Loading...

Z Pracownią na Zielonej Wyspie, cz.II - Dublin

W poprzednim odcinku relacji z Irlandii omówiłem pierwsze wrażenia po przyjeździe oraz miasto Cork. Drugim przystankiem w Eire był Dublin. Przejazd między dwoma największymi miastami kraju potwierdził, że Irlandia to Zielona Wyspa, a raczej zielono-brązowa, bo autostrada z Cork do Dublina przez większość czasu prowadzi przez zielone pastwiska z pojedynczymi domami, stadami krów oraz ludźmi tu i ówdzie. Przy czym nie tylko krowy, ale i niektórzy ludzie nie mają tutaj oporu przed załatwianiem swoich poważnych potrzeb fizjologicznych publicznie, bez obciachu, zaraz przy autostradzie.

Dublin różni się pod wieloma względami od sennego Cork. Rzecz jasna rozmiarem, ale przede wszystkim żywiołowością. Ruch uliczny, ilość pieszych – tutaj czuło się atmosferę metropolii, choć wciąż w wydaniu stosunkowo prowincjonalnym, co mi zresztą absolutnie nie przeszkadzało. Wprawdzie podobnie jak w Cork ciężko było znaleźć jakąś architektoniczną nić przewodnią, ale zarówno starsze kamienice jak i nowoczesne apartamentowce robiły schludne wrażenie, a uliczni grajkowie grający na dobrym (!) poziomie umilali spacer po śródmieściu. No ale rzecz jasna w centrum naszego zainteresowania były knajpy.

Udając się w poszukiwaniu irlandzkiego craftu zaprowadziłem Pracownię do O’Neills, prawilnego craftowego multitapu w centrum Dublina. Lokal robi świetne wrażenie. Jest to dwupiętrowy gąszcz mniejszych i większych pomieszczeń, w dużej mierze obity drewnem, z multum żyrandoli, różnych tabliczek i innych piwnych bibelotów, prostych witraży, ma na stanie nawet nieczynną aparaturę do destylacji. Jako że jest to restauracja, to oprócz piwa dostępne jest również jedzenie, a klientela obejmuje wszelkie możliwe grupy wiekowe i społeczne, od rodzin z dziećmi i starszych małżeństw po miejscową emo- i dredomłodzież, no i jeszcze piwowarów z Polski. Fajny, luźny klimat na posiadówę z irlandzką muzyką lecącą dyskretnie w tle. Na dwóch barach znajduje się łącznie 31 kranów, w około jednej czwartej obsadzonych przez koncerny; reszta to craft. Trzeba się przygotować na ceny rzędu 5-6 euro za piwo. Mnie się udało zupełnie randomowo wybrać nie najgorzej, Blacks Kinsale Black IPA jest lekka, dość wytrawna, choć niezbyt gorzka, trochę owocowa, trochę ciemno-słodowa, delikatnie chlebowo-palona. Sesyjne ujęcie stylu (6,5/10). Tomek z kolei wziął pożogę w płynie – O’Hara’s Irish Pale Ale waliło zbożem, nachmielenie gdzieś zupełnie uleciało, piwo smakowało jak nieudany lager. Nadal więc nie znaleźliśmy irlandzkiego craftu, który by nas oczarował.

Nie inaczej było u nas w hotelu, gdzie pośród mnóstwa kranów z koncernami dało się również wypatrzeć Maggie’s Leap IPA z browaru Whitewater. Siedzieliśmy nad nim z Markiem i nie mogliśmy wyjść z podziwu, że w Irlandii rozlewa się wciąż fermentujące piwa. Nie chciało się w ogóle nalać, pieniło się jak oszalałe, a kiedy w końcu dostałem napełnione szkło, konsekwentnie drożdżowy aromat, drożdżowy smak i drożdżowy kwasek spowodowały, że nie dało się go dopić. Aha, trochę chmielu w posmaku było, ale co z tego (2,5/10).

Nie wolno tracić nadziei. Ze sklepu nieopodal hotelu biorę czteropak piw z serii McGargles z browaru Rye River, które razem z Rosiem poddajemy wiwisekcji. Fancy Frank’s Lager – warzywny DMS, psia karma (sucha), tępa lekka goryczka. Syf (2/10). Granny Mary’s Red Ale – tostowy chleb z rodzynkami, migdał, bardzo cienki smak z lekką goryczką. Byle co, do wypicia na ulicy za rogiem. Z gwinta (4/10). Uncle Jim’s Stout – trochę kwaskowe, trochę popiołu, trochę zbutwiałego korka, subtelna wędzonka. W smaku płaskie i cienkie (4,5/10). Knock Knock Ned’s India Pale Ale – trochę kwiatów i cytrusów, trochę karmelu i metalu, a do tego tępa, trawiasta goryczka. Słabe (4/10).

Dobra, poddaję się.
Nie, jednak nie.

Obiecano nam bowiem spotkanie z piwowarem pewnego minibrowaru nieopodal Dublina, połączone z degustacją jego wyrobów. Czy tam w końcu irlandzki craft pokaże się od swojej dobrej strony?

Wycieczka okazała się krajo- i kulturoznawcza. Najpierw zabrano nas do Phoenix Park, w miejsce, w którym Jan Paweł II odprawił w 1979 roku mszę przed jedną trzecią populacji kraju. Na tle gigantycznego krzyża pobawiliśmy się trochę w hurling. Narodowy sport Irlandii polega z grubsza na podbijaniu piłki podobnej do tej do baseballa, na długim kiju będącym połączeniem takiego do hokeya z takim do palanta. Przedziwna gra, która unaoczniła mi, jak krętymi ścieżkami wędrują myśli ludzi, żyjących przez długi czas w wyspiarskiej izolacji. No i skojarzyło mi się to trochę z quidditchem z Harrego Pottera. Najlepiej chyba szło Tomkowi. Widocznie przeczytał wszystkie książki z Harrym Potterem.

Przejazd do południowo-wschodniej części miasta niedaleko portu, w którym stał zarejestrowany w Nassau prom o nazwie Deutschland, ze statuą na rufie, która wyglądała, jakby wyciągała do przodu prawą rękę w rzymskim salucie, zakończył się tymczasowo na plaży. Plaży typowo północnoeuropejskiej, szerokiej i zbyt zimnej żeby się na niej rozłożyć. Filmowanie emisariuszy polskiego craftu z wysokości lotu ptaka, znaczy się drona, mogło skończyć się tragicznie, bo skoro plaża ma szerokość kilkuset metrów, to i przypływ przychodzi szybko i niespodziewanie. Truchtem udało nam się uciec ze zmoczonymi butami przed napierającą tonią Dublin Bay i można było kontynuować podróż.

Ta prowadziła dalej wzdłuż wybrzeża i obok rezydencji miejscowych ważniaków, w tym Enyi, która faktycznie mieszka w zamku z wieżą. Nawiedziliśmy bardzo wietrzny Killiney Hill z obeliskiem ustawionym ku pamięci ofiar głodu, który nawiedził wyspę w latach 1740-41, parkiem pełnym drzew oplecionych bluszczem oraz panoramą na Dublin z jednej strony i wzgórza na południu z drugiej. I te właśnie wzgórza zrobiły na mnie estetycznie największe wrażenie podczas tego pobytu.

Kilkusetmetrowe wzniesienia smagane wiatrem, zapewniającym czystość i rześkość powietrza. Sprawiającym, że nieboskłon bezustannie mieni się jak w kalejdoskopie, tworząc rozległe pierścienie z szarych chmur, pośrodku których kontrastuje głęboki błękit nieba, pozwalając snopom światła na iluminację części pustkowia. Wzgórza pokryte wrzosowiskami i połaciami wysokiej, gęstej trawy, w której można niemalże dosłownie zatonąć, kiedy zboczy się z wydeptanego szlaku. Wzgórza pofalowane, wyzbyte drzew, za to mieniące się całą paletą barw, od żółtawych, przez fioletowo-czerwone, po głęboko zielone, niczym wielokolorowy dywan utkany przez matkę naturę. Chmury przelatują nisko nad wyżyną, a smugi kondensacyjne pozostawione przez samoloty są tutaj dosłownie na wyciągnięcie ręki, zaś wiatr ma siłę orkanu.

Tak silnego, że nagrywanie Pracowników dronem nad akwenem Lough Tay, zwanym również Guinness Lake, jest ryzykowne – choć wiatr zacina w tym miejscu tak silnie, że bezpieczne wylądowanie dronem wydawało się mocno wątpliwe. No ale przynajmniej zginąłby wśród pięknej scenerii.

Park narodowy Wicklow Mountains to krajobraz hipnotyzującego pustkowia, które nie chce się znudzić. Tak chyba sobie wyobrażają Irlandię piwniczaki, spędzające całe tygodnie na graniu w RPG-i na komputerze. I mają rację, taka ona (też) jest.

W tej krainie mieści się browar Wicklow Wolf, z którego właścicielem i piwowarem spotkaliśmy się w wiejskiej, przydrożnej tawernie. Nie zdążyłem z nim zamienić zbyt wielu słów, za bardzo byłem zajęty czekaniem na koniec końców średniawy ajntopf z baraniną, ale Tomek stwierdził po rozmowie z nim, że bardzo sensowny koleś. Może i tak być, ja jestem jednak zwolennikiem zasady „Let the beer do the talking”, toteż i rzuciłem się od razu na butelki, które zostały nam sprezentowane. Swoją drogą, imponuje mi to, jak ktoś przyjeżdża specjalnie po to, żeby zebrać ode mnie hejt osobiście. W tym jednak wypadku przynajmniej częściowo nie było za co.

Elevation Pale Ale to bardzo przyjemny wyspiarski ejlik z nutami ciasteczek i toffi, delikatnie owocowy, wylepiający usta, kwiatowy, z dosadną goryczką. Widniejącego w składzie Mosaica tutaj szczerze mówiąc nie czuć, ale bdb (7/10). Gwiazdą zestawu był American Amber, z ciasteczkowo karmelową podbudową, wyrazistą, kwiatową, nieco żywiczną chmielowością i efektem wylepienia ust. To było świetne (7,5/10). Black Perle Porter to piwo gładkie, z nutami ciemnych słodów, ciemnej czekolady i jagód, delikatnie kwaskowe. Dobre (6,5/10). Kentucky Common okazał się słodowo-drożdżowy, niczym jeszcze fermentujące piwo, a przy tym dodatkowo przegazowany. Maślany, delikatnie owocowy niewypał, anarchia drożdżowa (3,5/10). Free Ranger przeniósł mnie myślami parę lat wstecz, kiedy to ajpy z Czech charakteryzowały się często aromatem truskawkowej maślanki. W smaku z kolei robi się trochę cytrusowo i mocno gorzko. Odczucie w ustach jest miękkie, ale posmak niestety trochę drożdżowy (5,5/10).

To nie był koniec przygód z panem Wilkiem z Wicklow, który zabrał nas do swojej posiadłości, na której ma plantację chmielu. Rosnące tutaj odmiany Nugget, Cascade, Perle i Bramling Cross stanowią narzędzie marketingowe browaru – raz do roku organizowany jest na jego terenie festyn połączony ze zbiorami lupuliny, z dodatkiem której potem warzone jest okazjonalne piwo.

Przy okazji, pan Wilk wykazał się dobrym refleksem, bo kiedy w trakcie filmowanej rozmowy z Pracownią usłyszał od kamerzysty pytanie „Can you touch when you speak?” przytomnie odpowiedział „I don’t like!” Bardzo słusznie, niezależnie od tego czy zinterpretował pytanie dosłownie czy z podtekstem, bo reszta głaskała zwisające z pędów szyszki, po czym nie mogła się pozbyć zapachu z rąk. Dlatego ja nie głaskałem niczego i nikogo.

Dublin to jednak nie tylko spokojne okolice, ale również, a może przede wszystkim, bujne życie nocne w centrum. A jako że nasz hotel był w samym środku miasta i w istocie stanowił część życia nocnego za sprawą klubu umieszczonego w jego podwojach, to do zabawy mieliśmy niedaleko.

Dublin w okolicach weekendu późnym wieczorem oraz w nocy stanowi według moich obserwacji być może jedyne miejsce w Irlandii, w którym można spotkać ładne, a przy tym sugestywnie odziane kobiety. Serio, po kilku dniach pobytu dopiero w części zabawowej Dublina ujrzałem pierwsze ładne niewiasty na tym tripie. Za to było ich naprawdę sporo, choć kwestią otwartą jest to, które z nich były miejscowe. Już takie sytuacje przerabiałem w Niemczech czy Holandii, więc nie byłem wcale zaskoczony. W barze naszego hotelu były to akurat ponoć prostytutki szukające frajerów. Nie mam doświadczenia w tej materii, więc wierzę na słowo.

Jak wieść gminna niesie, najbardziej popularną knajpą w centrum jest The Temple Bar, funkcjonujący w tym miejscu od 1840 roku. Faktycznie napakowany ludźmi, z muzyką na żywo i długimi kolejkami do baru. Po kilku łychach optujemy za piwem. Karmelowo-chlebowy, truskawkowo-metaliczny, cienki w smaku Carrig Rowers Red Ale to nic fajnego (4,5/10), zaś delikatnie metaliczny, słodowo-owocowy, bardzo wodnisty i lekko cierpki Smithwicks Pale Ale jest jeszcze gorszy, o niebo gorszy od regularnego Smithwicks Ale pitego w Corku, co mogło być jednak również kwestią danej partii bądź (braku) świeżości (3,5/10). Jako że jednak pub to nie tylko piwo, ale również – a raczej przede wszystkim – klimat, to Temple Bar zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Ludzie tańczyli i śpiewali, panowała bardzo przyjazna i otwarta atmosfera, toteż mimo że zapewne knajpa spełnia definicję ‘tourist trap’, dostaje ode mnie dwie okejki.

Integracja z naszymi irlandzkimi gospodarzami przebiegała coraz lepiej, a wysoko postawiony, sympatyczny pracownik firmy organizującej wyjazd dostał praktyczne wskazówki, jak poderwać Polkę. Naturalnie powiedzeniem „Podobasz mi się. Nie spierdol tego.” Zapamiętał te słowa i całkiem nieźle opanował ich wymowę, więc żałuję, że nie będę przy tym obecny, kiedy dostanie pierwszego liścia.

Pub crawl po dzielnicy Temple był długi i owocny, choć poszukiwanie doskonałego irlandzkiego craftu nie było łatwe. Independent Connemara Cascade miał trochę cytrusów, ale drożdże w nim szalały, a niespodziewana fenolowość to nic fajnego (5/10). Dopiero Rascals A Swingin’ Affair Pale Ale, ze swoim wytrawnym, aromatycznym profilem pełnym nut cytrusów oraz liczi i umiarkowaną goryczką w pełni mnie zadowolił (7/10).

Potrzebna była przerwa, więc w poszukiwaniu pewniaka poszliśmy wraz z Rosiem do naszego hotelu, wzięliśmy po pincie Guinnessa i manewrując pomiędzy domniemanymi prostytutkami doczłapaliśmy na chwilę odpoczynku do ogródka piwnego.

Wieczór jednak trwał w najlepsze, toteż chwilę później wraz z większą częścią grupy nawiedziliśmy niedaleki Porterhouse. Jest to sieć brewpubów w Irlandii, spośród których ten najbardziej okazały mieści się właśnie w dzielnicy Temple w stolicy kraju. No i cóż tu dużo mówić – ponownie piętrowy lokal, dwa bary, muzyka na żywo i świetna atmosfera. Porterhouse Hophead był wytrawny, trochę cytrusowo-kwiatowy, z karmelowymi nutami słodu (6/10). Lepiej prezentował się Oyster Stout – gładki, wytrawny, czekoladowy, z wyraźną muszelkową nutą morską (7/10).

Wieczór skończyłem o godzinie 4 nad ranem na jakiejś bocznej, mało uczęszczanej uliczce, gdzie kamerowo-fotografowa część naszej ekipy wpadła na pomysł nakręcenia filmu psychologicznego z elementami psychologicznymi (to nie jest pomyłka), obrazującego dramat polskich imigrantów w Dublinie. Ponieważ jedna ze scen wymagała położenie się na obszczanej ulicy pod śmietnikiem, a wszystkie obecne twarze zwróciły się w moim kierunku, pozbierałem porozrzucane wewnątrz głowy resztki rozumu i wybrałem opcję bardziej higieniczną. Poszedłem spać.

Clou wyjazdu nie polegał jednak na świetnych imprezach i śmieszkowaniu, ani nawet na poszukiwaniu świętego graala irlandzkiego craftu. O co więc chodziło w całym wyjeździe? O drewno. Ale o tym przeczytacie w następnym odcinku relacji.


[wpis powstał we współpracy z Pracownią Piwa]

Z Pracownią na Zielonej Wyspie, cz.I - Cork

slider 278090396779647987

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)