Loading...

Kijów - monumentalizm i żywioł


Przestrzeń

Monumentalizm

Zieleń

Żywiołowość

Gastronomia

Kiedy po powrocie z wydłużonego weekendu w Kijowie usiadłem na kanapie, próbując ogarnąć ogrom wrażeń, który mi ten jeden z bez dwóch zdań najlepszych wypadów mojego życia dostarczył, w głowie przewinęło mi się od razu te pięć haseł, za pomocą których można stolicę Ukrainy najbardziej zwięźle scharakteryzować. Przestrzeń, Monumentalizm, Zieleń, Żywiołowość, Gastronomia.

Ogromne miasto dostarczyło mi ogromu wrażeń i zdecydowałem się na relację podzieloną na kilka części. W pierwszej opiszę Kijów za pomocą powyższych haseł uzupełnionych o inne, które z nich wynikają. W kolejnych częściach przedstawię okolice, które nawiedziliśmy, przekażę, gdzie warto pójść, co zobaczyć, co zjeść i wreszcie co i gdzie wypić, bo chyba nigdzie indziej w tak krótkim czasie nie ogarnąłem tak dużej liczby browarów i multitapów, nigdzie w tak krótkim okresie nie wypiłem tak wielu różnych craftowych piw.


Prawie żadne miasto mnie też tak jak Kijów nie oczarowało. Rzekłbym nawet, że w obrębie Europy jest to być może najfajniejsze miasto, w którym byłem. Miasto, do którego z miłą chęcią wrócę, jeśli tylko okoliczności i finanse na to pozwolą. Z mojego punktu widzenia jest to miasto kompletne – ciekawe, ładne (!), miłe, smaczne. Można odpocząć, pozwiedzać, podziwiać, a na koniec rozłożyć się na jednej z piaszczystych plaż nad Dnieprem, tak że człowiekowi nawet morza nie potrzeba do szczęścia.

Pochylmy się jednak na początek nad Kijowem na kanwie haseł, które się do niego odnoszą.

Przestrzeń

Przestrzeń oraz ogrom. W Kijowie mieszka prawie trzy miliony ludzi, co czyni to miasto siódmym co do liczby mieszkańców miastem Europy, ludniejszym niż Paryż czy Rzym i dużo większym od Warszawy, Wiednia czy Pragi. Ale to zupełnie nie oddaje jego ogromu. Rzecz w tym, jak miasto jest rozplanowane, a to najlepiej sprawdzić na mapie. Otóż przez środek Kijowa przepływa Dniepr, który tworzy w tym miejscu imponujących rozmiarów rozlewisko, szerokie na 1-3 kilometrów, w zależności od odcinka. Lewo i prawobrzeżna część Kijowa są więc częściowo wyraźnie od siebie oddalone, co może się kojarzyć z obwarzankiem – bo istotnie Kijów jest swego rodzaju otaczającym rozlewisko Dniepru kołem, umieszczonym częściowo na zielonych wzniesieniach. Efekt jest taki, że kiedy wejdziecie na wzgórza w rejonie Majdanu Niepodległości, w ścisłym centrum miasta i popatrzycie na wschód, to widzicie Dniepr wraz z wieloma wyspami i dopiero hen daleko, na horyzoncie, majaczą blokowe zabudowania Kijowa lewobrzeżnego. A są to zabudowania wciąż tego samego miasta. Między wami a tymi blokami widzicie błękit Dniepru oraz zieleń lasów porastających jego wyspy. Alegoria do Dzikich Pól połączona z miarowym, fatalistycznym nurtem wielkiej rzeki – jak na dłoni.




Zieleń

Wspomniane lasy wypełniające wraz z Dnieprem środkową, niemalże wyzbytą stałych struktur wzniesionych ludzką dłonią (poza drogami i mostami) część miasta dają oczom przyjemne odprężenie. Ale i las porastający Wzgórze Włodzimierskie zaraz obok Majdanu Niepodległości (czyli tak centralnie, jak to tylko jest możliwe) oraz wiele innych miejsc zadają kłam obiegowej opinii Kijowa jako komunistycznego, betonowego molocha. Tutaj jest po prostu bardzo zielono, a żeby się poczuć jak na łonie natury, nie trzeba w ogóle wyjeżdżać poza rogatki miasta.




Monumentalizm

Owszem – co do zasady Kijów jest komunistyczny na płaszczyźnie architektonicznej. Nie jest jednak komunistyczny w sensie wyzbytych wszelkich ornamentów, ciętych nożem do ciasta, prostokątnych bloków epoki gierkowskiej u nas. Zgoda, takie budowle też można znaleźć w Kijowie, ale głównie poza centrum. Śródmieście stolicy Ukrainy to jest archetypowy socrealizm, dopieszczony tak, żeby mógł stanowić wizytówkę dla odwiedzających miasto zagranicznych dygnitarzy. Owszem, socrealistyczna mimikra klasycznych form może miejscami budzić lekki grymas na twarzy, niemniej jednak wręcz książkowe przeskalowanie wielu kijowskich budynków, mnogość kolumnad, attyk i zdobień mówiąc wprost, fajnie wygląda. Nie ma w tym zbyt wiele kiczu, zaś przez powierzchniową surowość betonowych struktur wyzierają podskórne chęci stworzenia czegoś wprawdzie komunistycznego w treści, ale jednak odwołującego się przynajmniej częściowo do ponadczasowej estetyki. W połączeniu z szerokimi traktami ulicznymi, szczególnie głównej alei, czyli Chreszczatyka, które to w języku ukraińskim (oraz rosyjskim) noszą bajecznie figuratywną nazwę „prospektów” tworzy to otoczenie monumentalne, robione z rozmachem i robiące wrażenie nawet na człowieku programowo będącym właściwie zupełnym przeciwnikiem epoki, która wydała z siebie takie środowisko architektoniczne. Przechadzałem się więc po centrum, rozglądałem się i kiwałem głową z uznaniem. Szczególnie że centrum Kijowa jest również pełne secesji, a socrealistyczne budowle nie kłócą się estetycznie z pozostałościami architektonicznymi czasów sprzed komunizmu.




Transport

Jednym z symboli Kijowa jest jego rozbudowany system metra. Nie pokrywa całej powierzchni miasta tak efektywnie, jak metro londyńskie, a co dopiero to w Singapurze, ale stanowi tanią opcję transportową, bo przejazd kosztuje w przeliczeniu jedną złotówkę, i to niezależnie od liczby przystanków. Problem polega na tym, że jazda metrem jest uciążliwa, bo przystanki kolei są ogromne i rozłożyste, tak więc samo dojście do peronu czy przejście między peronami zajmuje masę czasu. Sieć jest zresztą rozplanowana dość chaotycznie, więc orientacja dla człowieka przybyłego z zewnątrz jest kłopotliwa i czasochłonna. Ciekawostką jest przystanek Metro Arsenalna, albowiem jest to najgłębiej położona stacja metra na świecie. Zjazd 105 metrów w dół zajmuje jednak dobre dwie minuty od momentu wejścia na pierwsze schody ruchome.


Lepszą opcją jest Uber, który w Kijowie działa bardzo prężnie i jest naprawdę tani. Problemem są obyczaje drogowe miejscowych, zaś jeszcze większym problemem są obyczaje drogowe przyjezdnych ze wschodu. O ile ukraińscy kierowcy dzielą się na tych, którzy jeżdżą samochodami średniej do niezłej klasy i ładami, no i być może ze względu na dbałość o środek transportu przy braku rozbudowanych rezerw finansowych jeżdżą w miarę ostrożnie, oraz na tych, którzy mając ewidentnie zbyt dużo pieniędzy w skrajnie rozwarstwionym społeczeństwie zasuwają slalomem między innymi pojazdami, a nawet po chodnikach swoimi drogimi sportowymi autami oraz suvami (nawiasem mówiąc, nigdzie nie widziałem tylu Porsche Cayenne, co w Kijowie. Jak u nas Passaty), o tyle w stosunku do pieszych zarówno jedni, jak i drudzy cechują się typowo wschodnią nonszalancją, więc idąc pieszo, trzeba uważać, najlepiej także chodząc po chodniku.

Może się to wydawać problematyczne, zważywszy na to, że w Kijowie jest multum szerokich, wielopasmowych prospektów, ale i o tym pomyślano, tworząc gąszcz podziemnych przejść dla pieszych, które są mini-galeriami, w których można kupić wsio od kolorowej matrioszki po bardzo dobre espresso od ładnej dziewczyny i przynajmniej w śródmieściu nie robią wrażenia zapuszczonych narkomenelowni, jak to kiedyś wyglądało w analogicznych miejscach w Katowicach czy Krakowie.


Gorszymi kierowcami od miejscowych są przyjezdni ze wschodu. Generalna zasada jest taka, że im większy skos w oczach, tym gorzej. Najgorszy był kierowca Ubera Timur (pewnie z Uzbekistanu bądź Kirgizji), który po szaleńczym rajdzie przez zachodnią część miasta wysadził nas przy Hydroparku, tak jak mu nawigacja pokazała. Szkopuł w tym, że wysadził nas na prawym pasie ruchliwej dwupasmówki, nieprzedzielonej żadną barierką ani pasem zieleni. Tak więc musieliśmy z Anią znaleźć sposób na przedostanie się przez cztery ruchliwe pasy, dwa w jedną a dwa w drugą stronę, zeskakując na drogę z niewielkiego nasypu. Na prośbę, żeby może jednak przejechał przez drogę na parking i nas tam wyrzucił, Timur wzruszył tylko wątłymi ramionami, pokazując, że nawigacja kazała nas wysadzić tu. Jako że Timur jeszcze najwidoczniej nie opanował żadnego słowiańskiego języka, uznaliśmy naszą porażkę w negocjacjach i z narażeniem życia zagraliśmy w grę Frogger irl. Po jakichś siedmiu minutach udało nam się przejść przez jezdnię.


Kobiety

Kurde no, fajne są. Wrażenia z wycieczki do Lwowa w 2018 roku zostały podtrzymane. Gdzie nie spojrzeć, tam jest ładnie, co sprawiało, że nawet mniej korzystne architektonicznie otoczenia nabierały estetycznych walorów. Typy urody od jasnowłosego nordyckiego po ciemnowłosy południowy, cały przekrój karnacji, a do tego występujący czasami, losowo, lekki skos na oczach, świadectwo wielowiekowej dominacji tureckich plemion koczowniczych nad stepami na północ od Morza Czarnego. 


Stosunek płci męskiej do kobiet ma tutaj wiele oblicz. Widzieliśmy zarówno sytuacje wręczania kobietom na ulicy bukietów róż przez mężczyzn (swoją drogą sama liczba kwiaciarni w Kijowie świadczy o tym, że jest to popularny prezent; miło.), widzieliśmy jednak również, jak dresiarze skopali przechodzącą obok narkomankę (ponoć sprzedała jednemu z nich wcześniej niesprowokowana liścia, ale tego nie potrafię poświadczyć). Najsmutniejszego jednak widoku doświadczyłem u bram wspomnianego Hydroparku, lunaparku, mieszczącego się na jednej z wysp na Dnieprze. Kiedy czekaliśmy na taksówkę, przeszła obok nas na oko dwudziestokilkuletnia dziewczyna z półdługimi, pofarbowanymi na rudo włosami, w krótkiej spódniczce. Najprawdopodobniej cierpiała na anoreksję. Patrzyła się przed siebie, a wzrok, jaki wyzierał z jej podbitych, niezdarnie przykrytych pudrem oczu wyrażał skrajną desperację i zrezygnowanie. Jakby tego było mało, za rękę trzymała na oko czteroletnią dziewczynkę z dwoma kucykami, ściskającą pluszowego misia, mającą zapewne nadzieję na to, że mama ją zaprowadzi na jakąś karuzelę i chyba niewiele rozumiejącą z dramatu, jaki musiał się wokół nich rozgrywać w domu.

Przywołało to w mojej pamięci scenę, kiedy jako nastolatek zauważyłem na jednym z parkingów na autostradzie A4 jakiegoś wieprza, który wiózł starym Passatem na ukraińskich blachach w kierunku Niemiec trzy ścieśnione ze sobą młode blondynki na tylnym siedzeniu, którym nie pozwolił nawet wysiąść z samochodu, kiedy zrobił sobie przerwę do papierosa. Wzroku wiezionych zapewne do zachodniego burdelu dziewczyn nie zapomnę nigdy, tak jak i wzroku tej młodej matki.


Miejscowi

Jacy są więc miejscowi w Kijowie? Banałem jest napisać, że różni, ale muszę zaznaczyć, że kiedy już spotykam się z otwartym entuzjazmem wyrażanym przez nieznajomych wobec faktu, że jestem z Polski, to są to Białorusini albo Ukraińcy. Czasami rzecz jest bardzo sympatyczna, jak w lodziarni niedaleko Ławry Peczerskiej, gdzie para małżeńska w średnim wieku usłyszawszy polską mowę, zagadała do mnie, wyrażając się z entuzjazmem o naszym kraju, wymieniając miejsca, które zwiedzili i przelewając na nas moc pozytywnej energii. Czasami rzecz jest wysoce osobliwa, jak pewien łysy, wyglądający jak cyngiel mafijny kierowca Ubera, który przez cały kwadrans strasznie się cieszył, że ma pasażerów z Polski, gdzie przez jakiś czas mieszkał, czemu dawał upust, złorzecząc na ukraińskich polityków, wychwalając Kwaśniewskiego i wrzeszcząc mniej więcej co pięć sekund „KURWAAA!!” w miarowych interwałach. Nie zbiło go z pantałyku nawet wtargnięcie ślicznej blondynki na pasy, które wszak przekraczała, mając zielone światło, zamiast grzecznie poczekać na to, aż łysy koksu przejedzie Uberem przez pasy na czerwonym. Ona również została potraktowana ulubionym polskim słowem naszego patokierowcy, w takim natężeniu, żeby usłyszała to przez zamknięte szyby uberowozu i sobie to dobrze zapamiętała. No cóż.


Pełen przekrój miejscowych mieliśmy przed sobą, kiedy zrządzeniem losu piliśmy wódkę z grupą miejscowych imprezowiczów, dresiarzy i żołnierzy na chodniku w samym centrum, kiedy słońce świtało, ale o tym opowiem w dalszej części relacji, bo biba była soczysta.


Patriotyzm i banderyzm

Duma narodowa ma na Ukrainie dwa oblicza. To podnoszące na duchu i to niemożebnie wnerwiające. Jako że przebywaliśmy w Kijowie w porze ukraińskiego święta narodowego, pełno było flag, ludzi w patriotycznych koszulkach, a szczególnie miło wyglądały kilkuletnie dzieci ubrane w stroje narodowe, z którymi rodzice robili sobie pikniki w różnych miejscach Wzgórza Włodzimierskiego.


Ta szpetna twarz, to rzecz jasna banderyzm. Wprawdzie czerwono-czarną flagę ujrzałem wywieszoną tylko w dosłownie jednym miejscu w całym mieście (a zrobiliśmy na nogach przez ten weekend spokojnie kilkadziesiąt kilometrów), ale czasami można było napotkać naziolskie odniesienia bez rzucającej się w oczy oprawy. Oto długa gablota przedstawiająca Ukraińców z tzw. Niebiańskiej Sotni, którzy zginęli na Majdanie Niepodległości w trakcie protestów antyrządowych w 2014 roku, ozdobiona jest cytatem z nikogo innego, jak Dymitra Doncowa, ideologa wyjątkowo brutalnej ukraińskiej odmiany nacjonalizmu i stąd jednego z inspiratorów międzyplemiennej rzezi na cywilach i ich dzieciach. Niemniej jednak przynajmniej powierzchownie banderyzm nie rzucał się tutaj na szczęście w oczy.


Żywiołowość

Kijów na pierwszy rzut oka jest miastem młodym i żywiołowym. Trzeba wprawdzie wziąć poprawkę na to, że przebywaliśmy w stolicy Ukrainy w trakcie obchodów Dnia Niepodległości, a sierpniowa aura była wymarzona do wylegania na ulicach, ale takiego natężenia młodzieży w wieku późnonastoletnim i studenckim, a także imprezujących trzydziestolatków nie widziałem chyba nigdzie, może poza Bukaresztem. Atmosfera panująca w śródmieściu była wspaniała, kluby, bary i restauracje pękały w szwach. Z drugiej jednak strony, Ukraina ma jeden z najniższych wskaźników dzietności na świecie. Nasi sąsiedzi wymierają w szybkim tempie. 


Siłą rzeczy jednak ten rozwój spraw jest o wiele szybciej widoczny na prowincji. Stolica, najbogatszy region kraju, naturalnie oddziałuje magnetycznie na mieszkańców biedniejszych terenów, którzy ciągną do Kijowa. Zwróciłem też uwagę na to, że wprawdzie młodych ludzi w Kijowie była cała masa, ale z drugiej strony rzadki był widok rodziców z dziećmi. Wniosek jest prawdopodobnie taki, że załamanie demograficzne uderzy w Ukrainę mocno i nagle. Tłumaczy to też, skąd ci wszyscy młodzi ludzie mają fundusze na imprezowanie. Ano stąd, że z reguły nie mają dzieci. W pierwszym więc momencie uradowałem się, że jestem w miejscu będącym przeciwieństwem geriatrycznych Niemiec, po czym jednak przyszła konstatacja, że Ukraina te Niemcy goni, nie dysponując nawet skrawkiem germańskich rezerw kapitałowych. Jeśli ktoś więc chce zaznać młodego, dynamicznego Kijowa, powinien się pośpieszyć.




Gastronomia

Jedna z najbardziej imponujących cech Kijowa. O ile już we Lwowie byłem pod wrażeniem rynku gastro, tak w Kijowie mnie on oczarował. Restauratorzy z Polski, Czech i Niemiec powinni tutaj jeździć na szkolenia, bo jest bajecznie. Tak, owszem – to na wschodzie są najlepsze restauracje i knajpy, w jakich byłem, nie na zachodzie. Wizyty w niektórych były zaplanowane, do innych wchodziliśmy prosto z ulicy, zaciekawieni wyglądem, nazwą bądź ofertą. Prawie wszystkie były mocno doinwestowane, miały pomysł na siebie, były spójne pod względem wystroju i po prostu miło się w nich siedziało. Multitap bez jedzenia jest tutaj rzadkością, restauracja z jedzeniem, które nie jest przynajmniej bardzo dobre to kwestia pechu (pomijając jeden browar i jeden multitap nie udało nam się takowej znaleźć), obsługa, która nie jest miła, uśmiechnięta i uczynna zdarza się bardzo rzadko. Szerzej omówię kwestię na podstawie zwiedzonych przez nas lokali, ale ogółem, to poza Singapurem żadne miejsce mnie nie oczarowało tak bardzo swoją sceną gastro. Już dla samych restauracji, tapów, knajpek i kawiarni warto do Kijowa przyjechać.


I tak, owszem – barszcz po ukraińsku najlepszy jest na Ukrainie, a sało, czyli peklowana, wędzona bądź marynowana słonina, to pokarm bogów. No i generalnie nabiał i mięso na Ukrainie są poza skalą. Tego im można zazdrościć bez dwóch zdań.

Jest też pewien zgrzyt. Otóż oczywiste jest, że dla przeciętnego Ukraińca zainwestowanie tak potężnych środków w lokal, jakich w Kijowie jest cała masa, jest zupełnie poza zasięgiem. Zaś gastronomia to obok hotelarstwa ulubiona bezpieczna przystań dla grup przestępczych, które po legalizacji środków pochodzących z handlu ludźmi, rozbojów i dragów osiadają często w tej branży, udając przykładnych obywateli. No i jednak trochę mierzi świadomość, że po drugiej stronie relacji właściciel-klient stoi zapewne często jakiś szemrany typ, który swój lokal postawił na fundamencie z krzywdy innych ludzi. Plus polega na tym, że biorąc pod uwagę wpływ takich typów na ukraińską politykę, widmo totalnego lockdownu gastro jak u nas jest prawdopodobnie odległe.




Piwo

Craft jest wszędzie. Dosłownie. Przed wyjazdem zrobiłem listę browarów i knajp do zwiedzenia, na miejscu jednak okazało się, że większość knajp z craftem jest młodziutka i nie jest nawet listowana na Rejtbirze czy Untappd. I nie są to knajpy typu jedna koncernowa APA w butelce, jak u nas czy w Rumunii. Nie, idzie się chodnikiem, widzi nagle napis „craft beer” na potykaczu i wchodzi się do multitapu z dwudziestoma kranami, kuchnią i klimatem. Tapu, o którym się wcześniej nie wiedziało, a gdyby znajdował się u człowieka w mieście, to byłby jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym. Odnośnie poziomu craftu, to już różowo nie jest – mnogość producentów i stylów (braggot czy sticke alt nie były czymś nadzwyczajnym) to jedna rzecz, smak gotowych produktów to co innego. Przepiłem się jednak przez wystarczającą liczbę ukraińskich craftów, żeby móc pewną część z nich pochwalić. Warto wiedzieć, których marek się trzymać, ale o tym będzie szerzej w kolejnych częściach relacji.




Ceny

Pod tym względem różowo nie jest. O ile we Lwowie w 2018 roku mogłem sobie pozwolić na stołowanie się w najdroższych miejscówkach i wciąż było to tańsze od średniej półki restauracyjnej w Polsce, o tyle Kijów cenowo jest zupełnie inny. Uśredniając, powiedziałbym, że ceny są mniej więcej na poziomie Krakowa czy Wrocławia. Czyli taniej niż na zachodzie, trochę taniej niż w Warszawie, ale dla Polaka nie jest w Kijowie tanio jak – nomen omen – barszcz. Trzeba pamiętać, że Ukraina jest państwem wprawdzie biednym, ale w Kijowie mieszka spora część finansowej elity kraju, w porównaniu do której polscy bogacze często wypadają jak parobki, więc ceny są tutaj bardziej odchylone w górę niż w innych częściach państwa. Zresztą rozwarstwienie jest w stolicy Ukrainy mniej widoczne niż poza nią – sam przekrój poruszających się po śródmieściu samochodów wskazuje na to, że jest to miejsce, w którym rezyduje sporo klasy średniej. Takiej, która może sobie pozwolić na krakowski pułap cen w gastro.


Między innymi dlatego, że mało kto z młodych ma dzieci, więc chwilowy dynamizm szybko może ustąpić starczemu uwiądowi, o czym pisałem wcześniej. Jeśli ktoś chce zaznać młodego, dynamicznego, fascynującego Kijowa, powinien się więc pośpieszyć. 

Tyle o Kijowie pod egidą krótkich haseł. Czas na nie do końca chronologiczny, za to systematyczny i – mam nadzieję – krotochwilny rekonesans po centrum Kijowa. Być może zrozumiecie, dlaczego tak bardzo mnie zachwycił.

Pierwsza część ląduje na blogu planowo za tydzień.

zielony Kijów 361505908418506643

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)