Słowacki craft w koronach drzew
https://thebeervault.blogspot.com/2017/11/sowacki-craft-w-koronach-drzew.html
Zawsze chętnie pokonuje samochodem drogę prowadzącą z Kacwina, przez słowacką, zamieszkaną przez Rusinów Osturnię, do Zdiaru, kurortu narciarskiego położonego malowniczo vis a vis ściany Tatr. Widoki po drodze piękne, szczególnie zimą, jako że droga wąska i mało uczęszczana, a śnieg bielutki, nieskażony brudem, który w miastach przeobraża go w szpetną, brązową breję. Dotychczas Zdiar był dla nas miejscem postojowym w trakcie wycieczek w bardziej południowe rejony tej części Słowacji, wycieczek kończących się często w browarach w Svicie bądź w Popradzie. No, czasami jadło się niezbyt górnych lotów obiad w schronisku przy głównych stokach narciarskich czy poszalało się z potomstwem na sankach, ale generalnie końcową stacją wszelkich wypadów tą drogą był Poprad, Tatrzańska Łomnica i inne miejsca jakieś pół godziny drogi dalej.
We wrześniu tego roku jednak nieopodal Zdiaru otwarto kładkę w koronach drzew, turystyczną atrakcję, która już wcześniej powstała w kilku miejscach w Czechach. Kładka na szczycie góry o długości ponad 600 metrów, wsparta siedemdziesięcioma pięcioma gigantycznych drewnianych bali, kończąca się ponad trzydziestometrową drewnianą wieżą, z malowniczymi widokami po drodze. Spacer w koronach drzew to nie jest określenie na wyrost, a że w przeciwieństwie do kładek w Czechach, ta znajduje się pół godziny drogi od domu rodzinnego Ani, no i w dodatku jest usadowiona w sąsiedztwie Tatr, to grzechem byłoby z niej nie skorzystać.
Żeby się dostać na szczyt, trzeba najpierw udać się do Bachledovej Doliny zaraz obok Zdiaru, zaparkować na asfalcie albo w błocku (ja wybrałem druga opcję, bo nie byłem pewien, czy za asfalt nie trzeba dodatkowo płacić) i udać się albo na nogach (szacuję podejście na jakieś 45 minut) albo krzesełkowym wyciągiem w górę. Wyciąg jest przedpotopowy, jednoobiegowy, co oznacza, że górskim sprintem można by się dostać na szczyt pewnie niewiele wolniej, no i przy okazji by się człowiek po drodze ogrzał. No ale z latoroślą nic nam nie zostało prócz podróży ślimaczym tempem na krzesełku smaganym wiatrem. Jakby tego było mało, na górze wiatr był wprost nieznośny, i całkowicie niwelował grzanie wczesnolistopadowego słońca, które tego dnia było tak przyjemne, że na dole mi w kurtce było wręcz zbyt ciepło.
Jednak warto było – widoki na górze, szczególnie z drewnianej wieży stanowiącej ukoronowanie spaceru po kładce, były niesamowite. Słowackie Tatry z jednej strony, okolice Starej Lubovli po lewej, na wprost częściowo ogołocone halnym wzniesienia, pośrodku których wiedzie przebyta wcześniej droga z Osturni do Zdiaru, na prawo tereny po polskiej stronie, łącznie ze świetnie widocznymi z tego miejsca, biało-szarymi skałami Trzech Koron. A jako że zrządzeniem losu trafiliśmy na kładkę w porze, w której słońce powoli dawało nura za surowymi, pokrytymi śniegiem skałami Tatr, to było wręcz bajkowo.
Wprawdzie koszt niemały, bo za osobę dorosłą trzeba zapłacić 8 ojro za wstęp na kładkę plus 7 ojro za bilet powrotny tymi nieszczęsnymi krzesełkami, no ale raz można. Szczególnie w tak piękny dzień, chyba ostatnią taką sobotę w tym roku.
Człowiek o stalowych nerwach może sobie zresztą potem zjechać z samej góry wieży do jej podstawy gigantyczną, spiralną rurą – ta jednak za naszej bytności było zamknięta. Mam nadzieję, że to nie ze względu na jakiś wypadek.
W tym momencie przechodzimy do tematyki piwnej. Otóż, żeby wyjść z odgrodzonego terenu z kładką ku krzesełkom bądź stokowi, z którego można się stoczyć na same dno, znaczy się, na sam dół, trzeba przejść przez sklep z pamiątkami. Motyw znany z wielu miejsc turystycznych, tutaj jednak był pewien knif. Otóż na powierzchni ok. 6 metrów kwadratowych można było kupić głównie pluszaki, ale także miód oraz piwo craftowe, z browaru Kaltenecker z Roznavy. Piwo zresztą jest również reklamowane przy kasach – można je dostać między innymi w pizzerii na dole wyciągu. Z kija.
Sytuacja cieszy – oto pionier słowackiego craftu, który uwarzył RISa w czasach na długo przed polskim Dedem Morozem, wbił się w infrastrukturę turystyczną w jednym z kurortów narciarskich na Słowacji i jest aktywnie reklamowany na jego terenie, widocznie jako dodatkowy atut tego akurat miejsca. Taka sytuacja w Polsce – czy to w Białce Tatrzańskiej czy to gdzie indziej – wydaje się być póki co mrzonką, i to mimo że marka takiej Pinty jest u nas dużo mocniejsza niż marka Kalteneckera na Słowacji.
Do pizzerii, która chyba zamyka wraz z zachodem słońca, już nie zdążyliśmy zawitać, więc Kalteneckera obczaiłem dopiero po powrocie do domu. Na miejscu zjedliśmy w restauracji hotelu Bachleda, zaraz przy wyciągu krzesełkowym. Hotelu czterogwiazdkowego, więc wiadomo było, że maniany w hotelowej restauracji raczej nie będzie. I faktycznie – za sumę 25 euro zjedliśmy pyszne strawy – bryndzowe hałuszki były tutaj wyjątkowo smakowite, pierś w panierce z płatków kukurydzianych wyjątkowo soczysta, a grillowane warzywa wyjątkowo aromatyczne. Dla porównania – dzień wcześniej w popradzkim Aqua City za 35 euro dostaliśmy szmelc, którego bym nawet psu do żarcia nie dał. A ja nawet nie lubię psów.
Piwnie zadowoliłem się Urquellem z kija w wyjątkowo dobrej formie, więc i tak byłem kontent, a za Kalteneckera mogłem się wziąć godzinę później, w domowym zaciszu. Nie była to moja pierwsza styczność z wyrobami tego browaru – pierwszy raz miał miejsce kilka lat wcześniej, z tym że sprowadzone wówczas do Polski butelki mnie rozczarowały – słabo nachmielone, częściowo wadliwe (aldehyd) ipy to nie jest nic dobrego. Miałem nadzieję, że w międzyczasie odnotowano jakościowy skok, szczególnie, że ostatnio nad Roznavą pojawiło się widmo bankructwa, a słowacka konkurencja nie próżnuje. I oto co się okazało:








Przepiłem się tego dnia przez pioniera słowackiego craftu. Osiem piw na jakieś 50+ uwarzonych to może nie być reprezentatywna ilość, z drugiej strony grupowanie tych piw w czteropaki pozwala przynajmniej na domniemanie, że browar jest pewien ich jakości. No i pomijając naprawdę świetnego dark lagera, to najlepszym piwem tego dnia był pity w restauracji u podnóża ‘kalteneckerowego’ wyciągu Urquell. Let that sink in.