Loading...

Żar Cypru

Kompletyzm to kłopotliwa przypadłość. Niepokój wewnętrzny odczuwany na skutek tego, że się czegoś nie widziało, nie skosztowało, nie zaliczyło, potrafi wpłynąć na smak życia. Kilka lat temu kompletyzm pchał mnie do próbowania absolutnie wszystkiego, co polski craft z siebie wypluwał, niezależnie od browaru czy oczekiwań. Rzeczywistość ograniczyła mi tę odmianę kompletyzmu za pomocą nieprzerabialnego natłoku premier. Kompletyzm turystyczny jest w moim wypadku jednak znacznie silniej rozwinięty. Zwiedzając jakieś miejsce, chce mieć je zaliczone w pełni. Chcę widzieć wszystko. Wychodząc tej mojej cesze naprzeciw, od jakiegoś czasu w miarę możliwości preferuję wyjazdy na stosunkowo niewielkie wyspy. Taką wyspę mogę zwiedzić niemalże doszczętnie i z poczuciem spełnienia obowiązku pojechać zadowolony do domu. Tak było na Korfu, tak było na Teneryfie. I tak też było na Cyprze, na którym byłem prawie wszędzie, widziałem prawie wszystko, no i prawie wszystko wypiłem, co było miejscowym piwem. Wyspa jest fantastyczna, dlatego postaram się ją przybliżyć, bo jako cel podróży wypoczynkowo-eksploracyjnej nadaje się jak ulał.

Z racji swojego usytuowania w centrum wschodniej części basenu Morza Śródziemnego, Cypr ma bogatą i niesamowicie długą historię. Zasiedlony przez Greków przeszło trzy tysiące lat temu rozwijał się prężnie, był jednak również miejscem sporej liczby gwałtownych zmian władzy oraz masakr ludności cywilnej. Swoją władzę nad nim rozciągali Hetyci, Asyryjczycy, Egipcjanie, Persowie oraz Rzymianie. W 117 roku naszej ery Żydzi powstali przeciwko rzymskim rządom i wymordowali na wyspie 240 000 Greków. Przez trzy wieki po błyskawicznym podboju wyspy przez kalifat, Cypr stanowił kondominium Bizancjum oraz Arabów, co stanowiło ewenement z racji trwających w tym okresie walk na pozostałych kontestowanych przez obydwie strony obszarach. Po serii podbojów przez różne frakcje europejskie biorące udział w wyprawach krzyżowych do Ziemi Świętej, Cypr stał się królestwem, z czasem popadał w rosnące wpływy Genueńczyków oraz Wenecjan, aż w końcu został w 1571 roku wcielony siłą do Imperium Osmańskiego. 

W 1878 roku Cypr stał się protektoratem Królestwa Wielkiej Brytanii, które wcieliło w końcu w 1914 roku wyspę do swych ziem. Nowoczesna Republika Cypru powstała dopiero w 1960 roku, jako państwo z podziałem władzy między grecką większością a turecką mniejszością. Żywa wśród Greków idea enosis, czyli dążenie do połączenia z resztą Grecji, dała jednak o sobie znać. Wojowniczy arcybiskup Makarios III próbował połączyć Cypr z Grecją, co skończyło się turecką interwencją zbrojną, faktycznym oddzieleniem od Cypru kontrolowanej przez tureckie siły Cypru Północnego oraz ustanowieniem ziemi niczyjej między obydwoma częściami wyspy.

Greckość wyspy
Skomplikowane dzieje nie zmieniły faktu, że gros populacji Cypru to Grecy i ma to wpływ na otoczenie. Owszem, widoczne są architekturalne pozostałości szczególnie po Włochach oraz muzułmanach, natomiast język, kultura, kuchnia i tożsamość są greckie. Przy czym obecnie poziom życia na Cyprze jest o wiele wyższy niż w Grecji, stąd mimo greckiej samoświadomości Cypryjczycy raczej na chwilę obecną nie chcieliby zapewne połączenia z macierzą. Idea enosis przegrywa z prostą codziennością. Na płaszczyźnie czynów. Bo na płaszczyźnie gestów już niekoniecznie – cypryjskich flag na Cyprze nie znalazłem wiele. Z kolei greckich flag w różnych miejscach widziałem mnóstwo. Na razie enosis jest niewykonalne i nieopłacalne, ale autoidentyfikacja mieszkańców wydaje się wykraczać poza płaszczyznę polityczną. I dobrze.

Anglicy
Liczebnie na wyspie dorównują chyba Rosjanom, których jest tutaj mnóstwo, przy czym w obydwóch przypadkach chodzi raczej o turystów. W przypadku Anglików jednak dodatkowo o wojskowych. Wielka Brytania utrzymuje na Cyprze dwie bazy wojskowe, znajdujące się na autonomicznych, zarządzanych przez Londyn ziemiach. Jedna z nich przecina ziemie greckie od morza aż po ziemię niczyją, wskutek czego jadąc na wschodni cypel wyspy trzeba przejechać przez ziemie angielskie. Na szczęście nie ma pograniczników. Inną cechą charakterystyczną jest była waluta, czyli wzorowany na brytyjskim funt cypryjski, który był obowiązującą walutą fiducjarną przed erą euro. No i jeszcze ruch lewostronny.

Po tym, jak już załatwiłem formalności związane z wynajmem samochodu i wyjechałem na drogę, dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do mnie, że coś jest nie tak, bo skoro kierownica jest z prawej, to powinienem jechać z lewej. Na szczęście w tym akurat miejscu ruchu nie było. Niejako w nawiązaniu do obyczajów drogowych na Albionie, na Cyprze jeździ się raczej cywilizowanie. Wbrew temu, co się myśli (całkiem słusznie) w tym kontekście o krajach południowych, Cypr stanowi (obok Hiszpanii) wyjątek. Intuicyjny styl jazdy nie przekłada się na szarżowanie na szosach, więc nie należy się przejmować przestawieniem się na jazdę w lustrzanym odbiciu. Jest bezpiecznie.

Inna rzecz, że przyjezdni Angole traktują wypożyczone auta jak roztopionego w śródziemnomorskim słońcu Snickersa. Jeśli auto z przebiegiem 60K zachowuje się gorzej niż moja półmilionowa Honda, to znaczy, że wpadło w łapska zawodowych molestatorów. Nie ma innej możliwości.

Poziom komunikacji w języku Szekspira na Cyprze chyba dorównuje temu na Malcie, więc z porozumieniem się nie ma problemów. Preferencyjne traktowanie turystów angielskich byłoby w tym miejscu zrozumiałe, choć irytujące, nie ma jednak miejsca, może poza obecnością angielskich ejlików w różnych knajpach na wyspie, co jednak jest plusem.

Zielona linia
Zasługuje na osobną wzmiankę. Przecina Cypr od wschodu na zachód, dzieląc wyspę na turecką północ (około 1/3 powierzchni Cypru) i greckie południe. Ma szerokość od dwudziestu metrów w Nikozji do siedmiu kilometrów w interiorze. Jej nienaruszalności strzegą oddziały międzynarodowe pod egidą Narodów Zjednoczonych, natomiast faktyczną siłę militarną, która miałaby możliwość reakcji na tureckie zapędy, stanowią Brytyjczycy, co nawet biorąc pod uwagę nadpobudliwość Greków w obliczu potęgi militarnej Turcji jest chyba Cypryjczykom na rękę, a obce bazy na terytorium nie kalą tak bardzo ich ciemnych oczu. Grecja w razie czego zresztą również zapewne przyszłaby na pomoc pobratymcom, a z racji uwarunkowań gropolitycznych i Egipt mógłby się włączyć w działania wojenne. Z drugiej strony turecka armia jest wprawdzie duża, ale jej wartość bojowa, sądząc po wydarzeniach ostatnich lat, jest dyskusyjna, zaś siła bojowa marynarki wojennej stosunkowo niska. Tak więc na pierwszy rzut oka położenie Greków na Cyprze wydaje się być niezbyt szczęśliwe, ale przy bliższym spojrzeniu sprawy nie mają się tak źle.

Oroklini
Jedną z najlepszych rzeczy, jakie udało mi się ogarnąć na Cyprze, był nocleg. Jednogwiazdkowy Antonis G Hotel Apartments w Oroklini sam w sobie zasługiwał na mocne trzy greckie gwiazdki, miał basen, balkon naszego komfortowego apartamentu wychodził na palmowe chaszcze (ja lubię), restauracja w amerykańsko-angielskim stylu sportowym oferowała kilka bardzo smacznych dań (cena 6-13EUR za drugie danie), a za dziesięć dni HB dla dwóch dorosłych oraz dziecka musiałem wysupłać jedynie 3000zł. Właściciel stwierdził, że skoro jestesmy jednymi z nielicznych gości, którzy wykupili HB, to możemy sobie jeść obiad kiedy tylko chcemy w trakcie otwarcia kuchni, co dodatkowo ułatwiło nam nawigowanie po wyspie. A muszę powiedzieć, że żeberka w marynacie z Jacka Danielsa, JD Burger oraz lamb chops były wyśmienite, a i tak wszystko przebijały rewelacyjne muszle. Polecam, Mariusz Max Golonko.

Wprawdzie obecność dużej liczby angielskich turystów w hotelu może oznaczać konieczność obcowania chociażby z występem odtwórcy Roda Stewarta z głosem zachrypniętym sześć razy bardziej niż oryginał, w towarzystwie podchmielonych prymitywów w podeszłym wieku, co skutecznie utrudnia trawienie burgera, ale nie można mieć przecież wszystkiego.

No i jeszcze mieli angielskie piwa z kija, w cenie śmiesznej jak na region turystyczny w tej bogatszej części Europy, bo po 3 ojro za szklankę. Właściciel polewający pinty zdziwił się, że spośród 11 kranów nie biorę ojrolagera ani cydru czy przynajmniej Guinnessa, tylko „takie gorzkie”. Nie zdziwił się, że biorę je na śniadanie. Od razu mi się tam spodobało. Wadworth IPA to bardzo lekka, wyspiarska ipka. Trochę ciasteczek, trochę kwiatowych i ziołowych nutek, wysoka pijalność. Sesyjne, acz nie do końca świeże, no ale to cask ale, więc różnie z tym bywa (6,5/10). Wadworth 6X to bardzo fajny bitterek. Ciasteczka, trochę czerwonego jabłka, rooibos, nutki ziołowe. Umiarkowana goryczka, wysoka pijalność. Propsuję bardzo (7/10).

Większość piw jednak wypiłem na naszym parterowym balkonie, pośród palmowych chaszczy. Tak trzeba żyć, jeden z najfajniejszych hoteli w jakich byłem. A byłem już w takich bardzo fajnych, mimo że nie wyglądam.

Polecam to miejsce również dlatego, że Oroklini nie jest typową turystyczną miejscowością. Poza tym jednym hotelem było jeszcze kilka, a poza tym same greckie domy. Widok na okalające dwieście metrów od hotelu miejscowość od strony północnej skały był tym fajniejszy ze świadomością, że dwa kilometry dalej zaczynało się pasmo ziemi niczyjej. W miejscowości można było przyuważyć starszego Greka opiekującego się gołębiem ze złamanym skrzydłem i zawiadującego sympatycznym Corner Pubem (tam poszliśmy na ouzo), było też sporo bezpańskich kotów, spośród których Hania zaprzyjaźniła się szybko z jednym.

Były typowe greckie tawerny ze starymi, chybiącymi się stolikami okrytymi wyświechtanymi obrusami. W jednej z nich (Voreas) wchłonąłem dobrze zamarynowane soczyste kurczakowe souvlaki z sałatką ze świeżą kolendrą (uwielbiam). Ponownie szocik ouzo, jednego z nielicznych alkoholi, które mi smakują. W tym miejscu  poznaliśmy Słowaka z Bratysławy, z wyglądu typowego Milana, który ponoć był informatykiem zwabionym na wyspę obietnicą pracy ze strony koleżanki, która jednak po jego przybyciu do Larnaki rozpłynęła się w powietrzu i teraz Słowak o wyglądzie wychudzonego Janosika musi fedrować jako kelner w knajpie, żeby uzbierać na powrót do domu – co mu się nie udaje, bo co zarobi, to musi przeznaczyć na codzienną egzystencję. Zastanawia mnie, jak kiepskim musi być informatykiem (ponoć wcześniej miał dobrze płatną pracę w Pradze) oraz na co wydaje od razu zarobione pieniądze, skoro go nie stać na bilet za kilkadziesiąt ojro plus odłożenie na mały zapas po powrocie do Czech. W każdym razie stwierdził, że przez pomyłkę został więźniem Cypru. Przynajmniej ma ciepło.

W Oroklini zaliczyliśmy też najbardziej rozbudowaną przygodę z miejscowym jedzeniem. W pobliskiej restauracji z obszernym patio w podwórzu o nazwie Verochino znaleźliśmy się od razu po przybyciu na wyspę. Wydłużające się formalności związane z wynajmem samochodu spowodowały u mnie niemiłosierny głód. Kiedy po przybyciu do hotelu okazało się, że kuchnia jest już zamknięta, głód zamienił się w desperację. Kiedy z końcu zamówiliśmy w otoczeniu tabunów przybyłych z Ameryki grecko-amerykańskich turystów lokalną specjalność, czyli meze, miałem przed oczami swój rychły zgon.

Otóż meze to najlepszy sposób na błyskawiczną kolekcję wszelkich lokalnych doznań kulinarnych. Mnogość dań, warzywnych, mącznych i mięsnych, przynoszonych w małych porcjach na przestrzeni ponad godziny pozwala na skosztowanie wszystkiego co kuchnia ma do zaoferowania. Tego jednak nie wiedziałem. Wiedziałem, że będzie sporo małych dań, ale kwestia donoszenia kolejnych mi umknęła. Czekaliśmy na nie w obszernym patio Verochino, z muzyką na żywo wypełniającą uszy, konkurującą z narastającym dudnieniem głodu, niemym krzykiem organizmu wołającym o przetrwanie.

Kiedy więc dostaliśmy pierwszą turę, złożoną z różnych wegetariańskich przystawek, wypieków, orzechów etc., zacząłem łapczywie jeść. Kiedy po skosztowaniu wszystkiego dotarło do mnie, że na stole nie było żadnego mięsa, krew mi odpłynęła z głowy. Chyba kelner nie zrozumiał i zamówienie poszło na opcję wegetariańską, kilka euro tańszą. Kipiąc ze złości, na tyle na ile w tak osłabionym stanie można było kipieć, wrzasnąłem na przechodzącego kelnera „Where’s the meeeeat?” Grek się roześmiał i odparł spokojnie „Don’t worry my friend, it will come.” Wtedy dopiero dotarło do mnie, że za te prawie 20 ojro na osobę dostanie się więcej jedzenia niż człowiek będzie w stanie zjeść i w takiej różnorodności, że się człowiekowi oczy będą mienić. A mięsa będzie tyle, że ciężko będzie wszystkiego skosztować. To są właśnie te detale. No i zrobiło mi się głupio.

W każdym razie strawa była wyśmienita. Jak to w Grecji, tyle że tutaj z dodatkowym tchnieniem Lewantu. Ponad 25 różnych dań, pełno rzeczy ze świeżymi ziołami, sałatki, halloumi w panierce i bez, cukinia w różnych postaciach, przeróżne mięsiwa z grilla, grzyby, jogurty, wszystko świeże i doskonale przyprawione. Za dwie osoby z dzieckiem łącznie z napojami poszło całe 60 ojro, ale było to przeżycie warte tej ceny (szczególnie że wstępnie właśnie o przeżycie chodziło). Na zapitkę lokalny koncernowy lager Keo, słodkawy, lekko słodowy, ciut aldehydowy, ale za to rześki. Spodziewałem się czegoś gorszego (4/10).

Agia Napa i Makronissos
Żeby się dostać do Agia Napa, głównego ośrodka turystycznego na wschodzie kraju, trzeba przejechać przez ziemie kontrolowane przez Anglików. Nie ma bramek, keine Grenzen, więc luz. Obecność angielskich wojsk jest gwarantem spokoju z Turcją, z drugiej strony to Anglicy przecież stosowali strategię ‘dziel i rządź’, która polegała lokalnie na podsycaniu animozji między Turkami i Grekami, doprowadzając w końcu do zbrojnej reakcji tureckiej ludności na greckie dążenia niepodległościowe, a raczej zjednoczeniowe.

Być może właśnie dlatego z drugiej strony Cypr równolegle flirtuje z Rosją, będąc miejscem zamieszkania wielu zamożnych Rosjan i celem wakacyjnym wielu innych.

Agia Napa jest uznawane za epicentrum rosyjskości na Cyprze, coś na wzór Goa w Indiach. Faktycznie Rosjan jest tutaj sporo, aczkolwiek nie przeszkadzali mi ani tu ani w zasadzie gdziekolwiek, gdzie się na nich natknąłem. Być może miałem dotychczas po prostu szczęście. Przez Agię Napę przejechaliśmy tylko, nie zatrzymując się w centrum. Widać jednak było, że jest to imprezowe miasteczko, przy czym powroty do hoteli z balang muszą być nieco kłopotliwe, zważywszy na to, że ulice pną się tutaj mocno w górę. Z samej góry, niedaleko miejsc z wykopaliskami archeologicznymi, Agia Napa wygląda ekskluzywnie, pełna nowych piaskowych oraz białych budynków. Lazur ciągnie się tutaj wzdłuż całego wybrzeża, do którego Agia Napa schodzi. Urbanistycznie znacznie bardziej urodziwe miejsce od Larnaki.

Na wysokości Agia Napa znajdują się dwie bodaj najbardziej popularne plaże na Cyprze. Plaża Makronissos była naszym pierwszym celem. Szeroka, piaszczysta, dość spokojna. Spacerki po zahaszczonych terenach wokół zatoczki są przyjemne, tak samo jak knajpki z drinkami. Bardzo fajne miejsce, nie powiem, aczkolwiek to poszarpane, skaliste wybrzeże z dala od plaży właściwej prezentowało sobą najfajniejszy widok.

Tutaj też w wypożyczonej Fieście padła klimatyzacja. Ja jestem dzieckiem lat 80-ych i pamiętam jeżdżenie do Hiszpanii w 1993 roku starym Escortem bez klimy, ale Ania jest bardziej wrażliwa.

Poinstruowany telefonicznie przez firmę, od której wynająłem auto, podjechałem do miejscowego mechanika Stavrosa. Kazał mi otworzyć klapę silnika i ujrzał rzuconą przed siedzenie pustą butelkę po Hoegaadenie. No i się Stavros popatrzył swoimi ciemnymi oczami na butelkę, potem na mnie, ponownie na butelkę i znowu na mnie.
„Are you Polish?”
„Yeah. How did you know?”
„Heh...”
Well. W każdym razie awaria opłaciła się, bo auto zamienne dostałem w ciągu dwóch godzin, i to Focusa w miejsce Fiesty. W Malezji rozbiłem auto, dostałem lepsze. Na Cyprze miałem awarię, też dostałem lepsze. Tak trzeba żyć.

Waterworld
Cóż ponad odpoczynek w aquaparku? Znalazłbym pewnie z dwieście fajniejszych rzeczy, ale dziewczyny nalegały, więc trzeba się było rozstać ze stówką euraczy. Po wizycie w Siam Parku na Teneryfie chyba żaden park wodny mnie nie zwali z nóg, acz Waterworld na Cyprze był w porządku. Jako że na Cyprze wodna pitna ma swoją wartość, to woda w basenach była lekko słona. Pewnie odsalana woda morska. Mam nadzieję, bo z drugiej strony do szaletów na terenie basenów nie było raczej kolejek. Atrakcji było miej niż w Siam Parku, zaś odpadający od elementów betonowych w wielu miejscach tynk wskazywał na mniej lub dalej posunięty tumiwisizm. 

No i zjeżdżalnie. Kamikadze spoko, kuzynowi z wielkich batów zrobiło stringi i podniosło go jak poduszkowiec, na spiralnej tubie w kompletnej ciemni dostałem takiego tempa i siły odśrodkowej, że przed oczami miałem obraz rodziny, jakbym miał lada chwila zginąć, half-pipe The Fall Of Icarus spowodował u mnie zdarcie gardła, a drop Atlantis był lajtowy oprócz ostatniego zjazdu, na którym mi wypłukało z oka szkło kontaktowe. Na dłoń. Włożyłem z powrotem i zmagałem się przez kilka minut z parzeniem oka od soli. Albo od, ee, w sumie to nie wiadomo i chyba nie chcę wiedzieć. Co jeszcze zapamiętałem? Jedną z ratowniczek, która wyglądała tak, że aż się człowiek miał ochotę trochę podtopić. No i tak mi skórę spiekło tego dnia, że mógłbym na rynku w Oslo tańcząc i śpiewając Ederlezi zarobić pewnie więcej niż polski hydraulik. Do przemyślenia.

Capo Greco
Półwysep z parkiem narodowym, będący najdalej na wchód wysuniętą częścią Cypru greckiego, to wijące się pośród pustynnego podłoża kręte ścieżki, flankowane gąszczem suchego krzewia. Widok na skalistą formację w oddali zakłócały terenówki, zasuwające po wysuszonej bliskowschodniej ziemi, wbijając za sobą w powietrze tumany pyłu, zwiewane w kierunku wzniesień.

Cypel ma skaliste, poszarpane wybrzeże, trochę jak maltańskie Gozo, jest jednak otoczony kontrastującym lazurem morza. Z pewnością jest to fajne miejsce na quada czy buggy. Końcówka cyplu jest zajęta przez brytyjskie wojsko i stąd niedostępna, ale można napawać się innymi widokami w parku narodowym, chociażby przy Niebieskiej Lagunie z ciekawymi formacjami skalnymi wcinającymi się w lazur morza. Kawałek na północ znajduje się urocza cerkiewka Agioi Anargiroi, do której jedna z niemieckich turystek wparowała odziana jedynie w różowy strój kąpielowy. Ewidentnie zabrakło tutaj imama z meczetu w Larnace, żeby zaprowadzić porządek – o czym zaraz więcej.

Paralimni
Na północ od Agia Napa znajduje się śródlądowe Paralimni, z wąskimi uliczkami i nieco zapuszczoną zabudową. Warto tutaj podjechać dla Placu 3 Kościołów, spośród których najlepiej wypada cerkiew św. Jerzego, mieszcząca na nabożeństwach około 2000 ludzi naraz. Bardzo ładne ikony i freski, no i przyjemny chłód dający odpocząć od skwaru na patelni na zewnątrz.

Protaras i Fig Tree Bay
Być może najbardziej typowy nadmorski kurort na Cyprze, z wąską brukowaną dróżką flankowaną ciągiem restauracji, sklepów, knajp i hoteli. Spałaszowane w jednej z restauracji awokado z koktajlem z krewetek (7 EUR) zrobiło robotę, faszerowane warzywa Ani ponoć też, meze zamówione przez resztę podobnie. Generalnie trzeba się postarać, żeby na Cyprze zjeść źle. W tym miejscu mam notatki z wypicia Marea Blonde z Attyki. Nie wiem, co ma znaczyć ‘postmodern lager’, ale w rzeczy samej jest to lekko słodowe, ciut cytrusowe, rześkie, miękkie, lekkogoryczkowe, niezobowiązujące piwo, które dobrze wchodzi (6/10).

Główna plaża Protaras, czyli Fig Tree Bay, jest nazwana trochę na wyrost, bo figowców górujących nad półkolistą plażą jest raptem kilka, niemniej jednak jest to bardzo przyjemne miejsce. Rodzinna, piaszczysta plaża z darmowymi prysznicami, płytkim dnem i wysepką naprzeciwko. Pijemy Hoegaardeny i cieszymy się życiem. Gdyby nie Nissi Beach, to Fig Tree Bay byłaby moją ulubioną plażą na Cyprze. Właśnie, gdyby nie Nissi...

Nissi Beach

Perełką na skalę światową jest moim zdaniem plaża Nissi Beach. Tło do porównania mam całkiem szerokie – od Punta Cana na Dominikanie, przez Railay Beach w Tajlandii, malezyjskie Langkawi czy Nha Trang w Wietnamie, po malownicze plaże greckie oraz plaże w Rumunii, piękne bardziej za sprawą plażujących kobiet niż widoków jako takich. I mimo to moją ulubioną plażą po dziś dzień pozostaje Nissi Beach na Cyprze. Przy czym należy nadmienić, że dla mnie doskonała plaża to kombinacja widoków, upału, drobnego pasku, lazuru w wodzie o idealnej temperaturze, mocnych bitów oraz pięknych kobiet. No i właśnie sumarycznie wszystko grało mi tutaj najlepiej. Może oprócz jedzenia w plażowych barach – było drogie i okropne. Pizza była zupełnym okrutnikiem, przebijającym nawet abominację wrzucaną z zamrażarki prosto do mikroweli na kempingu „U Rumcajsa” przy Zalewie Żywieckim w 2007 roku. No ale z drugiej strony na jedzenie w takich miejscach akurat nie zwracam przesadnie uwagi. Po prostu pakuję do plecaka większą liczbę Hoegaardenów, które cieszą nawet wtedy, gdy nabiorą temperatury saunowej.

Nissi Beach ciągnie się szerokim piaszczystym półkolem wzdłuż wybrzeża, naprzeciwko mając skalistą wyspę. Mielizna w zatoce umożliwia przejście w ciuchach (woda podczas odpływu wzdłuż podwodnej „ścieżki” sięga kolan) na wyspę i rozłożenie się w miejscu z mniejszym zagęszczeniem plażowiczów. Naprzeciwko siebie ma się wtedy lądową część Nissi Beach, z beach barów dolatują imprezowe dźwięki muzyki elektronicznej, a samemu można położyć się w mieliźnie z piwkiem w dłoni i po prostu leżeć w wodzie. Nigdzie na świecie poza tym miejscem woda nie była optymalna. Prawie zawsze zbyt zimna, gdzieniegdzie (Railay w Tajlandii) zbyt gorąca. A na Nissi Beach w sierpniu woda jest wystarczająco chłodna, żeby dać orzeźwienie od śródziemnomorskiego słońca, a zarazem wystarczająco ciepła, żeby móc w niej leżeć bez konieczności ruszania się. Ani człowiek nie zmarznie ani się nie przegrzeje. Ideał. I taki tryb odpoczynku włączałem, nierzadko na ponad godzinę, wymieniając jedną puszkę Guinnessa czy John Smith’sa (jak się nie ma co się lubi...) na kolejną butelkę Hoegaadena czy puszkę London Pride. Leżąc w płytkim lazurze niemalże w bezruchu, ładując baterie.

Uroda kobiet
Tym lepiej mi się je ładuje, kiedy moja Ania nie jest jedyną piękną kobietą w okolicy. Estetykę miejsca odbieram zawsze całościowo. Widoki mogą być piękne, ale bez pięknych kobiet są niepełne. Za to jeśli kobiety są piękne, to i nawet de facto mało urodziwa okolica (chociażby plaża w rumuńskim Costinesti) staje się miła dla oka.

Będąc na głównej plaży Agia Napa zrozumiałem istotną różnicę między Grecją właściwą a Cyprem. Otóż miejscowe dziewczyny od przyjezdnych można było łatwo odróżnić, nie było więc raczej interferencji w tym zakresie. No i tak jak Greczynki niesamowicie odstają urodą in minus od w zasadzie wszystkich pozostałych narodów Europy wschodniej, tak Cypryjki to inna bajka. Ba, pomijając niektóre Izraelki, najpiękniejsze kobiety na wyspie były miejscowe. Powodem jest prawdopodobnie naznaczona migracjami historia Cypru oraz bliskość Lewantu. Z Nissi Beach do wybrzeża Syrii jest w lini prostej niewiele ponad 200km, zaś wpływ bliskowschodnich genów różnej maści jest widoczny w DNA oraz rzecz jasna atrakcyjnej urodzie wielu mieszkanek wyspy.

A skoro już przy Nissi Beach jesteśmy, to pora na greckie crafty marki Nissos, które z Nissi Beach nie mają w zasadzie niczego wspólnego, no ale nazywają się podobnie. Nissos All Day Organic Lager (alk. 4,5%) to lekko słodowe, bardzo rześkie piwo z wyraźnymi ziołowymi i cytrynawymi nutkami chmielowymi i podkreśloną goryczką. Bez zastrzeżeń (7/10). Nissos 7 Beaufort (alk. 7%) to taki niskocielisty koźlak z mocniejszą goryczką. Karmel, chleb, rodzynki i inne suszone owoce, ciut czekolady. Niezłe piwo, które mimo woltażu szybko wchodzi (6/10). Niskie oceny tych piw nie są moim zdaniem uzasadnione, chyba że ktoś naciął się na utlenione butelki.

Larnaka
W przeciwieństwie do kobiet nie jest specjalnie urodziwa. Mieści się tutaj główne lotnisko wyspy, port, olbrzymie słonowodne jezioro, po którym brodzą flamingi (do którego nie pojechaliśmy) oraz duży meczet. Niska zabudowa poprzecinana jest gąszczem wąskich, krętych uliczek, chaotycznie zoganizowanych pod względem ruchu (gugiel maps nie ogarniał i kilka razy próbował wmanewrować wypożyczonego Forda na rympał pod prąd) i wizualnie zupełnie bez polotu. Na północy zwraca uwagę duża liczba podejrzanie wyglądających „night clubów”, w centrum z kolei fasady wielu kamienic domagają się renowacji.

W centrum można się raczyć pysznymi smoothies ze świeżych owoców, można jednak też przy okazji podjechać do Kava Spiritology, jednego z niewielu sklepów specjalistycznych z piwem na wyspie. Właściciel zdziwił się, że do niego w ogóle trafiłem. Dowiedziałem się, że browar Prime niestety już zamknął swoje podwoje (w 2019 roku zreaktywował się pod nazwą Octo). Sklep prowadzi głównie wina i spiryty. Piwnie trochę klasycznych importów (belgi, Thornbridge, Shepherd Neame, jakieś irlandzkie crafty), grecka Menea oraz cypryjski True Ale z Limassolu. Wybór nie powala, ale właściciel jest sympatyczny, no i trzeba brać, co jest.

Butelki z miejscowym craftem wychyliłem na naszym uroczym balkonie w Oroklini pośród chaszczy. True Ale Wheat Ale (alk. 5%) z Cascade, kolendrą, cytryną i pomarańczą to piwo wodniste, rześkie i miałkie. Chleb pszenny z subtelnym zjełczałym masełkiem/toffi, cytrynką i nutą siarki. Reszty dodatków nie wyczułem (3,5/10). True Ale Blonde Ale (alk. 2,5%) z cytryną i chmielami z Anglii, jest z kolei zdominowany przez cytrynę. Lekkie prześwity słodowe i lekka goryczka dla uzupełnienia, ale o dziwo w swojej radlerowości to piwo jest niezłe (6/10). True Ale Pale Ale (alk. 3%) z dodatkiem Cascade i Sovereign oraz ponownie cytryny. Pachnie jak cytryna z nutką chmielową, smakuje jak rozwodniony golden ale z delikatnym toffi i goryczką ciut mocniej podkreśloną niż w innych ich wyrobach. Miałkie, ale dobrze wchodzi (5/10). True Ale Porter Ale (alk. 4,5%) to kakao niskiej jakości, przypieczone słody, kawa prima, trochę cytrynki (a jakże). Wodnisty, lurowaty smak, jak popłuczyny po najgorszej bieda mokce (3/10).

Wracając do Larnaki, promenada nadmorska jest naznaczona obecnością portu nieopodal, plaże są długie, szerokie, piaszczyste i rozczarowująco nijakie. Wyłomem w nijakości był imam zabytkowego meczetu mieszczącego się u południowego skraju promenady, wrzeszczący po laskach w bikini próbujących wejść na teren świątyni. Mimo mojej niechęci do islamu i przychylności dla lasek w bikini odniosłem się do jego obiekcji ze zrozumieniem. Nawet po tym, jak i ja oberwałem jakąś niezrozumiałą wiązanką. Wziąłem więc puszkę London Pride i resztę wypiłem poza terenem świątyni. Miał chłop rację.

Przy bulwarze mieści się jeden z niewielu browarów na Cyprze. Restauracyjny The Brewery Larnaca dysponuje sporym patio od strony bulwaru. W środku jest przestronny, obity drewnem ale i napakowany bibelotami, z warzelnią na antresoli i chyba 20 kranami przy barze, z których część była jednak nieuzbrojona. Poza tym w środku śmierdziało stęchlizną. Jedzenie było dobre i niedrogie (13-15EUR za pierwsze i drugie danie), obsługa dawała radę, no i serdecznie polecam to miejsce każdemu, kto lubi ssać bandaże. Wprawdzie do Egiptu stąd jest jednak kawałek, ale każde z piw byłe naznaczone klątwą mumii, zupełnie jak ongiś Braubruder w Nowym Sadzie oraz Tacoa na Teneryfie. Być może teraz, kiedy wskutek covidu ludzie zaczęli myć ręce, ten problem zniknął.

Brown Ale – totalny bandaż, trochę przyciemnionych słodów, pić się nie da, Edi pomóż! (1/10)
Premium Dark – słodkawo kwaskowe bandaże z dyskretnym słodowym tłem. (1,5/10)
Pilsner – mocny diacetyl, trochę chleba, chmielu i słodyczy, no i obligatoryjne bandaże. (3/10)
Średnio 6 euro za 300ml wady w płynie. Co za sromota.

Na pocieszenie przy stoisku nieopodal zamówiłem non-alco pastry czy tam smoothie z mango i melona. I to zrobiło mi dzień.

Niepijalnymi piwami kończę pierwszy wpis o Cyprze. W kolejnym pochylę się nad resztą kraju – bogatym Limassolem wraz z jego śmiechu wartym pseudobrowarem, zielonym interiorem wyspy z klasztorami oraz najwyższym wzniesieniem Cypru, angielskim browarem w cypryjskich górach Aphrodite’s Rock oraz Nikozją, stolicą przedzieloną na pół przez ziemię niczyją, z jednym z najfajniejszych browarów restauracyjnych, w jakim byłem.
True Ale 8166144296326290658

Publikowanie komentarza

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)