Loading...

Konserwowanie polskiego craftu 15


Dzisiejszy przegląd konserw to w głównej mierze zestawienie Pinty z Piwnym Podziemiem. Jedziemy z tym koksem.


Zaczynamy od Piwnego Podziemia. Chmielokrata Citra, Mosaic, Sabro, Vic Secret (alk. 5,8%) wbrew kompozycji chmielowej jest piwem wyjątkowo mało złożonym. Czuć soczystego grejpfruta i pomarańczę i w zasadzie tyle. W porządku, gdzieś tam głęboko w tle pałęta się limonkowy kokoso-koper od Sabro, ale gdyby tego chmielu nie było wymienionego w składzie, mógłbym tej nutki nie zauważyć. Mosaikowej nafty nie ma wcale, ananas jest śladowy. Czyli jest to po prostu mocno cytrusowa ipka. Co nie znaczy jednak, że jestem rozczarowany – hop burn wyczuwalny dopiero pod sam koniec, lekko podkreślona goryczka przy absolutnie minimalnej słodyczy, gładkość oraz mocna pijalność – atutów to piwo Piwnego Podziemia ma sporo. Poza tym ten cytrusowy bukiet jest naprawdę bardzo przyjemny, no i dzięki stosunkowo niskim, jak na chmielową bombę A.D. 2020 wręcz niemodnie niskim parametrom, piwo wchodzi elegancko. Kolejny świetny wywar od Podziemia. (7,5/10)


Piwem cięższym, a zarazem bardziej owocowym jest Double Ego (ekstr. 18%, alk. 8,2%). Tutaj Piwne Podziemie postawiło na klasyczne połączenie Citry, Mosaika i Simcoe, uzyskując bukiet kojarzący się z mango, grejpfrutem, a nawet melonem, przy czym ten ostatni owoc nie sprawia, że piwo wyszło mdłe. Siła aromatu nie jest nadmierna, za to piwo jest przyjemnie gładkie i pijalne, kontrowane lekko podkreśloną goryczką. Mimo podwyższonych parametrów i wyraźniejszej słodyczy wchodzi w zasadzie tak samo szybko jak lżejszy Chmielokrata. Bardzo dobra sztuka. (7/10)


Piwem dla wielbicieli goryczki zdecydowanie jest California Banger #03 od Piwnego Podziemia (ekstr. 15%, alk. 6,7%). Minimalna słodycz resztkowa i stosunkowo wątłe ciało są w nim przytrzaśnięte mocarną goryczą, jakiej nie ma większość będących w obiegu west coastów. Stosunkowo mniej dosadnie wypadła z kolei siła aromatyczno-smakowa. Mieszanka chmieli Falconer’s Flight dała piwu nuty grejpfruta, melona i ziół, zgaduję z kolei, że wyczuwalne w tle nuty poziomkowe to zasługa drożdży. Generalnie jednak niewiele się dzieje, a pojawiający się w połowie szkła hop burn skupia wskutek tego więcej uwagi na sobie, niż powinien. W takiej sytuacji jedynie goryczka broni piwo, ale to trochę za mało. (5,5/10)


Ostatnim piwem Piwnego Podziemia w przeglądzie jest Amnesia Incognito (ekstr. 20%, alk. 8,2%). Mało się tutaj dzieje – trochę białego grona i moreli, nutka siarkowej cebuli od chmielu, ulotny cytrus, efemeryczny juicy fruit – generalnie jednak siła aromatyczno-smakowa jest tutaj na poziomie eurolagera, jak i goryczka swoją drogą. Za to ponownie problemem jest – przy tak niskim skupieniu zmysłów na esencji piwa – pojawiający się z czasem hop burn. Koncepcja pewnie dobra, ale wykonanie siadło konkretnie. (4/10)


Kolejnym kontraktowcem, który skorzystał z mocy produkcyjnych Nepomucena, jest poznański Madame Barrel. Mary Blue Arrow (ekstr. 16,5%, alk. 7%) to niby west coast IPA. Zadbano o parametry, płatki ryżowe i cukier w składzie, z kolei zaniedbano goryczkę. Owszem, pod względem napięcia między językiem a podniebieniem jest to wytrawne piwo, nie ma też specjalnie słodyczy resztkowej, ale goryczka jest licha. A łest kołst bez dosadnej czy chociażby przynajmniej średnio podkreślonej goryczki, to jest nieudana mimikra. Klasyczna kompozycja chmielowa (Centennial, Citra, Columbus i Simcoe) dała piwu aromat i smak juicy fruit, brzoskwini, melona, nie dała natomiast choć śladowej intensywności, jak i nie dała spodziewanych jednak nutek sosnowo-żywicznych oraz mocniej podkreślonych cytrusowych. Piwo jest przy braku substancji w zakresie goryczki, słodyczy, aromatu i smaku w zasadzie zupełnie zbędnym wodniakiem. Po co to komu? (3,5/10)


Po tym słabym łączniku przechodzimy do Pinty. Silver December (alk. 16,5%, alk. 7,4%) to książkowy przykład west coasta. Bardzo konkretnie cytrusowe, żywiczne, klarowne i totalnie wytrawne, z wieńczącą dzieło oldskulową, mocną goryczką. Proste piwo, prosto w twarz, szyte na wymiar. Wchodzi szybko, goryczka nie ma charakteru zalegającego ani łodygowego, nie ma tutaj miejsca dla soczkowatości ani niedopowiedzeń. Świetna sztuka. (7,5/10)


No, w końcu nie DDH ipka, tylko nowa fala, ale lżejsza. Dwa kolejne piwa z pintowej serii Hoppy Crew to pilsy chmielone na zimno. Pierwszy to oceaniczny pils, czyli chmielony lupuliną z krajów, w których zaprowadzono w iście stachanowskim tempie taki zamordyzm, że mnie to skutecznie wyleczyło z rozważań nad emigracją w tamte rejony. Are You There? (ekstr. 12%, alk. 5,1%) to świeżość, rześkość, silna limonka, odrobinę lżejsza cytryna oraz melon, który przechodzi w kwiat jaśminu i nie daje mdłym miąższem, jak to często bywa w piwach tego typu. Na osobną uwagę zasługuje goryczka – podkreślona (w warunkach nowoczesnych ipek wręcz wyraźnie mocna), krótka, szlachetna. Bardzo dobre piwo. (7/10)


Hoppy Crew Is It Clean Now?
(ekstr. 12%, alk. 5,1%) jest dzięki chmielowi Sabro jeszcze wyraźniej limonkowy od poprzedniego. Prawdę mówiąc, nie pamiętam, kiedy piłem tak wyraźnie limonkowe piwo. Nie piłem również jeszcze piwa z podkreśloną obecnością Sabro, które nie kojarzyłoby mi się ani trochę z koprem – a tutaj takich skojarzeń nie ma. Simcoe uzupełnia zieloną naturę tego piwa akcentami sosnowymi i żywicznymi, sumarycznie jednak piwo jest wyraźnie gorsze od pilsa antypodowego. Rzecz w tym, że jest bardziej wodniste, zaś goryczka po bardzo udanym występie w Are You There? wypadła tym razem zdecydowanie niemrawo. Piwo jest w porządku, ale to za mało. (6/10)


O ile się nie mylę graff, czyli połączenie piwa i cydru, dotychczas pojawił się na komercyjnym rynku w Polsce dopiero raz, w postaci imperialnej wyprodukowanej przez browar Kormoran. Kwas Sigma od Pinty (alk. 5,9%), powstały we współpracy z cydrownią Chyliczki (tymi od cydrów lodowych), to wersja klasyczna. W jakim stopniu jest on reprezentatywny dla stylu, tego nie wiem. Wiem, jak smakuje. A smakuje jak płaski cydr bez naleciałości skórzanych, zmieszany z oszczędną dawką słodów, w którym cukry resztkowe lekko prechodzą w miodowość. Słodyczy jako takiej nie ma, kwaśność jest umiarkowana, rześkość też. Wielkim fanem cydrów nie jestem, a jednak piłem sporo takich, które jakościowo tego sałera wręcz unieważniają. Napój, stojąc okrakiem na barykadach, jest po prostu jednowymiarowy i nudny. (4,5/10)

Główny wniosek, jaki wynika z powyższego przeglądu, przynajmniej dla mnie, to że Pinta powinna zrobić z Silver December piwo warzone regularnie.

recenzje 3271719127966372660

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)