Loading...

Sześciopak polskiego craftu 164-167


Po kilkumiesięcznej przerwie czas nadgonić piwa butelkowane, szczególnie że następny taki duży przegląd się tworzy. Zdaję sobie sprawę, że spora część piw w tym wielopaku stanowi „śnieg wczorajszy”, jak to się określa w języku akwarelisty, ale „C’est la vie”, jak to się mówi we współczesnej wersji rodzimej mowy króla Ryszarda Lwie Serce, o którym mało osób wie, że był Normanem, czyli frankizowaną wersją Wikinga, jako król zapyziałej Anglii spędził na zacofanej brytyjskiej wyspie całe dwa tygodnie swojego życia, równolegle jako książę Normandii miał do dyspozycji znacznie bogatsze ziemie kontynentalne (i z pewnością bardziej urodziwe kobiety), no i nie gadał po angielsku, tylko po starofrancusku, czy tam w dialekcie oleistym. No ale to nie ma niczego wspólnego z tym przeglądem, tak więc jedziem.

Technicznie nieźle zrobionym, ale zarazem w moim odczuciu nieudanym piwem jest pintowy Masterbar Rum and Bourbon Vanilla Cocoa (ekstr. 27,5%, alk. 12%). Beczki w większości zniknęły za kotarą tła; kakao jest obecne, ale szczątkowo. Trochę karmelu podstawki zostało, ale wszystko zostało dosłownie przytrzaśnięte wanilią, za sprawą czego całość smakuje jak mocno cielisty sernik waniliowy o pokaźnej słodyczy. Może i taki był zamiar, ale całkowita dominacja wanilii nie jest w moim guście. (4,5/10)

Każdy doppelbock jest wart uwagi, chociażby dlatego, że jest to styl tak rzadki. Doppelbock z Browaru Bury (ekstr. 20%, alk. 8,3%) w dodatku jest naprawdę smaczny. Tosty maczane w karmelu, posmarowane roztworem z ciemnych owoców, śliwek et consortes – jest dobrze, chociaż nie zawadziłoby dodać do równania nut orzechów włoskich. Piwo jest treściwe i słodkawe, z substancjalną goryczką, ale i niespodziewanym, zupełnie zbytecznym hop burnem. Smaczne, z potencjałem na więcej. (6,5/10)

Youtube party – cóż to takiego? Ano jest to zazwyczaj schyłkowy moment imprezy domowej, w którego trakcie panowie są zbyt nawaleni, żeby nawiązać rozmowę z reprezentantką płci przeciwnej, co próbują nadrabiać, zbierając się przy monitorze komputera i puszczając sobie nawzajem klawe w ich mniemaniu filmiki i teledyski. Charakterystycznym elementem jest obligatoryjne „czej, jeszcze jest średnio, zaraz będzie grubo”, po czym następuje zazwyczaj płacz wewnętrzny delikwenta pełniącego przez dane 5 minut funkcję VJ-a, kiedy okazuje się, że jego koledzy mają w rzyci to, co puszcza. Ale mają w rzyci dlatego, że sami chcą się dorwać do komputera, puścić coś od siebie, po czym następuje ich z kolei płacz wewnętrzny etc. Ad nauseam delendam. Czyli Youtube party to festiwal frustracji, w którym wszyscy przegrywają. Analogicznie frustrującym piwem jest Jutub Party od Artezana (ekstr. 14%, alk. 6%). Niby hazy IPA, tymczasem klarowna. Moszcz jabłkowy i agrest z jednej strony, guma juicy fruit, guawa i sencha z drugiej. Przebłyski zboża w tle nużą i nudzą. Ciut limonki, ale w smaku już głównie swojskie owoce sadowe. Smak średnio intensywny, goryczka podkreślona, ale nie zintegrowana, oderwana od reszty, niczym tłuszcz w wodzie. Piwo jest takie jak Youtube party. Podchodzi się z uśmiechem do kompa, a po dwóch minutach wzrusza się tylko ramionami albo unosi wewnętrznym, niewidzialnym płaczem. Nuda z lekkim hop burnem. (4/10)

Sabro poszło po bandzie, wskutek czego birbantowe Yummy (ekstr. 14%, alk. 5,7%) wcale nie jest smaczniutkie, jak chciałaby to jego nazwa. Wbrew Citrze w składzie cytrusowość jest marginalna, objawiająca się głównie w postaci nut pomarańczowych w tle, poza tym można w piwie wyniuchać przecier morelowy oraz efemeryczną ziołowość, która mi się trochę skojarzyła z oregano. Dominuje Sabro, które narzuca skojarzenia z koprem, dalej świeżym ogórkiem oraz jeszcze dalej niedojrzałym, mdłym melonem. Dodatkowo piwo jak na ipkę jest zawiesiste, wręcz kisielowate, a trójca zamulania jest uzupełniana przez niedogazowanie. Lekko podkreślona, sucha goryczka też nie jest niczym przyjemnym. No i takie piwo – mdłe w aromacie i smaku, kisielowate, niedogazowane – według producenta jest „session”. No nie, absolutnie nie jest. Jest bez sensu. (3,5/10)

Sens ma z kolei King Insam od Pinty (ekstr. 16,5%, alk. 6,9%). W ramach Pinta Hop Tour przywieziono z Best Korei żeń-szeń zamiast chmielu, bo państwo Kimów, jak wiadomo, rządzi się swoimi prawami, czy też bezprawami, no i nie będzie chmielu i basta. Zrobiono więc ryżową, a więc dość wytrawną ipkę, z dodatkiem czarnej herbaty z bergamotką oraz wspomnianego żeń szenia. Obydwa dodatki czuć mocniej od stosunkowo dyskretnych amerykańskich (cóż za przewrotność) chmieli. I faktycznie czuć obydwa dodatki – nie jest to typowa ipka z earl greyem, bo i żeń szeń, a raczej napar z żeń szenia (poza tabletkami oraz naparem nie spożywałem wszechleku w innej formie) czuć wyraźnie. Wprawdzie nieco łodygowa, chropowata goryczka mogłaby być powodem to utyskiwania, jednak w herbacianych ipkach mnie rzadko przeszkadza. Dobry, oryginalny wywar. (6,5/10)

Całkiem nieźle radzi sobie Kingpin. Everlong (ekstr. 19,1%, alk. 7,8%) to podwójna neipka na Citrze i Idaho 7. Dominują nuty cytrusowe, bardziej pomarańczowe niż grejpfrutowe. Można również wyczuć żywicę, ananas oraz brzoskwinię, zaś płatki owsiane dały piwu przyjemnie kremową teksturę. Marek na tyle wstrzelił się tym piwem w panujące gusta, że balans wyszedł na korzyść słodyczy, która w tym piwie jest dość wyraźna. Goryczka jest mniej dosadna, ale za to niestety trochę cierpka. Jeśli by nad tym popracować, to piwo wypadłoby jeszcze lepiej. (6,5/10)

Nie pamiętam, czy Browar Kowal już gościł na moim blogu. Będę jednak pamiętał, żeby tego błędu już więcej nie popełniać. Darłowskie Zamkowe Jasne (ekstr. 11,6%, alk. 5,5%) to jest pyszka sztuka. Gotowana kapusta w sporym natężeniu, trochę siareczki, jest i kalafior, no i pod spodem nawet trochę słodu. Słodkawe, z niemrawą goryczką. Smakuje jak rozwodniony warzywny chłodnik. Ciemne też było niedobre, natomiast Miodowe o dziwo jeszcze jako tako. Ale generalnie nie polecam tych przetworów. (2/10)

Czas się rozprawić z dwoma pilsami, które mocno spodobały się gawiedzi, zaś niżej podpisany zastanawia się, o co chodzi. Pierwszym jest ITAPils od Trzech Kumpli (ekstr. 12%, alk. 5%). Rozumiem ideę niskogoryczkowego pilsa, ale wówczas piwo musi buchać jakimś dobrym niemieckim chmielem aromatycznym typu Hallertau Mittelfrüh albo Tettnanger. W przypadku tego piwa dominują nuty kwiatowe. Dominują to jest w sumie mało powiedziane – po przelaniu do szkła i sztachnięciu się aromatem poczułem się, jakbym wszedł do kwiaciarni. W tle przewijają się jeszcze motywy ziołowe – kwestia gustu, ale mnie ta słoweńska mieszanka chmielowa zupełnie nie podeszła. Jako że dodatkowo, jako rzekłem, goryczka jest raczej marna, zaś siła smaku plasuje piwo poniżej średniej pilsowej, piwo wypada ogółem mdle, mało ciekawie, usypiająco niczym kwiat lotosu. Owszem, technicznie jest w porządku, ale nie sprawia przyjemności. Średniawa. (5/10)

Drugim pilsem, który został przyjęty bardzo dobrze, jest Tomyski Pils od Funky Fluid (ekstr. 10,5%, alk. 4,2%). Miał być ziołowo-kwiatowy i jest ziołowo-kwiatowy, z przewagą pierwszej komponenty. Jest też lekko słodowy, z fajną, średnio mocną, ziołową goryczką. Gdzie leży haczyk? Po pierwsze, wydaje się być pełniejsze niż z parametrów wynika i zaskakująco wolno wchodzi. Nie jest to orzeźwiacz, którego oczekiwałem. Po drugie, dość natrętne nuty jabłkowe, silniejsze ku finiszowi. Zbyt dużo ich tu jest. Ogółem więc jest potencjał, ale wykonanie nie siadło. (5,5/10)

Pintowy Potrójniak
(alk. 14,4%) niespecjalnie siadł wielbicielom miodów pitnych. Widząc kooperantów, z którymi to dzieło powstało, czyli Miodosytnia Imbiorowicz, też nabrałem sceptycyzmu, pamiętając przepaskudne miody z chmielem od nich, pite na Poznańskich Targach Piwnych w bodajże 2016 roku. Ale ten Potrójniak to jest świetna sprawa! Kwiatowa miodowość wzbogacona o typowe w polskich miodach utlenienie typu sherry, subtelne nutki drewna, miodowa słodycz z delikatnie kwaskową, moim zdaniem idealnie dopasowaną kontrą. Wprawdzie trunek nie nabrał charakteru Jacka Danielsa (leżakowano go w beczkach po tym destylacie), niemniej jednak całościowo jest to świetna rzecz. (7,5/10)

Podobnie jak Maltgarden, Funky Fluid opanował do perfekcji metodę hurtowego trzaskania podobnych do siebie piw z podobnymi etykietami oraz nazwami, których człowiek następnego dnia już nie pamięta. Wydaje się to być przemyślana metoda – skoro piwa z reguły nie są powtarzane, to konsument ma kojarzyć nie nazwę piwa, a markę, nazwę producenta. O ile jednak piwa MG są nazywane w miarę wymyślnie, tak piwa od FF mają często nazwy, które wydają się być tworzone od niechcenia. Gorzej, kiedy piwa smakują analogicznie, a taką sytuację mamy w przypadku hejzi apki Daily (ekstr. 12%, alk. 4,8%). O ile aromat jeszcze się broni – grejpfrut, cytryna, ananas, skórka cytryny, wszystko na umiarkowanym poziomie intensywności – o tyle w smaku wieje pustką. Lekko grejpfrutowy smak z pustym finiszem i stonowaną, ale jednak cierpką pestkową goryczką w finiszu. No więc właśnie, to smakuje jak piwo, które powstało od niechcenia, tak jak jego nazwa. (4,5/10)

Kompozycję dwupakową domyka Loony od Funky Fluid (ekstr. 15,5%, alk. 6,2%), podobnie piwo o obiecującym zapachu i nieco pustawym smaku. Grejpfrut, pomelo, cytryna i ananas w zapachu nie punktują intensywnością, ale jest to aromat całkiem zgrabny. W smaku, jako rzekłem, jest dość pusto, cytryna nabiera delikatnych cech landrynkowo-galaretkowych, z kolei goryczka jest przyjemnie podkreślona. Ten ostatni czynnik sprawia, że piwo pije się w porządku, jakkolwiek w pamięć nie zapada. (5,5/10)

Łańcut 8K Ultra IPA
(ekstr. 21%, alk. 8,7%) zagaja melanżem cytrusów i gnilnych tropików z żywicą, delikatnym siarkowym odchmielowym wtrętem oraz garścią białego grona. Słodkie piwo, półpełne, z umiarkowaną goryczką. Gdyby nie wstrzemięźliwość na odcinku tej ostatniej, mielibyśmy do czynienia z dość oldskulowym podejściem, bo daleko temu piwu do soczkowatości. Alko lekko grzeje, ale poza tym jest dobrze schowane. Solidne, choć zbyt słodkie jak na mój gust. (6/10)

Wprawdzie Funky Fluid kojarzy się głównie za sprawą pięciuset różnych ipek na rok oraz wybuchających puszek z owocowymi parapiwami, ale raz na jakiś czas wypuszczą na rynek również klasykę. Funky Fluid Berliner Weisse (ekstr. 10,5%, alk. 3,8%) to wyraźnie kwaśne piwo smakujące jak mieszanina niedojrzałego agrestu, zielonej aronii, skórki jabłka oraz soku cytrynowego. Zabrakło wyraźniejszej mleczności/jogurtowości oraz tej delikatnej nutki pszenicy w finiszu, która odróżnia naprawdę udane berlinery od tych słabszych. Tutaj w posmaku czuć w zasadzie tylko kwas askorbinowy, zaś dominującym bodźcem dla zmysłów jest prosta, mało ekscytująca kwaśność, wskutek czego jest rozczarowanko. (4,5/10)

Piwne Podziemie
konsekwentnie udowadnia, że jednak odpowiedni piwowar to kwestia ważniejsza od odpowiedniego browaru, skoro – z całym szacunkiem – udaje im się robić konsekwentnie udane piwa w ReCrafcie. Lost In Space (ekstr. 15%, alk. 6%) to wheat IPA, która jako jedna z nielicznych polskich adaptacji tego podstylu z nawiązką spełnia kryteria puszystości, której człowiek oczekuje po piwie z podkreśloną rolą pszenicy w zasypie. Bukiet niczego sobie, sosna i róża przechodzą via skórka limonki i guawa w nieznaczne nutki żółtych tropików. Goryczka średnio mocna, pijalność wysoka. Bardzo dobre piwo. (7/10)

Bardzo rześką ipką zagaiła Ziemia Obiecana. Kierowniku, Poratuj Złotóweczką (ekstr. 14%, alk. 5,3%) to łagodne, gładkie, niskogoryczkowe, ale i zupełnie niesłodkie piwo. Pełno tutaj nut skórek cytrusowych (od cytryny przez pomarańczę po mandarynkę), trochę zielonej cebulki, dużo miąższowej, wręcz kremowej brzoskwini, no i rześkość, a przy tym bezpretensjonalność godna nazwy piwa. Jestem na tak. (7/10)

Kolejna odsłona walki w ReCrafcie o dobre piwo. Cloudy With A Chance Of Bitterness (ekstr. 15%, alk. 6,5%) to hazy California IPA w wykonaniu Piwnego Podziemia. Ciut siarkowa, skórkowo cytrusowa, soczysta, a zarazem jednak po kalifornijsku dość gorzka. Melonowe nutki w połączeniu z siarkowością tworzą jednak dość osobliwy konglomerat, który wypada niezbyt fajnie, bo mdle, nawet w asyście podbitej goryczki. Co ciekawe, wersja lana, którą piłem w przedostatni weekend przed rzezią gastronomii nie wzbudzała zastrzeżeń. (5,5/10)

Rehabilitacją było następne piwo, czyli Faster Than Light (ekstr. 16%, alk. 6,3%). Nazwa mi się wprawdzie kojarzy mimowiednie z bardzo serowym utworem niemieckiego zespołu Rage (zaraz, to było Higher Than The Sky... egal), ale to na marginesie. Piwo jest mocno gorzkie, a jednocześnie mocno soczyste. Lekka siarkowość i tutaj daje występ, ale dominującymi skojarzeniami są skórka (!) moreli, brzoskwinia, skórki cytrusowe i wręcz piołunowa gorycz, która stanowi odniesienie do old skulu. Bardzo dobre. (7/10)

Cymesik przelałem do szkła w postaci New Home z Piwnego Podziemia (ekstr. 15%, alk. 5,7%). Jest to wyjątkowo pijalna, soczysta, owsiana ipka (na szczęście regularna neipka, a nie kolejny double ipkowy klocek) z nutami skórek cytrusowych, mango i marakui, brzoskwini, delikatnej nafty, a także wtrętu winogronowego od chmielu Hallertau Blanc. Przy całej soczystości nie zapomniano o balansującej, acz niezbyt mocnej goryczce, zaś stosunkowo niskie jak na nowoczesną ipkę parametry sprawiają, że piwo znika bardzo szybko ze szkła. Wchodzi wręcz tak szybko, że musiałem tę krótką recenzję kończyć już po wychyleniu szklanicy (a zazwyczaj tego typu notki piszę szybciej niż mój cień). No i co najważniejsze – częsty w piwach od PP hopburn został w tym akurat piwie okiełznany zupełnie. Nie mam zastrzeżeń. Piłbym chętnie w większych ilościach, świetne piwo. (7,5/10)

Dry stout to rzecz do obadania przy każdej możliwej okazji, jako że okazji ku temu jest mało. Latarnik od Profesji (ekstr. 10,5%, alk. 4,1%) to jednak dry stout, którego istnienie nie ma uzasadnienia, skoro koncern robi takie rzeczy lepiej i taniej. Chciałbym, żeby było na odwrót, jako że korpo nienawidzę z całego serca, no ale jest, jak jest. Melanż przypalonego ziarna, kawy inki, wyrobu czekoladopodobnego oraz efemerycznych nutek suszonej żurawiny jest niemrawy i zupełnie wodnisty. Ekstrakt swoją drogą, ale skoro wspomniany Guinness czy też Murphy’s mają ekstrakt zbliżony, a smakują bardziej intensywnie, to o czym to świadczy? Ano o tym, że lekko gorzkiej, przypalonej wody od Profesji w takiej postaci nie warto kupować. (3,5/10)

Eksperymentalny Funky Fluid HBC 522 NEIPA (ekstr. 16%, alk. 6,4%) jest przesłanką na rzecz tego, że po wylansowaniu Sabro eksperymenty w ramach uprawy chmielu mają już jedynie potencjał do wywołania wzruszenia ramion. Piwo jest granulatowe z wyraźnym hop burnem, nutami niedojrzałego ananasa i grejpfruta oraz ziołową bardziej niż kwiatową komponentą, niczym napar z melisy i kardamonu. Goryczka średnia, intensywność średnia (poza wyraźnym hop burnem), przyjemność bliska żadnej. Nie ma to sensu. (4,5/10)

Nepomucena
pomysł na maskowanie brzeczki w non-alko to amerykańskie chmiele, a przede wszystkim świeże gałązki świerku. For.Rest (alk. 0,5%) to kolejny bezalkoholowy krafcik i zdecydowanie jeden z bardziej udanych. Co ciekawe, w zapachu dominującym skojarzeniem była u mnie świeża bazylia wzbogacona skórką limonki, a dopiero potem leśne, żywiczne motywy. W smaku jest na odwrót – tutaj dominuje świerk, kojarzący się również ze świeżo startymi zielonymi szyszkami tui. Brzeczkę wytłumiono co najmniej jak w Miłosławiu, w zakresie goryczki wykonano z kolei bardziej neipkowe, czyt. ostrożne podejście. Dobra rzecz! (6,5/10)

Marudzenie chyba popłaciło – coraz więcej browarów wypuszcza na rynek piwa w stylu z gatunku tych najmniej sprzedawalnych, a zarazem najbardziej smacznych. Czyli black IPA. W przypadku browaru Cztery Ściany mamy do czynienia z pszeniczną black ipką o nazwie Jama (ekstr. 15%, alk. 6%), w której dodatkowo wylądował zest z pomarańczy, grejpfrutu oraz cytryny. I to działa! Piwo jest raczej lekkie i subtelne w kwestii ciała, ale zarazem aromatyczne. Czekoladowo-palona podstawa z cytrusowo-żywiczną nadbudową to polska klasyka stylu, tyle że w tym wypadku dodane skórki wywindowały cytrusowość piwa o dwa poziomy wyżej pod względem intensywności. Posmak jest wręcz miąższowy, soczysty. Co prawda w zakresie intensywności życzyłbym sobie więcej, ale jest to smaczna rzecz. (6,5/10)

A na koniec imperialny brown ale od Brokreacji, tyle że nie w ramach serii Potion, tylko niejako obok. Not Alone (ekstr. 24%, alk. 8,9%) to niestety piwo, którego brak w poczcie Potionów jest zasłużony. Po dodatkach, czyli kokosie oraz migdałach, ślad jest blady. Podstawka, czyli orzechowy, karmelowy brown ale, jest obecna, ale zarówno pod względem intensywności, jak i ciała raczej przypomina cienkusza pokroju Newcastle Brown Ale niźli jakąkolwiek imperialną wersję stylu. Poza tym lekkie estry, cierpka orzechowa goryczka i tyle. Nie tego się spodziewałem. (4,5/10)

Pintowy Potrójniak, Ziemia Obiecana oraz Piwne Podziemie (szczególnie New Hope) ratują ten przegląd, w którym roi się od piw złych, choć sporo jest też takich, które wyszły w porządku, jednak w sposób nie do końca licujący z craftowym pułapem cenowym. Do następnego!

slider 5041885532031925990

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)