Anią na golasa w wielkiej wannie piwnego SPA. Z tym albrechtowym jednak nie wiąże mnie nic, stąd jest tylko niezły (6/10). Albrecht Svetly Lezak 13 to typowy pils z tego browaru, tyle że ma wszystkiego więcej. Więcej słodyczy resztkowej, więcej pełni, więcej goryczki, więcej ziarna i chleba, więcej ziołowych smaczków (częściowo wręcz tytoniowych). Świetny pils, ot co (7,5/10).

Dwa tygodnie później ponownie, tym razem w drodze do Liberca, zawitałem do Albrechta po piwa na wynos. Albrecht IPA 15 łączy mięciutką, wręcz zamszową słodowość z lekką słodyczą i silną goryczką. Obecny w bukiecie karmel jest stonowany i wyczuwalnie zamierzony. Owocowość chmielowa przeplata się z ziołowymi motywami i wprawdzie nie jest to lupulinowa bomba, ale w dalszym ciągu aromatyczna kompozycja, przekonująca harmonią. Świetne piwo (7,5/10). Kolejnym pilsem w albrechtowej kolekcji jest Svatomartinsky Special (ekstr. 14%, alk. 6,1%). Ziołowe chmiele są tutaj wycofane na rzecz bardziej podkreślonej słodowości, chlebowości i słodyczy resztkowej. Jest to jedno z nielicznych piw z tego browaru, w którym wyczułem diacetyl, jest on jednak na bardzo umiarkowanym, rozsądnym poziomie. Dobre piwo o wysokiej pijalności (6,5/10). Albrecht Melchior APA (ekstr. 12%, alk. 5,3%) to głównie cytrusy (pomarańcze, mandarynki), ale i trochę marakui oraz kwiatów. Mięciutka faktura, wyważona kompozycja smakowa, z podkreśloną goryczką balansującą słodycz resztkową. Aromatyczne, bardzo smaczne piwo (7/10). Intensywną, aromatyczną ipą jest też Albrecht Rapir (ekstr. 16%, alk. 6,5%), chmielony Galaxy oraz Topazem. Bukiet jest prosty, rześki i silnie chmielowy. Limonka i cytryna nadają ton, kocie naleciałości są absolutnie minimalne, jest za to trochę żywicy. Bardzo mocna goryczka jest balansowana lekką słodyczą resztkową oraz miękkim ciałem. Bez zarzutów (7/10).

Od czasów Matuski, a więc bodajże od 2012 roku, nie pamiętam, żeby mnie jakiś czeski browar tak oczarował. Jasne, jest też Kout na Sumave, ten robi jednak tylko kilka różnych piw, których zresztą dawno nie piłem, więc nie wiem, w jakiej są obecnie formie. We Frydlancie warzy się kilkadziesiąt różnych piw i są one niemalże bez wyjątku co najmniej bardzo dobre, zaś Red IPA, Orion Stout, Tmave oraz Mas Querido Brown Ale to piwa wręcz pokazowe, nie wspominając o pilsach, które unaoczniają, że czeskie pilsy bez diacetylu mają jeszcze większy sens niż te zawierające tę wadę.

Najlepszy czeski browar? Na chwilę obecną wydaje się, że tak. A na pewno najbardziej równy. Polecam bez dwóch zdań.

Na Frydlancie zakończyłem moją pierwszą przygodę z tą częścią Czech. Po to tylko, żeby dwa tygodnie później ponownie tutaj zawitać.

O tym jednak napiszę innym razem.

piwne podróże 5565557289352139239

Prześlij komentarz

  1. Takie spostrzeżenia z lata 2015 wygrzebałem, gdy jeździliśmy po trójstyku na rowerach w tamtym terenie:

    "Ach! Gdyby w Bogatynii tez tak zalano straszną kopalnie odkrywkową i zbudowano wokół niej infrastrukturę do wypoczynku to byłby raj... Albo nie, po powrocie do Polski przez międzynarodową drogę rowerową ER-2 w rejonie odkrywki kopalni Turów stwierdzam, że to nie ma sensu. Nigdy w tym miejscu nie uda się zrobić takiego cacuszka jak Olbersdorfer See, nie przy tych syfiarzach, którzy zasypali drogę obudowami od telewizorów, zderzakami ze schrottu, opakowaniami po (mam nadzieje) zużytych lekarstwach."

    "Tylko ten smutek, ktory w człowieku zostaje gdy podsumuje co widział w trakcie rundki po trzech krajach, przez trzy granice. Bilans jest tak przytłaczający dla Polski, że serce pęka. A przecież to wszystko miejsca, które komuna niszczyła tak samo długo (a moze i bardziej intensywnie). Zniszczenia widać zarówno w kategoriach infrastrukturalnych jak i mentalnych, to nie jest tylko kwestia kasy. Czesi mają swój styl spędzania wolnego czasu (taki bardziej "ludyczny" - świetne miejsce na plaże przy jeziorku koło Hradka nad Nisou), Niemcy mają klasyczny "ordnung" rownież w kwestiach wypoczynku (ta cisza, brak grających radyjek, prowadzone grzecznie motocykle koło plaży, brak wulgarnego języka w trakcie zabaw w wodzie), a Polacy mają wieś Kopaczowo, ktora jest ruiną rozpadających się budynków, zdegenerowanych ludzi pod jedynym sklepem z piwem w wiosce i Biedronkę przy samej granicy. Mozna się pochlastać."

    Dziwna zbieżność obserwacji :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic dodać, nic ująć, niestety... To raczej nie jest kwestia systemu czy zamożności, prędzej już wykorzenienia i braku motywacji do zagospodarowania terenu.

      Usuń
  2. Jak zwykle fantastyczna opowieść, relacja.

    Ps.stout to chyba jednak morion a nie orion.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, masz oczywiście rację. Już poprawiłem.

      Usuń
  3. Piękna relacja!

    OdpowiedzUsuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)