Loading...

Germanie uratowali mi Święta

Już prawie po Świętach, stąd i nadszedł czas na doroczny przegląd piw świątecznych. Tym razem większość jest z Polski, choć zakupiłem również szwedzkiego RISa, niemieckiego doppelbocka oraz piwo z Hondurasu, czyli prawdopodobnie z Belgii, acz zamawiane w Niemczech. Sporo piw z zestawienia jest ciemnych niczym błoto, które zalegało wokół mojego domu z okazji zapowiadających się wyjątkowo nie-biało Świąt. Kiedy kończyłem ostatnie polskie piwo z zestawienia, wokół domu leżał już biały puch, przykrywając gęstą powłoką wczorajszą brunatną ciapę oraz moje nadzieje związane z wypiciem naprawdę dobrego rodzimego świątecznego craftu.

Startujemy z grubej rury, a mianowicie od Dirty Firty (ekstr. 30%, alk. 12,5%), american barlej łajna od Birbanta. Miało być mocarnie i jest mocarnie. Bukiet to potężna, słodka słodowość, czerwone oraz suszone owoce, no i owocowe chmiele, które w połączeniu z mocno cukrowym aspektem wyczuwalnym już przez nozdrza tworzą wrażenie kandyzowanego pelletu. Piwo jest gęste, cieliste, słodkie i owocowe. Wspomniany kandyzowany chmiel na poziomie smaku niestety ulega rozszczepieniu, co skutkuje tym, że przesterowana słodowa cukrowość dryfuje w kierunku landrynkowym, natomiast nachmielenie jest relegowane na tylne siedzenie, w przeciwieństwie do wyczuwalnego alkoholu. Generalnie nie jest źle, ale na pewno nie jest dobrze. (5/10)

Był sobie kiedyś niemiecki prokurent, odnoszący wielkie sukcesy w swoim zawodzie. Z czasem doszedł jednak do wniosku, że szuka w życiu czegoś innego. Wyjechał więc z żoną za granicę, gdzie w 2010 roku otworzył mikrobrowar Sol de Copan i żyje sobie szczęśliwie poza miejskim zgiełkiem i europejskim wyścigiem szczurów, podając wizytującym go sybarytom własnoręcznie uwarzone piwo oraz rozgrzewające jedzenie rodem ze Szwabii. W Hondurasie. Ta niezwykle łzawa historia nasuwa choćby śladowo sceptycznemu umysłowi bardzo konkretne pytanie – mianowicie, co też ten niemiecki prokurent przeskrobał i przed kim musiał uciekać, że udał się prosto do Hondurasu, państwa o bodajże trzecim najwyższym odsetku zabójstw na świecie, wszechobecnej biedy i generalnie bardzo niskim standardzie życia? Zrozumiałbym jeszcze Meksyk, Kostarykę czy nawet Nikaraguę, ale jeśli ktoś jako cel permanentnej emigracji do Ameryki Środkowej wybiera akurat Honduras (albo Salwador), to mi się to po prostu nie klei.

Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że samo piwo świąteczne z tegoż browaru wydawało się dalece mniej ciekawe niż tło jego powstania. Na dodatek niestety nie przyleciało czy też przypłynęło do Europy z Hondurasu, tylko jest warzone w Belgii (browar Strubbe?) na honduraskiej licencji. Smuteczek. Niemniej jednak Cerveza de Navidad (alk. 8%) pachnie obiecująco. Jak dubbel mianowicie. Karmel i kandyzowany cukier sparowane z owocowością z rejonu dojrzałych bananów, jabłek i brzoskwini w zalewie, z niewielkim dodatkiem korzeni. Te ostatnie są nieco bardziej wyraźne w smaku, a w finiszu dołącza do melanżu trochę winnych nutek. Piwo jest po belgijsku mocniej nagazowane, zbalansowane na odcinku słodycz-goryczka i fajnie degustacyjne. Szczerze mówiąc, spodziewałem się gniota, a tutaj proszę – bardzo miła niespodzianka. (7/10)

Sam nie wiem, co jest gorsze – piwa świąteczne tak przeładowane przyprawami, że człowiek dostaje od samego wąchania alergii na korzenie, czy też piwa świąteczne wyzbyte zapachu. Otóż Hajer Winter Ale z Serii 1000 (ekstr. 16%, alk. 6%) to piwo przynależne do drugiej kategorii. Jasny wywar z dodatkiem skórki pomarańczy, imbiru, kardamonu i cynamonu pachnie w zasadzie tak, jak główny bohater „Pachnidła” Patricka Süsskinda. Ergo – nie pachnie wcale. Serio – wącham, wącham, i nic. Ogrzewa się. Wącham, dalej nic. No, może jakieś zupełnie szczątkowe połączenie ciężkiej do zdefiniowania korzenności z chmielem. Biorę łyka. Drugiego, trzeciego. Korzenie są na trzecim planie, nadal trudne do zdefiniowania, choć najlepiej je chyba określa słowo „piernikowość”. Zastanawiacie się zapewne, co w takim razie w tym piwie jest na pierwszym oraz drugim planie, skoro przyprawy są na trzecim? Otóż nic. Jedno wielkie nic. Dawno już nie piłem piwa tak zupełnie wypranego ze smaku. W zasadzie to nie piłem takiego piwa od czasu debiutu browaru Alternatywa. Hajer najwidoczniej postanowił uwarzyć trybut dla pierwszych warek Rudzian. No i udało się, tak więc brawo! (3/10)

O braku bukietu nie można mówić w przypadku Grand Prix X-Mas Ale z Widawy (ekstr. 18%, alk. 6,2%), piwie autorstwa piwowara domowego Piotra Antolika. Przy czym jest to bukiet (stereo)typowy. Czyli okołoczekoladowa słodowość sparowana z korzeniami, wśród których można wyczuć nuty goździków, kardamonu, cynamonu czy też imbiru. Całość jest lekko słodka, średnio cielista, całkiem smaczna. W zasadzie to smakuje jak piwny odpowiednik czekoladowego piernika. Czyli zapewne wyszło zgodnie z założeniami, poza tym, że dalekie tchnienie popielniczki sugeruje, że mamy do czynienia z piernikiem rzuconym w losowym kierunku w trakcie imprezy. Fajnie, że udało się tego nie przeprzyprawić i nie przesłodzić. Z drugiej strony, nie jest to nadmiernie ekscytująca sprawa. Ale solidna. (6/10)

Nie popisał się AleBrowar wespół z Ollenautem. AB jest obecnie zupełnie słusznie chwalony za swoją serię DDH Double IPA, jednak Saint No More Hoppy Rye Saison (ekstr. 14%, alk. 6%) nosi znamiona braku staranności w wykonaniu. Aromat jest naprawdę niezły. Połączenie drożdży Belle Saison oraz amerykańskich chmieli dało melanż juicy fruit, gruszki, moreli, melona, papaji oraz dyskretnych nut korzennych. Spodziewana żytnia oleistość jest szczątkowa, piwo robi się ku śladowo mineralnemu finiszowi zdecydowanie wytrawne, wręcz cienkie, co w logiczny acz niekoniecznie przyjemny sposób znajduje swoje zwieńczenie w ściągającej trawiastości, czekającej w finiszu. To nie jest złe piwo, głównie dzięki aromatowi. Wypadło jednak poniżej oczekiwań. (5,5/10)

Było sobie takie piwo jak Imperium Prunum. Piłem, bardzo dobre, choć moim zdaniem jednak przehajpowane. Ale jakościowe. Było sobie również piwo Imperium Prunum Esencja. Gęste do granic możliwości, wędzono-śliwkowe do granic możliwości. Nie piłem, osobiście powątpiewam w jego sens, ale być może organoleptycznie bym się do niego przekonał. Było sobie również takie piwo jak Too Young To Be Herod od Artezana. Corocznie z innymi dodatkami. W 2015 oraz 2016 roku wyśmienite. W 2017 roku najsłabsze, choć wciąż bardzo dobre. I oto w 2018 roku Artezan wpadł najwidoczniej na pomysł zrobienia odpowiednika Imperium Prunum Esencja, tyle że z rzadkim ciałem. Jeśli ktoś nie lubi wędzonej śliwki, niech tego nie tyka. Jeśli ktoś nie lubi świątecznego kompotu z suszu, do którego ktoś zapomniał cokolwiek innego poza wędzoną śliwką dodać, niechaj również tego nie tyka. Bo to piwo w istocie smakuje jak lekko gazowany kompot z wędzonej śliwki. Tyle że ze stosunkowo smukłym ciałem. Niby jest to stout, i to z dodatkiem ziaren kakaowca, jakiekolwiek ciemne nuty przewijają się tutaj jednak jedynie w finiszu, i to cichaczem, po tylnych rzędach. Rzadki, intensywnie wędzono-śliwkowy, lekko gazowany kompot świąteczny – czy to ma sens? No niezbyt. (4/10)

Tegoroczną wersję Wesołych Świąt od Pinty (ekstr. 18%, alk. 7,7%) kupiłem bardziej jako kompletysta niż człowiek żywiący jakiekolwiek nadzieje wobec życia. A jednak – ten christmas porter z kakaowcem w przeciwieństwie do Artezana powyżej faktycznie pachnie kakałem. Kakałem, karmelem, czekoladą oraz prażonym ziarnem. Ponadto, przy braku jakiejkolwiek korzenności jest przyjemnie czekoladowo-zbożowy, przypominający ciasteczka zbożowe z polewą z mlecznej czekolady i wbrew swoim podwyższonym parametrom jest fajnie pijalny. Z nóg nie zwala, ale i nie musi. To jest po prostu solidny, smaczny, bezpretensjonalny porter. (6,5/10)

Jeszcze smaczniejszy jest szwedzki Dugges Christmas Idjit (alk. 9,5%). Klasyczny pumpernikiel przyprószony czekoladą deserową, posypany prażonym ziarnem, z lukrecjowo-cierpkawym, lekko ziołowym finiszem. Jest balans smakowy, nie ma przesadnej głębi, nie jest to piwo nadmiernie intensywne. Po prostu bardzo dobrze wykonany klasyczny RIS. Jestem wdzięczny choć za tyle. (7/10)

Na koniec zostawiłem sobie pewniaka, Czyli Ayinger Winterbock (alk. 6,7%). Nie jest to żadna odrębna pozycja w katalogu tego prawdopodobnie najlepszego niemieckiego browaru, tylko klasyczny Ayinger Celebrator, rozlany do niepozornych pękatych butelek euro o pojemności pół litry. Klasyczny Ayinger, czyli z wycofanym karmelem na korzyść czekolady oraz wycofanymi melanoidynami na rzecz orzechów. Jak czekolada z rodzynkami na pajdzie ciemnego pieczywa z posmakiem suszonych owoców. Lekko słodkawe, ale i ziołowo gorzkie. Wspaniale ułożone i przegryzione. Nie jest to najlepszy doppelbock na świecie, ale świetny klasyk, który nie zawodzi. I najlepsze piwo w tym zestawieniu. (7,5/10)

W ten oto sposób Germanie uratowali mi Święta. Jest w tym stwierdzeniu wprawdzie absurdalnie dużo przesady i patosu, ale pod względem piwnym rodzimi producenci (poza Pintą) nie popisali się, więc zagranica musiała nadrobić. Takie życie.

slider 5541289190215567041

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)