Loading...

Singapur – tropikalny raj? Część 2

Pisałem kilka dni temu , że Singapur to państwo niskich cen – jeśli się wie, gdzie ich szukać. Singapur to jednak również państwo wysokic...

Pisałem kilka dni temu, że Singapur to państwo niskich cen – jeśli się wie, gdzie ich szukać. Singapur to jednak również państwo wysokich cen. Exemplum bar piwny w starej części miasta. Ta stara część to jest generalnie nanostarówka, która dobitnie unaocznia skokowy rozwój Singapuru, szczególnie kiedy się ją obserwuje z imprezowej dzielnicy Clarke Quay, po drugiej stronie kanału. Otóż wyobraźcie sobie rząd 20-30 wąskich kamieniczek zrośniętych ze sobą, trzy-czterokondygnacyjnych, zaraz nad kanałem, na długości może dwustu, może trzystu metrów. Wykrojony kawałeczek centrum Amsterdamu, przy kanałach, to chyba najbardziej uchwytne, acz i luźne nawiązanie. No. A zaraz za tymi kamieniczkami wyrastają wieżowce downtown. Niektóre na kilkadziesiąt metrów, inne to drapacze chmur na sto metrów i więcej. Nanostarówka Singapuru jest dosłownie przytłoczona przez nowopowstałe kolosy. Wygląda to surrealnie.

Weszliśmy do jednego z barów w jednej z tych kamieniczek. Guinness Foreign Stout z kija za 36zł, polewany przez barmankę z Anglii. Takie tutaj są ceny – jedno piwo w cenie trzech obiadów. Przy czym Guinness jest lokalny, warzony w miejscowym browarze należącym do Guinnessa na rynek singapurski. Tutejszy Foreign Extra Stout jest wyraźnie odmienny od wszystkich innych Guinnessów, jakie piłem. Pierwszy raz wychyliłem go z puchy w hotelu zaraz po przyjeździe, wspólnie z Anią. No i z konserwy tak mocno dawał lacto, że pachniał w zasadzie jak berliner. Ciężko mi było w to uwierzyć, miałem klasyczny dysonans poznawczy. Z kufla już nie był tak wyraźnie mleczny, ale jednak dużo bardziej niż jakikolwiek inny Guinness. Poza tym sporo kandyzowanego cukru i karmelu, prześwitywał jasny słód i nutka lukrecji. Dość lekkie, miękkie, wyraźnie kwaskowe piwo. Sesyjne, w zasadzie człony „foreign extra” można wyrzucić poza nawias. Szkoda że alkohol w Singapurze jest taki drogi, ale jak już, to warto po miejscowego Guinnessa sięgnąć (7/10).

Dlaczego jednak w ogóle weszliśmy do losowej knajpy? Otóż Ania zdychała. Ech, ten tropikalny klimat. Singapur jest położony w odległości kilkudziesięciu kilometrów od równika. Ma to określone implikacje. Po pierwsze, dni i noce są w zasadzie przez cały rok tej samej długości – słońce wstaje o 7ej rano i zachodzi o 19ej. Po drugie, nie ma pór roku, są jedynie pory monsunowe, kiedy łatwiej o jakiś cyklon i opady są bardziej intensywne. Po trzecie, usytuowanie nie oznacza pięknej pogody. Oznacza względnie stałą temperaturę, około 30 stopni na plusie, przy maksymalnej bądź prawie maksymalnej wilgotności. Chmur jest sporo – gnają one wzdłuż równika, do czego dochodzi lokalny efekt tzw. Sumatra haze, czyli smogo-mgiełki, skutku wypalania pastwisk oraz lasów tropikalnych na pobliskiej, indonezyjskiej Sumatrze, o którym tak nawiasem mówiąc mało się mówi, mimo że jest bardziej palącym problemem od plastikowych słomek. Po czwarte, prawie codziennie pada deszcz. Nie są to przy tym deszcze, jakie znamy z Europy środkowej, kiedy betonowa warstwa chmur zasłania nieboskłon na kilka tygodni, podczas których miarowo siąpi, a człowiek z desperacji zaczyna oglądać najgorsze seriale na Netfliksie. Nie, tutaj przychodzi burza, leje jak z cebra przez godzinę, po czym znowu się rozpogadza. I dobrze.

Klimat ma wpływ na roślinność i zazielenienie Singapuru. Nazywanie tego państwa-miasta betonową pustynią jest przejawem ignorancji. Tu jest tak zielono i tak kolorowo, że aż się oczy cieszą. Gdziekolwiek może być trawnik – tam jest trawnik. Gdzie tylko da się wsadzić roślinę – tam coś rośnie. Najbardziej masywne betonowe konstrukcje jakie widziałem, podtrzymywały główną szosę śródmieścia. Olbrzymie zbrojone przęsła wielopasmowej estakady były jednak w sporej mierze porośnięte zielonym bluszczem. Gdzie okiem nie sięgnąć, tam albo nowoczesne konstrukcje albo natura. Nie trzeba w zasadzie niczego podlewać, bo regularne, tropikalne deszcze oraz wilgotność powietrza robią swoje, więc nie trzeba nawet specjalnie o tę zieleń dbać.

Ale zazielenienie to również zasługa człowieka, być może tego tajemniczego gremium z mojej wyobraźni czuwającego nad szczęśliwością ludzi, nie wiem. Otóż o zieleń wprawdzie dbać nie trzeba, no ale jednak można. Tak więc flora, przynajmniej na południu, w centralnej części tego państwa-miasta, jest kształtowana ludzką ręką. Przystrzyżone trawniki, klomby z kwiatami wszelkich możliwych barw – to jest tutaj standard. Pomnikiem postawionym naturze ręką ludzką są ogrody botaniczne Gardens By The Bay. Wejście do dwóch przeszklonych pawilonów, konserwatoriów o wyglądzie muszli, jest wprawdzie płatne, ale główna część ogrodów to jedna z bezpłatnych atrakcji Singapuru. W gąszczu różnorodnej roślinności, posadzonej na areale wielkości 101 hektarów, wizualnie wyróżniają się tak zwane „superdrzewa”, wysokie na 25-50 metrów konstrukcje, będące w istocie pionowymi ogrodami, obsadzonymi gąszczem różnych roślin. Struktury są zwieńczone rozłożystymi koronami, a na wysokości około 20 metrów są połączone ze sobą kładką.

W to miejsce warto przyjść wieczorem, kiedy odbywa się tutaj spektakl muzyki i światła. Korony superdrzew oraz kładki dynamicznie zmieniają swoje oświetlenie w takt klasycznej muzyki. Ludzi jest mnogo, co nie dziwi – spektakl naprawdę robi wrażenie, no i jest bezpłatny.

W porównaniu do niego pokaz niopodal w zatoce przy Marina Bay Sands, też muzyczno-świetlny, polegający na wyświetleniu historii państwa na mgiełce wodnej tworzonej przez dysze umieszczone w zatoce za pomocą laserów operowanych z wierzchołka hotelu, wypada moim zdaniem biednie. I tylko widok na oświetloną dzielnicę finansową, znajdjącą się vis a vis kładki, z której ogląda się spektakl, wynagradza wszystko. Jest naprawdę imponujący, dla człowieka z Europy zupełnie nieprzyzwyczajonego do takich gąszczy drapaczy chmur, jest wręcz odrobinę nierealny.

Ogrody botaniczne Gardens By The Bay zresztą same w sobie stanowią wieloaspektowy symbol Singapuru. Raz, że po części ucieleśniają jego tropikalną, roślinną naturę, a dwa, że są usytuowane na sztucznym lądzie. Tak jak Holandia, tak i Singapur w obliczu dużego zagęszczenia ludności próbuje wyrwać morskim toniom kolejne skrawki, konwertując je na ląd. Ogrody to jeden przykład, boisko piłkarskie naprzeciwko dzielnicy finansowej, nieopodal dużego budynku o kształcie kwiatu lotosu, to przykład kolejny. Mieli gest, no to se zrobili boisko na wodzie, a co? Stado wydr, które akurat przepływało obok nie wyglądało, jakby boisko robiło na nim przesadne wrażenie.

Gest to zresztą odpowiednie słowo, które pozwoli nam przejść do następnej kwestii. Czyli przepychu przechodzącego w marnotrawstwo. We wspomnianym Marina Bay Sands mieści się ogromna galeria handlowa. No i oni w środku zrobili sieć kanałów, po której pływają rekreacyjne łódki. Co, nie stać ich? Ano stać. Tak samo stać ich na klimatyzatory, które dosłownie wszędzie są odkręcone do granic możliwości. Wspomniane Gardens By The Bay będą mi się między innymi kojarzyły z tym, że wejście do jakiegokolwiek sklepiku na ich terenie równało się wkroczeniem do królestwa lodu. Wyobraźcie sobie temperaturę zewnętrzną rzędu trzydziestu kilku stopni plus maksymalną wilgotność. I z takiego otoczenia wchodzicie do pomieszczenia, w którym jest góra kilkanaście stopni i maksymalnie suche powietrze. Nie macie kurtki ani szalika, więc pospiesznie uciekacie z powrotem w strefę tropikalną. Nigdzie nie spotkałem się z tak skrajną eksploatacją możliwości klimatyzatorów.

To jednak jeszcze nic. Otóż w strefie drapaczy chmur jest sobie taki jeden wysoki budynek z ogromnym przejściem zrobionym pośrodku. Wygląda, jakby wydrążono w budynku prześwit wysoki na około 15 metrów, szeroki na 30 metrów, otwarty z obydwóch stron. I klimatyzatory jadą w tym prześwicie na maksymalnych ustawieniach. Oczywiście zmrożone powietrze i tak po otwartych bokach ucieka w eter, ale co tam. Stać ich przecież. Wychodzicie, idziecie dalej chodnikiem wzdłuż wieżowca, a tam klimatyzatory dmuchają na chodnik po całej jego długości! No co, przecież ich stać. Zdumiewająca hipokryzja jak na państwo, które wszem i wobec wieszczy zagładę cywilizacji wskutek nadmiernej kumulacji dwutlenku węgla w atmosferze. No ale zawsze to łatwiej pouczać innych niż samemu dać przykład.

Ale – tutaj wszystko wydaje się być podporządkowane dostarczeniu ludności jak największej dawki komfortu. Stąd te klimatyzatory. Poprzedniego wieczoru, kiedy po samotnej wędrówce stanąłem naprzeciwko jaskrawo oświetlonego downtown, wdychając gorące, wilgotne powietrze, zastanawiałem się, jak ludzie potrafią w takim klimacie pracować w garniturach? No i oto miałem odpowiedź – są otoczeni klimatyzowanym powietrzem. Nawet jak wyjdą na zewnątrz. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że bez wynalazku klimatyzacji Singapur wciąż byłby zapyziałą rybacką wioską, a przynajmniej nie byłby jednym ze światowych centrów finansowo-usługowych, przy którym Europa w pierwszej chwili wygląda trochę prowincjonalnie.

Jest jeszcze więcej odnośnie komfortu życia. Zauważyliśmy na przykład bardzo ciekawą kwestię, po dwóch godzinach łażenia po downtown. Otóż nie bolały nas głowy. Ścisłe centrum wielomilionowej metropolii charakteryzuje się bowiem między innymi tym, że jest tutaj bogato, schludnie, ładnie, zielono, ale i... cicho. Stosunkowo cicho. Pisałem już o wielopasmowych estakadach biegnących kilkadziesiąt metrów nad głowami ludzi. I to jest klucz do sytuacji – lwia część ruchu drogowego jest prowadzona w centrum tymi estakadami właśnie, likwidując problem zanieczyszczenia spalinowego oraz zanieczyszczenia hałasem. Rewelacyjne rozwiązanie urbanistyczne. Nie dość, że miasto jest podzielone na sekcje, z dzielnicami usługowymi i mieszkalnymi oraz wyspą Sentosą przeznaczoną wyłącznie do odpoczynku, to w dodatku taki młody wilczek zjeżdżając ze swojego biura w jednym z drapaczy chmur na fajkę na zewnątrz, może sobie tam autentycznie odpocząć, bo ani nie ma spalin ani zgiełku. Kolejny raz Singapur zrobił na mnie duże wrażenie.

Wrażenie bogatego ale i maksymalnie przemyślanego miejsca. No ale jak kogoś stać na wszelkie możliwe ekstrawagancje, to zwykle stać go też na to, żeby zapłacić odpowiednim ludziom za to, żeby pewne rzeczy zaprojektowali tak, że mucha nie siada. No dobrze, ale dlaczego właściwie Singapur na tyle rzeczy stać?

Odpowiedź jest dobrze widoczna z pokładu jednego z pnących się ku niebu wieżowców. Pokład widokowy w hotelu Marina Bay Sands jest z pewnością ciekawy, jednakże wjazd jest płatny. Naprzeciwko jednak, w wieży nr 1 Marina Bay Financial Center znajduje się winda, która za darmo jeździ tylko i wyłącznie na piętro nr 33 tego drapacza chmur. U góry można się udać na taras i podziwiać widok zatoki z jednej strony, po drugiej stronie zaś widać jedną z głównych przyczyn bogactwa Singapuru.

Cieśnina Singapurska jest dosłownie zakorkowana frachtowcami i tankowcami wszelkich możliwych wielkości. Wszystkie czekają na pozwolenie na przepłynięcie dalej w kierunku Cieśniny Malakka oraz dalej w świat. Szacuje się, że 25% całkowitego światowego handlu towarowego przepływa właśnie przez to miejsce. Nawigowanie między wystającymi skałami archipelagu indonezyjskiego na południu jest zbyt ryzykowne, zaś głęboka cieśnina to idealny punkt przejazdu. Wszystkie te statki muszą opłacić myto, za które Singapurczycy potem między innymi ciskają klimatyzatorami w eter. Widok Cieśniny z góry jest arcyciekawy. Jeszcze lepiej natłok statków jest widoczny z pokładu samolotu.

No dobrze, ale dlaczego w drapaczu chmur znajduje się winda jeżdżąca, w dodatku za darmo, na 33 piętro? Otóż na tym piętrze mieści się browar restauracyjny Level 33. Ma dwa plusy i dwa minusy. Jednym z atutów jest samo umiejscowienie z tarasem widokowym – zapiera dech w klatce piersiowej. Drugim jest dość elegancki, nowoczesny wystrój – mnie przypadł do gustu, szczególnie w połączeniu z masywnymi przeszkleniami. Odnośnie wad z kolei, to zaraz przy wejściu pod zastaw rachunku jest konfiskowana karta kredytowa. Tego typu protekcjonalne traktowanie zawsze mnie mierzi, a tutaj zagrało dwuton wespół z chłodną, wręcz lodowatą przyjemnością obsługi. To już chyba nawet wolę czeską rubaszność.

Drugim minusem są piwa. Kiedy tylko ujrzałem instalację firmy Salm, to miałem przeczucie, że nie będę zadowolony. Gdziekolwiek trafiam na sprzęt tej firmy (czy to w Wiedniu czy w Zakopanem), to piwa są lipne. Podejrzewam, że jest to bardziej wina stockowych receptur sprzedawanych razem ze sprzętem oraz nieogarniętych piwowarów niż sprzętu jako takiego, ale chluby to marce nie przynosi. Zamówiłem tester 5x 100ml plus jedno małe dla Ani. Blond Lager był trochę estrowy, wodnisty i kukurydziany, z nikłą goryczką. Nie wiem, czy koncernowy Tiger nie jest ciut lepszy (3,5/10). Wheat Beer był filtrowany, lekko goździkowy, lekko drożdżowy, z nutą zapałek, nader wszystko jednak bardzo wodnisty (3,5/10). Dark Wheat Beer to wodniste połączenie zapałki, goździka oraz karmelu (3,5/10). India Pale Ale był nieprzyjemnie mączny, a poza tym zapalczany, dość cielisty, z kwiatowymi ale i potliwymi nutami chmielowymi. A no i z aldehydem octowym (3,5/10). Najlepszym piwem był kiepski Stout. Trochę zboża, trochę czekolady, trochę kawy zbożowej, delikatna spalenizna, akcent grzybopodobny. Wodniste i miałkie, no ale jakoś da się je jeszcze pić (4/10). Poza tym polewają jeszcze „Porter”, czyli kupaż Stouta z ipką.

Warto tu się jednak wybrać dla widoku, szczególnie że taki zestaw degustacyjny i jedno małe piwo to łącznie koszt 110zł. Czyli mniej niż dwa bilety na pokład obserwacyjny Marina Bay Sands. I na tym się kończą miarodajne zalety tego miejsca.

Zalet Singapuru z kolei jest wiele. Jest też wiele wad. Ciężko jest go jednoznacznie podsumować. Tak, panuje tutaj zamordyzm, manifestujący się całym gąszczem zakazów. Z drugiej strony, mając je w tyle głowy i nie kozacząc, człowiek czuje się tutaj paradoksalnie swobodnie, bo autorytaryzm wpływa też na bezpieczeństwo i skrajnie niską przestępczość, nawet jak na standardy europejskie.

Bepieczeństwo geopolityczne to inna broszka; jest to jeden z najbardziej strategicznych punktów na Ziemi, a więc z jednej strony jest silnie broniony przez ogromną jak na ilość mieszkańców oraz małą powierzchnię, nowoczesną i doinwestowaną armię (m.in. 72 tysiące aktywnych żołnierzy, 200 samolotów bojowych, 190 czołgów, 12 korwet i fregat; 3,2% PKB przeznaczanych jest na cele wojskowe), z drugiej strony każdy by go chciał mieć dla siebie. Przelatujące raz po raz nad wybrzeżem eskardy wojskowych odrzutowców nie dają zapomnieć o wyjątkowym statusie tego państwa-miasta.

Jest tutaj czysto, choć nie sterylnie czysto (w Geylangu bywa wręcz mówiąc wprost brudno; zobaczymy, jak jest w Little India), klimat jest gorący i wilgotny, czyli z mojego jaszczurzego punktu widzenia rewelacyjny. Powietrze świetne, roślinność zaskakująca i bardzo bujna. W nocy jest jasno, ale jednak światła nie walą po oczach. Jest mnóstwo ludzi, ale nie ma na szczęście przytłaczającego huku, jakim charakteryzują się na ogół wielkie metropolie.

Wpakowano tutaj mnóstwo pieniędzy, ale z głową i klasą. Komfort życia mieszkańców wydaje się być priorytetem miejscowych władz. Singapur jest świetnie rozplanowany i skomunikowany i oferuje tyle możliwości spędzenia wolnego czasu, że – oczywiście przy odpowiednim budżecie – nie sposób się w nim nudzić.

A minusy? Autorytaryzm wydaje się być częściowo zaletą, może jednak w pewnych sytuacjach dać w kość. Uśredniony komfort życia nie przekłada się na komfort w mieszkalnictwie – typowe mieszkanie w Singapurze to ciasna klitka. Higiena paradoksalnie na jednym polu przegrywa z biedniejszymi państwami regionu – brakuje bowiem przy muszlach klozetowych podmywaczek, które są standardem w Malezji i Tajlandii. Pod tym względem jest więc – niestety – bardziej europejsko. Ciężko jest się po półtorej dnia pobytu wypowiadać na temat ludzi, jednak atomizacja społeczeństwa jest widoczna gołym okiem. Materializm, brak dzieci, uzależnienie od smartfonów i wszelkiego rodzaju (legalnych) rozrywek wyznacza tutaj rytm życia. Nie poznaliśmy żadnych sympatycznych ludzi; w większości lokali obsługa nie była specjalnie miła, a szczególnie w hotelu. Sympatyczny był jedynie hinduski barman w browarze Brewerkz i grupa sikhów, z którymi robiliśmy sobie wspólne zdjęcia. Też turyści, swoją drogą.

Ogółem jest drogo, choć można ogarnąć nocleg w cenie 100zł za osobę i stołować się bardzo smacznie w przedziale cenowym budżetowych polskich restauracji, trzeba po prostu wiedzieć gdzie. Niemniej jednak cena 15zł za małego Guinnessa w przydrożnym sklepie a 20zł za dużego to spory wydatek. 30zł zapłacicie za pintę piwa w knajpie w zasadzie tylko w happy hours. Jakiekolwiek knajpy z alkoholem czy restauracje nie będące tanimi jadłodajniami czy hawker stalls, nieuchronnie uderzą w kieszeń. Trzeba uważać, bo ceny w hotelach i restauracjach są często podawane w wysokości netto (VAT to 7%), a do tego jeszcze w wielu miejscach dolicza się 10% opłaty za obsługę. Posiadanie samochodu to luksus – cło importowe wynosi równowartość ceny samochodu (sic!), a do tego dochodzą inne opłaty. Władze tym sposobem zniechęcają mieszkańców do inwestycji we własny środek transportu. Transport miejski jest świetnie zorganizowany, więc z punktu widzenia turysty to żaden minus, jednak mieszkając tam pewnie mocno by mnie to irytowało.

Niemniej jednak – mieszkając tu, zarabiając tutejsze pieniądze i mając umiejętność przymknięcia oka na małą powierzchnię mieszkania czy brak własnego samochodu oraz możliwości złorzeczenia na rząd, myślę, że można się tutaj całkiem fajnie urządzić. Kto wie, być może będzie mi tego dane kiedyś skosztować? Mimo że jestem wiejskim człowiekiem i uwielbiam stare budynki oraz europejską kulturę, to paradoksalnie chyba właśnie mocno nowoczesny Singapur uważam za najciekawsze miasto, w którym byłem.

Za kilka dni wybieram się w następną podróż w tamte rejony. Ciekawe, jak tym razem wypadnie bilans zaobserwowanych wad i zalet tego miejsca.
slider 2906290174190351911

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)