Loading...

Piwna Bratysława latem

Mało co świadczy tak dobitnie o moim uznaniu dla Bratysławy, jak wybór tej miejscowości na wyjazd kawalerski mojego brata. Polskie miasta są zbyt pospolite, Ostrawa fajna ale już na takim wyjeździe byłem, Praga jest trochę oklepana pod tym względem, no i nietania, zaś Lwów czy Budapeszt wymagałyby więcej kombinowania. Położona 4 godziny drogi od Katowic Bratysława to złoty środek. Wyjazd był bardzo upojny, bardzo intensywny i craft nie był jego głównym celem, niemniej jednak udało mi się zwiedzić kilka fajnych miejscówek i wypić trochę słowackiego craftu od jego czołowych twórców. Ten wpis może być więc traktowany w charakterze uzupełnienia niedawnych relacji zimowych z Bratysławy.

Pierwsze kroki po rozlokowaniu się w apartamentach niedaleko zamku skierowaliśmy do Sky Baru, żeby zjeść coś na wypasie i z widokiem. Duszną windą dojechaliśmy do designerskich wnętrz z pięknym widokiem na czerwone dachy bratysławskiej starówki, katedrę, zamek oraz ciągnące się zaraz poniżej okien planty. Ceny były stosowne do miejsca, czyli wysokie, niemniej jednak kuchni tajskiej w wersji gourmet nie można było niczego zarzucić – homarowe consomme i wołowina były prima sort. Wszystko w tym miejscu grało – wystrój, widoki, dopasowany do otoczenia lounge w głośnikach i profesjonalna obsługa. 

Co trzeba podkreślić – do kuchni można tutaj zamówić również piwo ze słowackiej wyższej półki. Wybór padł na Hellstork Pink City, akuratną session ipkę z wyrazistą goryczką, pełną nut grejpfruta uzupełnionych o marakuję i subtelny słodowy posmak. Bardzo dobre (7/10).

Sierpniowa aura sprzyjała eksploracji miasta, wybraliśmy się więc spacerem przez starówkę i wzdłuż Dunaju do beach baru Pláž Stare Mesto. Wychyliliśmy kilka Urquellów przy akompaniamencie fajnego house’u z widokiem na Dunaj – miejscówka fajna na odpoczynek.

Craft jednak wzywał. Po zupełnie przypadkowym spotkaniu na ulicy koleżanki wraz z jej byłym chłopakiem z Bangladeszu, który przyjechał ją podbić od nowa (mission failed) usiedliśmy na placu przy naddunajskiej galerii Eurovea, należącym do Craft B33r Gallery, miejsca, które opisałem już wcześniej. Tutaj wchłonąłem Wywar Porch Punker. Cytrusowa, delikatnie chlebowa APA ze średnio mocną goryczką. Proste, smaczne piwo (6,5/10).

W międzyczasie zapadł zmrok, a my udaliśmy się do jednego z obecnie najfajniejszych miejsc craftowych w Bratysławie, czyli dwubaru. Tam, gdzie wcześniej był Žil Verne (opisany już wcześniej), tam obecnie po wejściu przez bramę z jednej strony jest nadal multitap Žil Verne, a w lokalu naprzeciwko mieści się nowy Be Unorthodox Craft Beer Bar, firmowy wyszynk słowackiego Unorthodoxa. Plac w bramie pomiędzy nimi ma stoliki, zaś deptak, przy którym mieści się brama, jest usłany knajpami z ogródkami piwnymi. Dodatkową atrakcją była para, tańcząca na tymże deptaku z ogniem, a później uprawiająca acrojogę, co w połączeniu z ciepłą aurą i masą ludzi zagwarantowało wzorowo imprezową atmosferę.

Samo Be Unorthodox to mała, alternatywna klitka z kolorowymi ścianami pełnymi różnych potworków i trupich caszek, wytatuowaną barmanką i ośmioma kranami, na których obok Unorthodoxa i Hellstorka królują importy. Ceny tych ostatnich, chociażby Brew Age z Austrii, potrafią być niższe niż miejscowych craftów. Nastawiajcie się na 3,5-4 euro za 0,3-0,4 litra, acz za 2,60 można było dostać z kranu 0,3l Ayinger Celebratora, najtańsze (!) piwo w knajpie.

Sprawdziłem formę tutejszych craftowców. Hellstork LTD07 Gose Coffee Cascara było średnio kwaśne, łączyło silne nuty świeżej śliwki z delikatnymi suszonymi owocami i lekko kawowym posmakiem. Bardzo udany eksperyment (7/10). Unorthodox Bittersweet Lament to soczysta malina z dodatkiem limonki, skojarzeniowo można wyczuć marakuję, ciut soli i goryczki, dość kwaśne, wzorowo rześkie. Świetne piwo (7,5/10). Kolejną świetną pozycją była APA Morning Star z Unorthodoxa, intensywna szczególnie biorąc pod uwagę ledwo 3,5% alkoholu; mocno cytrusowe piwo z silną goryczką, bez niedomówień (7,5/10).

Dwubar Žil Verne/Be Unorthodox to jest rewelacyjne miejsce na letnią posiadówę.

Po odświeżeniu się w hotelu (gdybym był kobietą, to poprawiłbym makijaż; jako że nie jestem, to wchłonąłem na szybko butelkę Ridgeway IPA) wyszliśmy na miasto bardziej wyjściowo. Klub taneczny Masquerade był w porządku, chociaż głównie ze względu na tancerki go-go, bo DJ nie zachwycał. Trzeba jednak powiedzieć, że piątkowe wieczory w centrum Bratysławy latem są bardzo imprezowe, z masą ludzi, masą otwartych knajp i masą atrakcji.

Na after udaliśmy się do specyficznego tapu o nazwie Steinplatz. Ktokolwiek wpadł na pomysł urządzenia multitapu w dawnych pomieszczeniach miejskich latryn, dostaje punkt za oryginalność. W takim miejscu wszelkie powiedzonka od szczochów na kranach przez getting pissed aż po sranie do kadzi dostają dodatkowego znaczenia. Na szczęście wewnątrz nie śmierdziało łajnem, ale miejsce jest i tak wystarczająco osobliwe. Skrajnie odrapane, grubo wydrążone ściany stabilizowane metalowymi podpornikami, biegnące wzdłuż osmolonego stropu rury, krzywa, niedbale wyłożona kaflami posadzka, a do tego cała masa starych, zupełnie randomowych bibelotów od sasa do lasa, typu metalowe, wytłaczane talerze, połówki rowerów, dziwne popiersia niewiadomokogo, czy przytwierdzone do ścian klamki.

Klimatycznie oświetlone podziemia tej piwnej, wydrążonej w gruncie w centrum europejskiej stolicy ziemianki, mają urok starej spelunki dla morderców i oszustów, może też piratów (gdyby jednak morze było trochę bliżej, a czeskie szanty były więcej niż tylko memem). Było gwarno, z głośników leciał jakiś stary, czerstwy metal, piwo lało się strumieniami. Wszystkie krakowskie piwnice mogą się schować, bo w zestawieniu ze Steinplatzem brakuje im autentyczności. Niesamowicie intrygujące miejsce dysponuje dwunastoma kranami, z których leją się piwa Lucky Bastard, Mazaka, Wywara czy Ravena. Ceny są tutaj o jedną trzecią, a czasami nawet o połowę niższe niż na starym mieście, tak więc za 0,4l zapłacicie w przedziale 1,6-2,3 EUR.

Na początek zamówiłem czerwoną ipkę Einstein Steinplatz 15°, firmowe piwo lokalu. Lekko brzoskwiniowy ejlik z goryczką lekką do średniej. Poprawny, pijalny (6/10). Zichovec Sour Guava z kolei punktował tytułową guawą, obniżał loty za sprawą obecności drożdży w bukiecie, no i był jednak bardziej gorzki niż (leciutko) kwaskowy (5,5/10).

Następny poranek rozpoczęliśmy śniadaniem w opisanym w styczniu Urban House, a konkretnie w umieszczonym z boku deptaku ogródku knajpy. Świetna obsługa, pizza z rukolą, ramen, wyśmienity melbourne breakfast z dużą ilością awokado – wszystko tutaj gra, a przy okazji jest to świetne miejsce na poimprezową regenerację.

Piwnie ponownie zapunktowali. Wildstork Pina Colada Cuvee Miami Weisse to jest mocno kwaśne piwo z dominacją funku nad chmielem, z nutami ananasa i innych żółtych owoców oraz delikatnym kokosem w posmaku. Bdb (7/10). Hellstork Tropical Ale to lekkie ale i soczyste piwo o niskiej goryczce. Mimo subtelnej lateksowości bardzo mi smakowało. Guawa, kiwi, ananas, marakuja oraz szczypta korzenności. Ponownie bdb (7/10).

Rozbieg musi być, tak więc drugim przystankiem był ogródek Žil Verne. Sessler Rivassa to bardzo wodnisty, słaby kwasik, choć przynajmniej rześki. Połączenie porzeczki z agrestem, mocno rozwodnione, lekko kwaskowe (4/10). Raven Framboise Infused Berliner Weisse to soczysty zapach, kwasek lekki do średniego, mocna rześkość, ciut siarki i gładki jogurtowy posmak. Fajne maliny (6,5/10). ZiWELL Previt nie wyszedł jak rasowy witbier. Ogólnie zbyt słodowy z wyraźnym biszkoptem, trochę siarki, lekki cytrus plus sporo goździków i anyżopodobnych korzeni. Jako tako (5,5/10). Jama Splatter to ipka z solidną bazą słodową, goryczką średnią do wysokiej oraz soczystym nachmieleniem, które daje bardziej cytrusami niż owocami tropikalnymi. Bardzo dobre (7/10).

Podjęliśmy decyzję o przekroczeniu Dunaju. Po drodze poznaliśmy grupę Austriaczek na wyjeździe panieńskim; co ciekawe, w trakcie takiego wyjazdu tradycyjnie kwestują u przechodniów o pieniądze na picie. No bez przesady, to tak, jakbym wyjechał z Polski do Lwowa i tam zaczął żebrać. Ale Germanie generalnie nie charakteryzują się nadmiernym poczuciem wstydu.

Następnym przystankiem był Dunajski Pivovar, też już opisany wcześniej. W prażącym sierpniowym słońcu górny pokład był wprawdzie prawie opustoszały (może wieczorami mają tu miejsce jakieś imprezy), ale nie szkodzi. Przy okazji – jeśli nie wiecie, co to jest tzw. efekt aureoli, to poprosiliśmy średnio urodziwą kelnerkę o zrobienie zdjęcia. Efekt nam się średnio spodobał. Kiedy o to samo poprosiliśmy siedzącą obok, śliczną Słowaczkę, zdjęcie wyszło w naszym miemaniu dużo lepiej. I to jest właśnie efekt aureoli.

Co do piw, to Svetle 11,5° było przyjemnie chlebowe, choć w posmaku pałętała się marchewka. W tej aurze dobrze wchodziło (6/10). Pšeničný špeciál 12° Svetlý był w głównej mierze drożdżowy, wręcz zawiesisty, trochę goździkowy, marginalnie owocowy. Słaby (4/10).

Jako że połączenie skwaru i piwa jednak daje w czerep, toteż udaliśmy się nieopodal na chill do miejsca o nazwie Magio Pláž. Połączenia piaszczystej plaży, zespawanych ze sobą kontenerów, leżaków i stolików są w Europie wschodniej całkiem popularne i nie inaczej było w tym miejscu. Daje możliwość odpoczynku w cieniu po południowej stronie miasta przy plaży. Tutaj najpierw poszedł Zlatý Bažant, a potem pół litra robionej lemoniady.

Włączył się głód, toteż przekroczyliśmy Dunaj ponownie, tym razem lądując przy wspomnianej galerii Eurovea. Obok Craft B33r Gallery mieści się tutaj Kolkovna, czyli restauracja należąca do Pilsnera Urquella. Ta niezbyt rozrośnięta sieciówka jest moim zdaniem dowodem na to, że koncern może raz na jakiś czas zrobić coś w pełni satysfakcjonującego dla klienta. Ładne wnętrze, przyjemny, rozległy orgódek z widokiem na Dunaj, a do tego tankovy Urquell (bardzo lubię) i świetne Buffalo Wings. Nieraz tutaj się stołowałem i z pewnością jeszcze nieraz powrócę.

Szybki spacer do hotelu, wódeczka zagryziona zrolowanymi anchovies i wypad na miasto. Plan na wieczór był ambitny. Na początek chciałem towarzystwo zaprowadzić do Sub Club, imprezowni mieszczącej się w bunkrach we wzgórzu zamkowym, pod samym zamkiem, na imprezę drum’n’bass. Kiedy dotarliśmy do celu, imprezy jeszcze nie było, udaliśmy się więc niedaleko w polecone miejsce, zwane Bratysławskim Trójkątem Bermudzkim. Początek odnogi deptaku Beblaveho, wiodącej krętą ścieżką w stronę zamku, pomiędzy Muzeum Miejskim a knajpami Drink In Gallery Andy oraz Vydrica, to miejsce przesiadywania przedimprezowego młodych miejscowych. Kiedy więc staliśmy sobie z piwkami wśród młodych Słowaków, poczuliśmy ochotę socjalizowania się, szczególnie kiedy naszych nozdrzy dosięgnął charakterystyczny zapach. Niestety skończyło się to tym, że siedziałem przez dwie godziny na ławce, czekając na koniec zlotu, kiedy reszta poszła się bawić do Sub Clubu. Kuzynowujek, który został, żeby mnie pilnować, dowiedział się od barmana jednej z wymienionych knajp, że „you should be careful about the quality of local weed. It’s very bad.” Szkoda, że tego nie powiedział wcześniej.

Po dwóch godzinach byłem gotowy do dalszych wojaży, zaś reszta wróciła z Sub Clubu (ponoć klimatyczna impreza), więc udaliśmy się na miasto. Jako że była to właściwa część wyjazdu kawalerskiego, z wszystkim czego człowiek oczekuje, toteż napiszę tylko w skrócie, że w klubie Channels grał dobry DJ, w klubie Kabaret tańczyły fajne dziewczyny, no i że trzeba bardzo uważać na klub Cats (często występujący również pod nazwą Luxury Cabaret bądź Hypnotic Cabaret), do którego o mało co nie weszliśmy. Naganiają do niego m.in. sprowadzeni w tym celu cyniczni studenci z Polski, zaś ów klub Cats jest, jak można przeczytać na guglu, ponoć miejscem, w którym do darmowych shotów dosypują pigułki gwałtu i czyszczą kieszenie oraz konta bankowe frajerów, z finiszem w postaci wyrzucania ich na bruk przez ochronę. Entuzjastyczni recenzenci piszą o swoim szczęściu, wszak obudzili się po wszystkim w tym samym mieście. Niektórzy bez pieniędzy, karty bankomatowej, a nawet wierzchniego odzienia i w zupełnie innej dzielnicy, ale przynajmniej nie w Berlinie. Choć jeden ponoć w Pradze.

To tak w wielkim skrócie.

Następnego dnia trzeba było wracać do domu, ale przecież nie byłem kierowcą, hehe. Śniadanie zjedliśmy w Urban Bistro, czyli Urban House, tyle że w mniejszej wersji i w innym miejscu starego miasta. Podobne menu, ale okrojone, piwa słowackie po 3,9 EUR, a Omnipollo za tyle samo. Melbourne breakfast było kozackie, generalnie Urbany w Bratysławie mają fantastyczną kuchnię.

No i piwo. Hellstork Kleine Josefine to piwo niezbyt intensywne, ale za to miękkie, z mocną goryczką. Ziołowe z grejpfrutowymi motywami i jednoznacznie ziołową goryczką. Session ipka po niemiecku. Dobre (6,5/10). Wywar Martin 12° Svetlý Ležiak jest smacznym pilsem. Lekko chlebowym, wyraziście ziołowym, z podkreśloną goryczką. Delikatny minus za echo marchewki w posmaku (6,5/10).

Na odchodnym zaliczyłem jeszcze 17s Bar przy deptaku Hviezdoslavovo. Knajpa wygląda jak połączenie praskiej Jamy z pubem angielskim, jest więc w środku dość ciemno, ale ogródek przy bulwarach oraz oferta piwna – między innymi Matuška Apollo Galaxy w świetnej formie – wynagradzają wszelkie ewentualne niedogodności. Przy okazji na koniec – Garáž IntelektuALE 12° to nic specjalnego. Słodowe, trochę maślane, delikatnie korzenne. Jako tako (5,5/10).

Zupą Tom Yam w jakiejś restauracji o zapomnianej nazwie zakończył się dla mnie upojny pobyt w jednym z moich ulubionych miast. Pisząc tę relację, miałem w zasadzie bez przerwy uśmiech na twarzy, tak więc jestem pewien, że za jakiś, mam nadzieję niedługi czas ponownie stolicę Słowacji nawiedzę. Czego i Wam życzę.


Žil Verne 2482194163402454058

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)