Loading...

Pojechałem na One More Beer Festival w Krakowie i wróciłem żywy

Ilość festiwali piwnych rośnie z roku na rok, a głównym kierunkiem rozwoju – pomijając festiwale największe i najstarsze – wydaje się być regionalizacja. Innym pomysłem – trudniejszym i zapewne bardziej ryzykownym – jest specjalizacja. Jakieś dwa, trzy lata temu zacząłem rozmyślać nad tym, czy by się nie wybrać na Mikkeller Beer Celebration do Kopenhagi. Kupa drogich piw, nalewanych w małych próbkach, wszystko w cenie biletu. Możliwość skosztowania rarytasów, na które na co dzień szkoda pieniędzy – być może byłoby to nawet opłacalne. Niemniej jednak koszty podróży do Kopenhagi, noclegu i wyżywienia oraz samego biletu byłyby na takim poziomie, że mógłbym za tę kwotę pobyczyć się kilka razy dłużej gdzieś, gdzie prażące słońce w naturalny sposób ciągnie takiego reptilianina jak mnie.

Innym czynnikiem, który mnie jednak nastawiał niezbyt pozytywnie do CBC, były relacje jego uczestników. Żeby nie było – w zasadzie wszystkie były bardzo pozytywne, ale częsty ponoć widok zbieranin różnych ludzi, którzy na szybko próbują skosztować wszystkiego, co jest w ofercie (czasu i tak nie starczy na wszystko, ale bilet musi się przecież zwrócić) i notują wrażenia w swoich kajecikach, nie mając czasu ani na rozmowę, ani tym bardziej na jakąkolwiek zabawę – to jednak w moim odczuciu przeczy temu, co najbardziej cenię w festiwalach piwnych – czyli wyluzowanej atmosferze i zabawie w gronie fajnych ludzi. Tyle a propos Kopenhagi.

I teraz formuła CBC została przeniesiona na niwę polską, poprzez współdziałanie Tomka Rogaczewskiego/Pracownia Piwa, Grzesia Korcza/Mikkeller Warsaw oraz Rocha Młodeckiego/Smakpiwa.pl. Bilety (rzecz jasna dużo tańsze niż na CBC) pozwalające na swobodną degustację wszystkich dostępnych piw, próbki po 50ml, 10 browarów (i cydrowników) z Polski, 20 z zagranicy, każdy przygotował po 6 różnych piw/cydrów, czas trwania dwa dni, trzy sesje po 4,5 godziny każda. 60 piw na każdej sesji, w tym premiery, wersje specjalne oraz takie piwa, na które w sklepie trzeba nierzadko wysupłać okrągłą bańkę. O ile w ogóle są dostępne. Sama formuła jest na tyle ciekawa (wszak nie byłem wcześniej na tego typu festiwalu), że przyciąga swoją nietuzinkowością. Uzbrojony w aparat, parasol i półtoralitrową Muszyniankę udałem się w sobotę rano do Krakowa na wielkie otwarcie.

Wygląd miejscówki nie pozostawiał złudzeń – to piwo miało być gwoździem programu. Czysto, schludnie, wręcz trochę sterylnie, dwa rzędy skręconych z palet stoisk umieszczonych wzdłuż długiej hali, na każdym stoisku schładzarka z dwoma nalewakami, w przypadku części stoisk rotacyjna obsługa złożona z ochotników, jednakowe kartki z opisami piw – pewnie wyszło to przypadkowo, ale skandynawski minimalizm wydawał się być jednym z łączników między OMBF a CBC. Surowość otoczenia mogłaby być problemem w przypadku innego trybu festiwalu, OMBF był jednak na tyle szybki i intensywny, że wystrój nie był problemem. Może jego rudymentarność była zresztą jego atutem – nie rozpraszał. Fajną rzeczą była sprzedaż półlitrowych wód niegazowanych za 2zł. Niby prozaiczna rzecz, ale na wielu innych festiwalach nieobecna, co powinni sobie wziąć do serca organizatorzy tychże.

Frekwencja jak na pierwsza edycję w miarę dopisała, szczególnie na drugiej sesji tego dnia, przy czym spodziewałem się jednak większych tłumów. Miało to ten walor dla zwiedzających, że nie było praktycznie nigdy kolejek po piwo, w czym swój udział zapewne też miał wysoki poziom piw, które browary wysłały na imprezę. Praktycznie na każdym stoisku na każdej z dwóch sesji na których byłem można było znaleźć coś intrygującego. O tym, w ilu przypadkach ciekawość została wynagrodzona pozytywnymi doznaniami będzie w dalszej części relacji.

W przeddzień imprezy pojawiały się głosy, wyrażające swój sceptycyzm co do wielkości próbek. 50ml to faktycznie mało, swego czasu zresztą miałem na tych łamach wpis krytyczny wobec konkursów piwnych, w którym jednym z punktów była objętość recenzowanych próbek. Zaznaczyłem jednakże wówczas, że tego typu próbki są za małe w przypadku piw lekkich i – ujmując sprawę z braku laku w ten sposób – piw zwyczajnych. Czyli pilsów, jasnych lekkich ejli, hefeweizenów. W przypadku tego typu trunków faktycznie miarodajna próbka wydaje się być bliższa około 200ml, bo nie można z góry przesądzić, czy nieźle zapowiadający się początkowo pils po kilku głębszych łykach nie zacznie mulić i nudzić. Tego typu piwa można było jednak na OMBF policzyć na palcach jednej ręki. Średni woltaż oscylował około 8,5%, nawet lżejsze piwa były czasami mocno kompleksowe, a te cięższe potrafiły wręcz nasycić taką skromną objętością. Innymi słowy, z lekką nutką przesady – OMBF to festiwal piwa pitego z kieliszka, na którym pije się piwa częstokroć wręcz stworzone do tego, żeby je pić z kieliszka.

W tym miejscu powstaje następne pytanie, mianowicie o stopę zwrotu z punktu widzenia uczestnika. Bo nie oszukujmy się – 195zł za wstęp na pojedynczą sesję i 490zł za karnet to poważna inwestycja. Dzieląc to na 60 piw w trakcie sesji otrzymujemy kwotę 3,17zł za 50ml w przypadku kupna biletu na pojedynczą sesję praz 2,72zł w przypadku karnetu. To dużo za Son of A Birch Pinty (ok. 0,70zł za 50ml z butelki w sklepie), ale z kolei bardzo mało w przypadku niektórych piw  Hoppin Froga czy Omnipollo (taka próbka w przypadku zakupu w sklepie jest warta 7-8zł). Obliczenia nie byłyby pełne bez wzięcia pod uwagę ograniczeń natury fizycznej. Byłem jako zaprawiony w bojach człowiek na dwóch sesjach pod rząd, zadbałem o odpowiednie nawodnienie i o żarcie (bułka z matjasem to faktycznie fajna rzecz, a szarpana wołowina z Chyżego Wołu to klasa, o której wszyscy wiedzą). Na pierwszej skosztowałem 27 próbek, na drugiej 26. Jest to ilość próbek skosztowanych w pełni świadomie, pod koniec drugiej sesji bowiem jeszcze sobie popiłem na różnych stoiskach, ale ze względu na zmęczenie materiałem oraz upojenie odpuściłem sobie notowanie i ocenianie. Jeśli byłbym na tylko jednej sesji, to myślę, że fizyczne maksimum oscylowałoby wokół 40-45 próbek, choć sufit dla każdej osoby pewnie byłby różny. Nie łudźmy się bowiem – przy średnim woltażu w granicach 8,5% wypicie wszystkich próbek oznacza konsumpcję sześciu dużych piw o takiej zawartości alkoholu, i to w 4,5 godziny. Przy dwóch sesjach pod rząd trzeba się bardziej pilnować, żeby zbyt szybko nie odlecieć, więc narybek każdej sesji jest odpowiednio mniejszy. I w zasadzie jest to jedyny punkt, do którego bym się mógł przyczepić – przy tak bogatej ofercie jedna sesja na dzień, optymalnie wydłużona do sześciu godzin, wystarczyłaby w zupełności, choć być może przekraczałoby to możliwości organizacyjne.

Wspomniałem już o ograniczeniach fizycznych i w tym kontekście warto pamiętać, że jest to jednak festiwal, a nie anonimowy obchód po stanowiskach producenckich. Nie sposób było wejść na teren OMBF i nie uśmiechnąć się na widok wszystkich znajomych twarzy. Koniec końców chodzi przecież o zabawę, a rozmowy i dowcipkowanie nie znajdują się w czasowej próżni. I żeby nie było – to jest jeden z głównych atutów OMBF. Że mianowicie wbrew pewnym obawom, które miałem wchodząc w Katowicach w sobotę rano na pokład autobusu w stronę Krakowa, OMBF zachował charakter festiwalowy i nie stał się jedynie źródłem minirecenzji i zdobywania kolejnych odznak na portalach recenzenckich. Tutaj, jak na innych festiwalach piwnych w Polsce, świetnie się bawiłem. I o to przecież głównie chodzi.

Żeby jednak na koniec poświęcić trochę uwagi wspomnianemu na początku gwoździowi programu, ostatnią część wpisu poświęcę na zaprezentowane i skosztowane na OMBF piwa. Polscy producenci stanęli na wysokości zadania i przygotowali trunki na wysokim poziomie, choć wtop nie brakowało, w tym i jednej spektakularnej, zaś kilka naprawdę dobrych rzeczy skosztowałem już na pełnym luzie pod koniec drugiej sesji tego dnia, kiedy już nie robiłem notatek. Zagraniczni producenci mieli na kranach kilka piw genialnych (jak wiecie, używam tego słowa w kontekście piwa nader oszczędnie, więc tutaj robię to świadomie i z premedytacją), choć były i rozczarowania, które utwierdzają mnie w mniemaniu, że kupno dla samego siebie piwa za kilkadziesiąt złotych jest jednak ryzykiem, przed pojęciem którego wąż mi syczy w kieszeni w sposób całkiem uzasadniony. No ale właśnie – stosunkowo tanim kosztem się co do tego przekonałem.

Zacznijmy od sesji nr 2, czyli pierwszej sobotniej, na której objawiło się piwo festiwalu, jak i browar festiwalu. Zacznijmy od oferty polskiej. Pracowniowy LAB15 czyli sour ale z akacją, był kwiatkowy, czym wzbudzał wtórne skojarzenia z miodem, kwaśny i wytrawny, ciut agrestowy, ale niestety miał alkoholowe, wręcz rozpuszczalnikowe posmaki (4,5/10). Piwne Podziemie zaserwowało Bikini Kill, blend NEIPA z berlinerem. Trochę tropików, goryczka jak w NEIPA (no, ciut mniejsza), smak berlinerowo kwaskowy ale bez wyczuwalnego lacto. Bardzo udany blend, słodycz zapachu skontrastowana kwaskiem w smaku (7/10). Lord Cardigan (Vanilla & Jamaican Blue Mountain Coffee) miał być bardzo wytrawny i faktycznie taki był. Piwo naładowane kawą, wanilia odczuwalna w tle, ale nie wygładza kwaskowości palono-kawowej. Wprawdzie lubię wytrawne RISy, ale tutaj jednak zabrakło mi delikatnej słodyczy do balansu. Kwestia gustu (6/10).

Imperialne gose ma sens w wersji zaprezentowanej przez Kingpina. Mother Venus jest mocno owocowy, melonowy, ananasowy, z mineralną nutka, ciut słony, lekko kwaskowy, z lekko podbitą goryczką i posmakiem ananasowego Haribo (7/10). Wremont, czyli vermont który wyszedł nie jak vermont, wyszedł Artezanom dosadnie, rześko, cytrusowo, iglakowo, trochę granulatowo i cebulkowo. Akurat miałem ochotę na mniej ugładzoną ajpę, więc się dobrze złożyło (7/10). Bardzo solidnie się zaprezentował AleBrowar, którego Shake The World Peach z jednej strony było napakowane brzoskwinią, z drugiej gładkie, bardzo pijalne, ze stonowaną goryczką (7/10). Russian Imperial Stout Bourbon & Rum z Pinty podzielił ludzi. Nic dziwnego, piwo powinno jeszcze poleżeć kilka miesięcy. Ewidentnie zbyt świeże, aldehydowe, alkoholowe, nieułożone. Z drugiej jednak strony jest gęste, kremowe, zbalansowane na odcinku słodycz-goryczka, mocno czekoladowe, orzechowe, kawowe, z rumem dominującym nad bourbonem, ale i piwem bazowym dominującym nad beczką. Mimo aldehydu już teraz jest moim zdaniem solidne. A za kilka miesięcy może być petarda, o której będzie bardzo głośno, potencjał ma bowiem bardzo duży (5,5/10).

A jak zagranico? Najpierw podszedłem do stoiska Birrificio Italiano, jako że skoro już był pils na sali, to lepiej go wychylić na czczo. Tipopils to delikatne zboże, akcent piwniczny, rześkość, trawa i trochę cytrynawych nut od chmieli. Pils inspirowany bawarską szkołą, świetny, a gdyby tak podkręcić goryczkę, to byłby jeszcze lepszy (7,5/10). Polock En Rouge to grodziskie z malinami leżakowane w beczce. Cóż, z grodzisza to mu została jeno lekkość, rześkość i nieznaczny dymny akcent w finiszu. Za to było owocowe i funky, malinowe, ciut wiśniowe, kwaskowe. Lekkie a jednak złożone (7,5/10). Rozczarował Hazy Days z browaru Lervig. Ananas, brzoskwinia i kwiaty to fajny aromat, niestety w smaku wytrawnie, ale i pusto, szczególnie finisz był wodnisty i nie zostawiał niemalże żadnego posmaku (4,5/10). Mikkeller Vild BA Bordeaux to belgijski dziki strong leżakowany w beczce po Bordeaux. Dziki to był jeno śladowo, za to mocarna słodowość narzucała skojarzenia z barley wine, karmel, rodzynki, daktyle, a do tego cierpki finisz i obecność alkoholu działająca na niekorzyść pełni. Zakładam, że pożądanego efektu nie udało się uzyskać, piwo jest rozklekotane, a przy tym nieułożone (4/10). Westbrook 6th Anniversary Hazelnut Chocolate Imperial Stout miał potencjał, ale nie do końca wykorzystany. Fest gęste piwo z kakaowo palonym finiszem przypominającym miazgę czekoladową, trochę śliwkowy i orzechowy, a przy tym wytrawny i alkoholowy, co działa na niekorzyść odczucia głębi. Tylko ok (6/10). Dank & Juicy z duńskiego Dry & Bitter miało dwie twarze. Pierwsza była zdominowana przez aromat liczi, owocowa, uzupełniona o akcent różany, świeżutka, gorzka. Druga, po ogrzaniu, była wyraźnie zbożowa i nabierała pod tym względem na intensywności. IPA do picia w stanie silnie schłodzonym (6/10).

Nie potrafię się póki co rozgrzać przy browarze Brewski i OMBF to potwierdził. Niezłe piwa, ale to trochę za mało jak na renomę, która się szczycą. Mangohallonfeber, APA z truskawkami i mango, to faktycznie ‘mangowe’ piwo, truskawki są w tle, lekko kwaskowe, wytrawne w finiszu, proste. Dobre, ale nic ponadto (6,5/10). Red Robot był słodkawy, lekko pikantny od chmieli, trochę ananasa, granulatu, w tle nawet marakuji, a do tego lekko alkoholowa nutka. Ok (6/10).

W Magnus Opus od Omnipollo działo się wiele. Może nie aż tak wiele, jak się człowiek spodziewał po opisie (‘bourbon barrel aged cinnamon pecan mud cake stout with toasted poppy seeds, charcoal and cold smoked bacon’), ale na tyle, że mocno cukierniowy aromat mnie nie odstręczał, choć niektórzy współbiesiadnicy mieli z nim spory problem. Piwo ciastowe, cukiernicze, połączenie szarlotki z makowcem, cynamon dominuje, boczku ani wungla nie wyczułem. Słodkie, gęste, co ciekawe, balansowane pikantnością cynamonu. Nawet posmak jest cynamonowy. Dobrze, że lubię cynamon (7,5/10). Cukierniowo było też na stoisku Hoppin Froga, choć w sposób zupełnie nieoczekiwany i taki, którego nie dało się niestety wytłumaczyć kompleksowością. Rocky Mountain B.O.R.I.S. tak mocno dawał wanilią, że kojarzył mi się z sernikiem babci, tyle że pokrytym hojną warstwą czekolady i podszytym kawą. Nie piłem chyba jeszcze piwa, które byłoby w ten sposób przeładowane wanilią od beczki, efekt mnie w każdym razie mdlił. Do tego niskie nasycenie i jeżąca język prezencja alkoholu. Ciężki orzech do zgryzienia z tym Hoppin Frogiem – piwa albo ocierające się o geniusz albo niezbyt udane (4/10).

Pozostając jeszcze chwilkę w tematyce cukierniczej, stanowisko Dugges na tej sesji oferowało jedną perełkę i dla kontrastu jedno piwo, które być może tylko mi nie smakowało. Speyside Cacao, czyli whisky BA imperial chocolate stout, to ponownie waniliowy sernik babci zmieszany z czekoladą i kakao i właściwie zero whisky. Ciało ma, ale w moim odczuciu głównie mdli wanilią i pralinami, co jest dodatkowo podbijane przez tęgą słodycz, poza tym nic się w nim nie dzieje (4/10). Zgoła inaczej prezentował się Sidamo Dimtu, ‘bourbon and blueberry barrel aged imperial coffee stout’. Tutaj wszystko jest przemyślane i na swoim miejscu. Ciało, kremowość, masa dobrej kawy, kakao czy wręcz miazga kakaowa w smaku, paloność dosadna ale jako jedna ze składowych, delikatna dębina, ponownie jako dodatek a nie istota piwa, delikatna wanilia, głębia i balans. To piwo zrobiło na mnie ogromne wrażenie, mimo że borówki się w nim kompletnie zatraciły (8,5/10). Zaraz obok można było dostać Bomb! Od amerykańskiego Prairie, no i aż ciężko było określić, kto na tej sesji zaprezentował najlepszego RISa. Wysokiej jakości czekolada, ziarna kawy, ciut wanilii, ostra papryczka jako delikatny balans dla słodyczy, gęste, kremowe i głębokie. Język się trochę jeży nie od alkoholu, ale od chili, co w tym wypadku gra idealnie (8,5/10).

Słodko było też na stanowisku To Ola, którego Viciously Viscous to barley wine leżakowany w beczce po brandy. Gęsty, ładnie ułożony, mocno słodowy, daktylowo-rodzynkowy, z wyczuwalnym wpływem brandy. Bardzo dobry (7/10). Pierwszą beczką osuszoną na tej sesji do dna był lambik po beczce po winie z Oud Beersel. Na osłodę pozostał Framboise, czyli poczciwy lambik malinowy, średnio intensywny, z wyważoną prezencją dzikich nut, lekki, zbalansowany, malinowy, nieprzesadnie kwaśny. Dobry (6,5/10). Zdecydowanie lepszym kwasem był również malinowy, tyle że Berliner weisse, od estońskiej Pohjali, o nazwie Prenzlauer Berg. Apogeum rześkości, lekkie lacto, dużo malin, a nawet trochę truskawek, kwaśne ale nie zdzierające naskórka z podniebienia. Jedno z najprostszych strukturalnie piw na tej sesji i jedno z najbardziej smacznych. Piłbym wiadrami (8,5/10).

Przechodzimy do gwiazd sesji. Najlepszym piwem było BV03, czyli ‘barrel aged Italian sour grape ale’ z włoskiego browaru CR/AK. Średnie ciało, miękka tekstura, lekko cierpki, świetnie dopasowany finisz współgrający z aromatem i smakiem białego grona wraz ze skórką i pestkami, trochę agrestu, białej porzeczki i niedojrzałej mirabelki, lekki kwasek i na dokładkę trochę dzikich nutek. Nietuzinkowe, kompleksowe, niesamowicie przyjemne, fantastyczne piwo (8,5/10). Co dziwne, jednym z najsłabszych piw tej sesji było ich drugie piwo, BW01, czyli ‘whisky BA imperial sweet stout’. Tych 15% alko nie dało się niestety schować. Piwo alkoholowe, słodkie niczym porto, a zarazem o względnie niskiej pełni, czekoladowo-karmelowo-suszono owocowy bukiet wyzbyty głębi, whisky z kolei nie wyczułem. Płaskie, słabe piwo (4/10).

Browarem tej sesji stał się z kolei dla mnie zupełnie nieoczekiwanie szwedzki Brekeriet. Pink Passion to kolejny przykład owocowego, prostego Berlinera na rewelacyjnym poziomie. Istna bomba marakujowa (ponoć w składzie jest tez hibiskus. Ponoć.), mega soczyste, owocowe i kwaśne, a jednocześnie gładkie, śladowo jogurtowe piwo. Apogeum rześkości nr 2. Piłbym wiadrami albo od razu cysternami (8,5/10). Myślałem, że Purple Rain mu nie dorówna, ale ja po prostu tych Szwedów nie doceniłem. Do tego Berlinera oprócz marakuji dodano czarnej porzeczki, która jest wyczuwalna, ale to marakuja dominuje. Jak to dobrze, że uwielbiam marakuję. W rzeczy samej Purple Rain to doskonałe zespolenie mocniejszej marakuji, słabszej czarnej porzeczki i tutaj nieco bardziej podkreślonej jogurtowości, przy ciut bardziej stonowanym kwasku. Jakby nie było takie drogie, to można by mnie było podłączyć do cysterny (8,5/10).

Tyle a propos sesji nr 2.

Sesja nr 3 zapowiadała się równie ciekawie.

Zacznijmy ponownie od Polski. Piwo festiwalowe, czyli One More IPA z Pracowni Piwa, było gładziutkie, lekko jagodowe, chmielowo-owocowe, lekko słodkie, ze średnio mocną goryczką. Wchodziło jak masło, bdb (7/10). LAB16, czyli ’barrel aged brett baltic porter cognac & whisky’, to piwo wytrawne i palone, z nutami suchego drewna i koniaku, jak również wiśni w czekoladzie. Dobre, choć brakowało mi w nim głębi (6,5/10). B-Day 5.0, tradycyjnie w wykonaniu AleBrowaru, oraz Pinty, to moja póki co ostatnia szansa dana piwu z dodatkiem arbuza. Tak jak imitujący arbuz chmiel Huell Melon jest już wystarczająco mdły, tak arbuz jest mdły kilka razy bardziej. W tym piwie arbuz jest bardzo wyraźny i ani mineralna nutka ani lekki kwasek go nie balansują, a końcowy efekt zamula (4,5/10). Chocolate Coffee Milkshake IPA with Raspberries (uff) z Piwnego Podziemia pachniał papryką (efekt podobny do pierwszej warki I’m So Horny Pinty), i to tak sugestywnie, że w smaku człowiek oczekiwał pieczenia od chili, rzecz jasna nieobecnego w tym trunku. Maliny są tutaj mocne, czekolada zupełnie w tle, kawa na poziomie średnim. Słodkawe i gładkie piwo, ale nie podeszła mi ta kompozycja. Myślę, że bez papryki, a w tej konstelacji również i malin byłoby lepiej (5/10). Tytuł wtopy festiwalu wędruje do SzałuPiw, których Fest Bubę Cognac można by wziąć za bardzo nieudany, ciemny cydr. W aromacie dawało skondensowanym sokiem z obierek po papierówkach, w smaku było jeszcze gorzej, bo piwo przypominało zmywacz do paznokci. Wada przejęła je w pełni. Jak już SzałPiw wtopi, to tak konkretnie, jak się tylko da – casus był podobny do Szczuna BA na PTP w ubiegłym roku, tyle że teraz aldehyd był jeszcze mocniejszy (1/10).

A jak zagranico? Wtopy też były. Brewski Kikiwabu utwierdził mój sceptycyzm wobec łączenia Berliner weisse z kawą i podbił go do kwadratu. W aromacie trochę niestety fasolkowej kawy i trochę niedojrzałej białej porzeczki, w smaku kwaskowe, cienkie, porzeczkowe. Kawa robi wrażenie niskojakościowej i jest zupełnie odklejona od piwa bazowego (3,5/10). Three Fourteen z tego samego browaru to cytrusowy, lekko owocowy, bardzo soczysty przykład NEIPA z wytrawnym finiszem. Dobre (6,5/10). Crooked Stave Petite Sour Raspberry 2016 to dobry, wyraźnie kwaskowy, lekko dziki, wytrawny, malinowy kwas z cierpkawym finiszem (6,5/10). Nie rozczarował i tym razem Brekeriet. Fruit Salad to faktycznie sałatka owocowa, tyle że baza to agrest i kwaśna biała porzeczka, natomiast dodatki (marakuja, brzoskwinia i ananas) tworzą nadbudowę, w dodatku niedojrzałą. Ale jest to mocno owocowa, złożona, raczej wytrawna, bardzo rześka sprawa (7/10). Z kolei Wild & Juicy to piwo mocno owocowe, wytrawne, cytrusowe, biało winne, dzikie, z nutami przefermentowanej brzoskwini. Super (8/10).

Tym razem udałem się również na stoisko Amagera, niezbyt przez mnie cenionego browaru. Hr. Frederiksen Veasel Brunch potwierdził moje ugruntowane doświadczeniem uprzedzenie – fest palony, ale i fest słodyczkowy, gładki od owsa, a jednocześnie szorstki od paloności i kwaskowy od kawy. To może brzmieć jakby było zbalansowane, ale w rzeczywistości na mnie zrobiło rozklekotane wrażenie, przeciwieństwa w nim nie współgrały (4/10). Ale z drugiej strony Ganz Besonders to świetne berliner weisse. Jak to często bywa w tym stylu, szczególnie w przypadku owocowych wersji, piwo było jednowymiarowe, ale i zarazem tak przyjemnie rześkie, tak aromatycznie malinowe i kwaśne w punkt, że nie sposób mi się do niczego przyczepić (7,5/10).

W przypadku Nigredo z Birrificio Italiano mogę się przyczepić do tego, że wolę bardziej czekoladowe schwarzbiery, tutaj zaś dominowało przypiekane ziarno, ale to kwestia gustu. Słodowe piwo z czystym profilem, nieźle wchodziło. Ok (6/10). Bang Bretta robił nadzieję pięknym zapachem, ale smak nie dotrzymywał obietnic. W aromacie pełno brzoskwini i owocowych brettów, można niuchać minutami. W smaku ostrawe, trochę puste, w finiszu budzące skojarzenia z wodą kolońską. Niewykorzystany potencjał (6/10). U Duggesa skosztowałem Yummy Rummy. Rum dał piwu sporo melasowych, ale i kojarzących się z daktylami nut, czyniąc tego RISa ‘brązowym’, żeby to w ten sposób ująć. Palone i kawowe nuty piwa bazowego, jak i czekoladę, odnalazłem dopiero w tle. Poza tym pełne i słodkie piwo. Średnie, kwestia gustu (5/10). Ciekawie zapowiadał się Moscatel Sour i nietuzinkowość była w zasadzie jego jedynym atutem. Połączenie smaku miąższu dojrzałej antonówki oraz białego grona z jabłkowymi nutami, skórkowością i taninami. Średnio przyjemne, choć potrafię zrozumieć zachwyt niektórych degustujących (5/10).

U Hoppin Froga zanurzyłem usta w Sippin Into Darkness (US Version). Była mocarna słodowość i czekolada, były nuty syropu klonowego oraz melasy, trochę rodzynkowo-figowych klimatów. Charakter raczej brązowy niż czarny, choć miał głębię, był gesty, wręcz syropowy. Ale właśnie – brązowy i słodki, czyli nie tak bardzo „darkness”, a bardziej „chaotic neutral”. Martini nie wyczułem, ponoć w wersji Lerviga było obecne, ale tej nie skosztowałem. Ok (6/10). Dużo lepiej prezentował się Re-Pete, imperialny amerykański brown ale. Orzechy z karmelem, czekolada z orzechami, lekki daktyl. Pełne, słodowe, słodkie piwo. Świetne (7,5/10).

Omnipollo zwyczajowo balansował na krawędzi przearomatyzowania. Lorelei to kokosowy sernik waniliowy przysypany dużą ilością brązowego cukru i syropu klonowego, z orzechami i kawą w smaku, ale również nutami czekolady. Gładziutkie piwo, pełne i syte. Tak, mega cukiernia, ale jest balans, nie mdliło absolutnie, więc nie będę udawać, że mi nie smakowało (7,5/10). Zbyt cukierkowo było z kolei w przypadku CR/AK i ich Perfect Circle. Przejrzały ananas przechodził gładko w ziołowe, delikatnie żywiczne, ale i landrynkowe nuty, wskutek czego piwo przypominało mi cukierki alpejskie (chmiel plus dodana agawa?). Gorycz i słodycz się balansowały, ale bukiet mi nie podszedł (5,5/10). Swojej siły w temacie porterów bałtyckich spróbował duński Dry & Bitter, ale Under The Radar mimo czekoladowo-śliwkowego bukietu rozczarowywał małą intensywnością, jak na styl to wręcz wodnistością (5/10). Supersonic od Lerviga robił wrażenie regularnej ajpy, pewnie dlatego, że ‘new england’ oszlifowało tutaj ‘imperial’. Mocno chmielowo-owocowe, pełne nut cytrusów i brzoskwini, pikantne od chmielu, z podbitą ale nie przesadzoną goryczką. Bardzo fajne (7/10).

A na koniec dwa piwa, które poza Brekerietem zrobiły na mnie na trzeciej sesji największe wrażenie. Obydwa zupełnie różne. American Cream od Stigbergets to prawilny india pale lager, z czystym profilem pokrytym grubą warstwą kwiatu bzu, cytrusów i ziół, wzorowo zbalansowany (8/10). Z kolei Westbrook Bourbon BA Oud Bruin to świetny mariaż zdecydowanej jak na styl kwasowości, kokosowych, bourbonowych nut, śliwki i wiśni, mokrego drewna i winności. Mariaż wyraźnie kwaskowy, ale i słodowy, zbalansowany (8/10).

Druga sesja była w moich oczach ciekawsza od trzeciej (aż sześć piw z oceną 8,5!), a zarazem charakteryzowała się ponoć najsłabszą frekwencją z wszystkich trzech. Pewnie między innymi dlatego, że zbyt wcześnie się zaczęła. Ciekawe, że tak bardzo mi podeszło tyle kwasów, w tym i tych najprostszych, czyli berlinerów. Ciekawe też, że stosunkowo duża ilość RIS-ów nie podeszła mi wcale, również tych, zbierających bardzo wysokie noty wśród współbiesiadników. Na przyszłość wiem m.in., żeby uważać na Hoppin Froga i zwrócić dużo większą uwagę na Brekeriet.

Dzień minął mi bardzo szybko, napiłem się piw z górnej półki, z których część potwierdziła przypisywaną im klasę, a część nie, zaliczyłem po raz pierwszy festiwal o takiej formule i już wiem, że na następnej edycji mnie raczej nie zabraknie. Wolałbym po jednej sesji na dzień (może wobec tego dwie sesje zamiast trzech?) i 6 godzin na jedną sesję. Może wolałbym też większą różnorodność żywieniową, resztę z kolei bym zostawił tak jak jest. To jest chyba niezła rekomendacja, co nie?

slider 4444189322204506957

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)