Loading...

Poznańskie Targi Piwne – być albo nie być

Po raz pierwszy od trzech lat decyzja o wyjeździe na Poznańskie Targi Piwne nie była w moim przypadku automatyczna i bezrefleksyjna. Sporo znajomych się zarzekało, że sobie w tym roku Poznań odpuści, a jako że w centrum zainteresowania w moim przypadku jeśli chodzi o tego typu wydarzenia są ludzie, no to czekałem, aż się więcej osób na wypad zadeklaruje. Koniec końców do Poznania wyruszyły niemalże wszystkie piwne ludki, z którymi lubię przebywać, więc i ja udałem się karocą na północny zachód kraju. Przy okazji uczulam na to, że pod względem przyjazności dla kierowców, Poznań pobił Londyn i Hannover, stając się w moich oczach najgorszym europejskim miastem do przemierzania samochodem. Kompletnie nieintuicyjnym, robiącym wrażenie zaprojektowanego celowo w taki sposób, żeby uprzykrzyć kierowcom życie. Dojazd do położonego niedaleko Międzynarodowych Targów Poznańskich hotelu przez miasto zajął mi prawie godzinę, w trakcie której puściłem tyle szpetnych wiązanek, że anioły z pewnością nieraz zapłakały.

Przechodzimy więc do samych Targów. Ilość organizacyjnych niedociągnięć, jak również celowych decyzji niekorzystnych jak dla wystawców, tak i dla zwiedzających, była zastanawiająca. Od razu na palce ciśnie mi się kwestia żywieniowa. Otóż, Targi postanowiono połączyć z festiwalem food trucków. Taka podwójna impreza wydawała się być optymalnym rozwiązaniem kwestii stagnacji imprez piwnych oraz mieć moc przyciągnięcia nowych ludzi spoza środowiska piwnych świrów. I pewnie przyciągnęłaby gdyby nie dwie kwestie. Jedną było to, że ponoć na dwa dni przed rozpoczęciem imprezy „okazało się”, że food trucki z piecami na gaz nie mogą stać wewnątrz hali. W rezultacie tylko jeden food truck rozłożył się na syberyjskim mrozie na zewnątrz (uznany zresztą za najbardziej ciekawego – grillowo-wędzona szama), reszta banitów obeszła się smakiem, natomiast wewnątrz hali liczba food trucków była dwa razy mniejsza od zapowiadanych pięćdziesięciu. Z jednej strony potęgowało to uczucie przeskalowanej przestrzeni w hali jedzeniowej, z drugiej odbiło się to na różnorodności. Okazało się bowiem, że na otwartym ogniu gotuje większość ciekawych food trucków w Polsce. Jak więc wyglądała ta strefa pod względem różnorodności? No wprost fantastycznie, opowiem Wam ją bardziej figuratywnie: burgery, burgery, zapiekanki, frytki, burgery, kanapki, zapiekanki, frytki, frytki, słodycze, kawa, kanapki, burgery, zapiekanki, frytki, burgery, kandyzowane owoce. Witamy z powrotem w 2010 roku, festiwal food trucków na pełnej petardzie, czym chata bogata.

W efekcie przez cały festiwal żywiłem się na stanowisku Balkan Burger świetną skądinąd pljeskavicą, jedyną rzeczą która odstawała od całej reszty. Więc niby zdowolony byłem, bo bałkańskie burgery to rzecz nadal niedoceniona, a te tutaj smakowały lepiej niż na Gucy, ale liczyłem na dużo większą różnorodność. Inna rzecz, że dobicie do zaplanowanej ilości 50 food trucków mogłoby się faktycznie okazać kłopotliwe, bo w sobotę poziom zasm(a/o)żenia hali jedzeniowej oparami gotującego się tłuszczu był naprawdę znaczny, a i od początku też zapachy przedzierały się przez przejście, dosięgając najbliżej jedzenia położonych stoisk piwnych.

Wracając jednak do cudzysłowia, którego użyłem przy sformułowaniu „okazało się”, to takie rzeczy „okazują się” jedynie w takich przypadkach, kiedy organizator nie zadba o ustalenie wszystkich szczegółów zawczasu. Na miejscu właścicieli food trucków, których obecność została krótkoterminowo anulowana, wkurzyłbym się niemiłosiernie. Efekt był taki, że na fejsbukowej grupie, zrzeszającej miłośników food trucków z okolic Poznania już w czwartek przekazano sobie ponoć wiadomość, że ten cały festiwal food trucków to jedna wielka lipa, bo różnorodność żadna, a cena biletu nie do usprawiedliwienia. No bo po ki czorta ktoś ma płacić 20zł za samą tylko możliwość kupienia sobie jedzenia?

I tutaj dochodzimy do drugiej kwestii, mianowicie ceny wejściówek. 20zł za jednodniowy wstęp? W Warszawie, która organizacyjnie stoi względem Poznania o kilka poziomów wyżej, a ofertą piwną nie odstaje, karnet na trzy dni kosztuje 25zł. Jestem zwolennikiem biletowania tego typu imprez, bo w wielu przypadkach eliminuje to obecność zadymiarzy z umiłowania, ale do tego wystarczy kwota symboliczna. 20zł za dniówkę i 45zł za karnet (w cenie którego jest mały, brzydki nonic, niechciane dziecko polskiego szklarstwa) to już jest pułap, który odstrasza osoby spoza sceny piwnej, co unieważnia tym samym promocyjny aspekt imprezy. I to było widać po minach wystawców. 10 beczek sprzedanego piwa na stoisko w ciągu trzech dni trwania topowego festiwalu (i to w przypadku bardziej znanych marek; nie chcę nawet myśleć, ile sprzedały nikomu nieznane mikrusy) to jest, proszę Państwa, dramat. Dramat, który w najlepszym wypadku wystarczy na uiszczenie opłaty stoiskowej, poza którą przecież jest jeszcze logistyka i masa kosztów pobocznych. Nie ma się co czarować – frekwencja nie dopisała, szczególnie w cały piątek pomijając wieczór. Czwartek wyglądał jak niedziela (czyli taki one step away from the grave), sobota również wypadła poniżej oczekiwań.

Frekwencja to jednak jedna rzecz. Inną jest ilość stoisk. To akurat dla zwiedzających zaleta, bo kolejek dłuższych niż na kilka osób raczej nigdzie nie uświadczyłem, różnorodność była zagwarantowana, a i totalnych mikrusów, z których można sobie (z wyjątkami) poszydzić, nie zabrakło. Ale w sprzężeniu z niską frekwencją (na którą poza wysokimi cenami wejściówek mogła mieć również wpływ niedostateczna promocja), rzutowało to na utargi poszczególnych wystawców. Jaki będzie tego efekt? Ano już kilka topowych marek zapowiedziało swoją absencję od Targów za rok, przynajmniej oficjalnie. Zamiast tego podepną się pod stoiska hurtowni oraz pubów, tak jak zrobił to w tym roku Browar Zakładowy, z pewnością lepiej na tym wychodząc.

Jeśli sprawy faktycznie potoczą się w tym kierunku, to prognozuję uwiąd Targów, spadek znaczenia i powolne przekształcanie się w imprezę, na której będą się głównie wystawiać hurtownicy oraz żółtodzioby wśród browarów, które jeszcze nie wiedzą, ile na tej imprezie stracą.

Są jednak dwie rzeczy organizacyjne, które ratują PTP. Jedną jest Konkurs Piw Rzemieślniczych i gala wręczenia nagród. Stosowna impreza ze stosowną oprawą. W tym miejscu, w tej formie, czuć rangę tego konkursu, co doceniam, mimo bycia umiarkowanym przeciwnikiem konkursów piwnych jako takich. Nagrody w tym roku wypadły chyba mniej kontrowersyjnie niż w roku ubiegłym, choć główną nagrodę wygrało piwo, którego mało kto będzie miał okazję się napić (Porter Noster Bourbon BA z Czarnej Owcy).

Jest jednak kwestia, która moim zdaniem rzuca cień na konkurs, mianowicie angażowanie do sędziowania osób z zagranicy. I tak dobrze, że nie są to już obecnie ludzie mówiąc wprost słabi, bez żadnych zdolności w tym kierunku, którzy w piwie potrafią wyczuć tylko mango i cytrusy. Tak, chodzi mi o Simona M. Nadal są to jednak, z tego co słyszałem, ponoć po części ludzie niezbyt lotni sensorycznie, a przynajmniej wyraźnie słabsi od naszych sędziów. Do sędziów generalnie to ja mam ambiwalentny stosunek, po tym jak w różnych sytuacjach słyszałem od okolczykowanych jurorów sensoryczne kocopoły, ale jednak w Polsce kładzie się duży nacisk na ich kształcenie i z pewnością nie odstają oni poziomem od tych zza granicy. Tymczasem piwny światek pod tym względem wydaje się hołdować kompleksom, bo jeśli powyższe, zasłyszane opinie są uzasadnione, to sędzia zza granicy ma od razu +2 albo nawet +3 do reputacji, nie wiadomo z jakiego powodu. A jeśli nawet załyszane opinie nie mają pokrycia rzeczywistości, a na KPR zapraszani są sami sensowni sędziowie, to wydaje mi się, że wśród tych krajowych dałoby się bez większych problemów skompletować godną reprezentację, i to z pełną ławką rezerwowych. Jeśli więc nie jest to zabieg podyktowany tylko i wyłącznie chęcią popularyzacji polskiego craftu oraz KPR za granicą (co byłoby zrozumiałe), no to trochę przykro się na to patrzy.

Drugą fajną rzeczą na PTP jest Beer Blog Day, aczkolwiek tutaj to Jurek Gibadło jest organizatorem, a ze strony organizatorów Targów z kolei wyszło zalecenie, żeby go skrócić z dwóch dni do jednego intensywnego, co niekoniecznie było z naszego, blogerskiego punktu widzenia szczęśliwym posunięciem. No więc Jurek załuguje na pochwały, bo zarówno szkolenie Olympusa ficzuring M. Kopik, jak i Flavor Active były pouczające, informatywne i można je określić wszystkim, tylko nie stratą czasu. Wprawdzie absolutnie mnie nie stać na olympusowy sprzęt, którym robiłem zdjęcia, ale za to poznałem kilka chwytów, dzięki którym być może będę robił zdjęcia lepiej. Wprawdzie z natury rzeczy aldehydowa, a przy okazji utleniona Warka, do której były dodawane związki aromatyczne, nie była najszczęśliwszym wyborem na piwo bazowe, ale dzięki szkoleniu rzeczowego Borysa Gazdova skalibrowałem sobie zmysły, odświeżyłem bądź utrwaliłem sobie pewne rzeczy oraz rozjaśniła mi się kwestia kościelno-korkowych nut w piwie z Kolumbii, które piłem jakiś czas temu. Świetna rzecz, ten Blog Day.

Świetne natomiast nie były kible. Ponownie nie sposób nie przywołać Warszawskiego Festiwalu Piwa jako benchmarku. W Warszawie mimo wysokiej frekwencji toalety czyszczone na bieżąco, papier uzupełniany, bajzel tylko zaraz po awaryjnych sytuacjach niektórych zwiedzających. W Poznaniu kible jak na katowickim dworcu w 1998 roku, smród, mocz, a w damskim to ponoć wręcz armageddon. Nie tak się to robi.

Żeby jednak znowu trochę pochwalić – akcja Movember została w tym roku rozszerzona o urologa, który chętnym macał jondra. Akcja godna uznania, choć można i przy okazji zauważyć, patrząc na niektórych, że była to może ich jedyna szansa na to, żeby ktoś to zrobił za darmo. Fajnie też, że na terenie festiwalu, choć niestety w zadymionej części z food truckami, stała dość sporych rozmiarów strefa dla dzieci. Nie kojarzę z żadnego polskiego festiwalu piwnego tak rozbudowanej, może poza Wrocławiem. Odbywały się też wydarzenia towarzyszące, które pozytywnie odróżniały PTP od innych eventów tego typu, jak Piwna Mila czy też zawody w przeciąganiu food trucków. Z kolei piwna joga, która z pewnością dla jej czestników była niezłą zabawą, obserwowana z poziomu balkonu robiła szczerze mówiąc wrażenie zgromadzenia jakichś narwańców, którzy bili pokłony duchowi craftu. Noł ofens of korz, po prostu tak to wyglądało z góry po którymś piwie z rzędu, a nie mogłem przepuścić takiej okazji do nabijania się.

A czy piwa były świetne? Niektóre owszem. W czwartek i piątek wypiłem tyle dobrych rzeczy, że aż się zacząłem sam nad sobą zastanawiać. Dopiero w sobotę, kiedy zwróciłem swoją uwagę ku rynkowym nowicjuszom, średni poziom wypitych piw wrócił do mojej zwyczajowej (czyt. raczej niskiej) normy i z czystym sercem mogę kilka browarów zjechać, bo na nic innego nie zasługują.

Tak więc po kolei:

Pierwszy był Harpagan i jego mini sztosik, czyli Buzdygan Rozkoszy, którego rzecz jasna podarowałem również Ani, wprawiając ją tym samym w zachwyt. To jest dopiero efekt Bounty, niespotkany chyba nigdy wcześniej w piwie – totalny kokos i słodko-gorzka czekolada, delikatna paloność, nutka kawy w finiszu, średnia pełnia, przy czym jest dość słodkie. No i ciekawostka – po tylu piwach leżakowanych w białej dębinie człowiek zaczyna mieć w pierwszym momencie delikatne skojarzenia z BA w piwie z dodatkiem kokosowym (7,5/10). Świetne wrażenie zrobiła na mnie również black IPA Mroczny Organista. Po słodowej stronie stylu, z prominentnymi nutami prażonego ziarna uzupełnionego o akcenty palone oraz kawowe, z żywicznym chmielem w tle dla przełamania, oraz średnio mocną goryczką (7,5/10).

The Blogger 2017 wywoływał skrajne reakcje. Najdroższe piwo w historii Brokreacji, czyli Ultra Islay Salted Kiwi West Coast Bitter był faktycznie ultra Islay (bo kablowo-apteczny torf dominował), kiwi wychodziło z czasem w tle i się o dziwo nie gryzło zbytnio z torfem, pełnia była wysoka (gęsty jak to bitter, hue), był lekki kwasek i lekka goryczka. Totalnie pogięte. Niekoniecznie mi specjalnie smakowało, absolutnie też nie odrzucało, ale przy okazji ciekawiło (6/10). Skrajne opinie wywoływał również Wendigo, RIS z dodatkiem yuzu. Dodatkiem na tyle prominentnym, że aż dominującym. Jego perfumowość sprawiała, że ten kremowy, choć nieprzesadnie cielisty RIS wywoływał skojarzenia z ciastkiem czekoladowym z dużą ilością olejku cytrusowego. Dobre to było, ale jestem dość pewien, że bez yuzu wyszłoby jeszcze lepiej (6,5/10).

Wypiłem też pierwsze piwo uwarzone w browarze Gzub, czyli Saisona. Bardzo fajne, pieprzno-brzoskwiniowe, lekko ziemiste piwo z cytrusami i ziołami w tle. Półpełne ze średnio mocną goryczką i wysoką pijalnością. Absolutnie bez zarzutów. Co ciekawe, smakowało mi bardziej niż jego twórcy, Wiktorowi (7,5/10).

Browar Zakładowy ponownie wysoko zapunktował swoim wyrobem, a mianowicie Podwójnym Wnioskiem Urlopowym. Ciężko wyczuć, że jest to imperialna IPA, smakuje bowiem wręcz zdradliwie lekko jak na styl, zachowując jednak jego intensywność aromatyczną. Czyli zamiast klasycznego likieru chmielowego mamy do czynienia z sokiem chmielowym, cytrusowo-melonowo-brzoskwiniowym, delikatnie pikantnym i wysoce pijalnym. Tak się to robi (7,5/10).

Zostałem zaciągnięty na stoisko krakowskiego Twigga i o dziwo obeszło się bez dramatu. Apollo 13, czyli ‘sour new england session IPA’, jest bardzo ciekawy – agrest, biała porzeczka i trochę kwaśnego jabłka w aromacie, a w smaku przypomina te kwaśne, zielono-białe jabłkowe żelki z Haribo, tyle że nachmielone. Dobre (6,5/10). Apollo 17 to wiśniowy kwas, ale mniej udany – moim zdaniem zbyt pełnawy, z lekko ściągającym finiszem oraz z wiśniami kojarzącymi mi się dość jednoznacznie z pastylkami na ból gardła dla dzieci (5,5/10).

Hop Daddy z Deer Beara okazał się moim zdaniem zbyt mało gorzki nawet jak na new englanda, a przy okazji trochę siarkowy. Dodana marakuja fajnie działała, tak samo jak bazowe cytrusy oraz brzoskwinia, no ale to za mało, żeby całościowo zrobić wrażenie (5,5/10).

Jedynym zagranicznym piwem, na które się skusiłem, było Chateau Ol z duńskiego To Ol. I był to strzał w dziesiątkę. Belgijski strong mający przypominać wino za sprawą użytych drożdży oraz chmielu Hallertau Blanc, uważam za eksperyment w pełni udany. Miód, żółte śliwki i białe wino grają tutaj główne nuty, ciało jest średnie, piwo grzeje, ale jest świetnie ułożone. Słodkawe, deserowe, z winnym posmakiem. Chapeau bas (8/10).

Chciałem napisać, że Pinta zrobiła jedyne bardzo smaczne piwo dyniowe, jakie piłem, ale Paweł z Pinty kazał mi napisać, że to nie oni, a Browar Stu Mostów. Swoją drogą, Paweł jest chyba jednym z najskromniejszych piwowarów na polskiej scenie, co przy tak imponującym dorobku niezmiernie dziwi, ale i cieszy. W każdym razie, w Art13 Bread and Pumpkin Ale wylądowały chleby pszenny oraz żytni, bułki, a nawet precle, wskutek czego to piwo inaczej niż inne pumpkiny nie wieje pustką okraszoną przyprawami pokroju goździków i cynamonu, tylko jest chlebowo-ciastowym konkretem okraszonym przyprawami typu goździki i cynamon. Czyli smakuje jak rasowe ciasto dyniowe w postaci piwa. Bardzo smaczny pumpkin ejl nie jest jednak hipostazą (7/10). IIPPAA z jednej strony ma trochę nut, które określiłbym jako granulatowo-ziołowe, jest też jednak również cytrusowa i melonowa, a przy tym bardzo wytrawna i czysta. Bdb (7/10). Podobnie prostolinijnym piwem jest Grape Ale – lekkim, rześkim, białogronowym niczym grono szabrowane u sąsiada kuzyna dwadzieścia lat temu, z delikatnym efektem gryzienia kulki śniegu/mineralnością, śladowo gorzkim (7/10).

Z Bazyliszkiem różnie bywa, ale Mamgo bardzo mi smakował mimo lekkiej siarki. Mango rządzi tym piwem, przy czym nie jest soczkowe, ale raczej przecierowe, no i wywar ma charakterną goryczkę, której często próżno szukać w milkszejkach. Wyjątkowo jestem na tak, mimo że sam styl generalnie chętnie bym zaorał (7/10).

Oficjalne piwo Jepiwki, czyli XD uwarzone przez Piwowarownię, wyszło solidnie choć nie porywająco. Jest torf, kable, paloność i trochę czekolady, brakuje natomiast większego ciała oraz głębi (6/10).

Pracownia Piwa zapunktowała LABem 22, czyli gruszkowym sour ejlem. Gruszka jest równoważona kwaśnymi, owocowymi nutami piwa bazowego – agrestem, białym gronem oraz białą porzeczką. Kwasek lekki, natomiast pojawia się po ogrzaniu delikatny lateks. Mam teorię, że coś z niektórymi pulpami jest nie tak, skoro lateks wyczułem w brzoskwini i kiwi z Brokreacji, marakui u Brekeriet oraz gruszki u Pracowni. Ciekawe. Ale piwo bdb (7/10).

RaISa Islay BA od Maryensztadtu potwierdził tendencję – jak chcę się napić klasowego polskiego RISa, to na festiwalu, a nie w domu bądź knajpie. Tak to u mnie wychodzi. Ciało średnie do mocnego, wylepia usta. Słodkie, czekoladowe, lekko kawowe w posmaku piwo z umiarkowanym torfem w charakterze dodatkowego smaczku. Świetne (7,5/10).

Swój kamyczek do ogródka o nazwie NEIPA dorzucił też Golem, którego אובך (wymawia się to mniej więcej tak, jak byście chcieli wypluć własne gardło) jest trochę bardziej gorzkie od średniej stylu, a przy tym bardzo soczyste. Tropiki pokroju mango łączą się z owocami sadowymi (biała porzeczka, gruszka), a skojarzenia miałem nawet z gumą balonową. Świetne (7,5/10).

IPA z owockami lała się na stoisku Beer Bros. Siemango to mango i marakuja, choć i trochę poziomki, no i mega soczystość, przy lekko podkreślonej goryczce (7/10). No i tradycyjnie seria kwassi-, tutaj w odsłonie Kwassiidaeus, czyli malinowej. Pestkowa malina w połączeniu z agrestem i białą porzeczką. Piwo zarówno kwaśne jak i soczyste, niesamowicie rześkie. Bez niespodzianki, czyli świetne (7,5/10).

Skosztowałem Porter Bałtycki z poznańskiej Brovarii, którą nawiedziłęm trzy lata temu i postanowiłem wówczas już do niej nie wracać. Otóż porter był czekoladowo-orzechowy, półpełny i byłby bardzo przyjemny, gdyby nie delikatne nuty emulsji. Ale ok (6/10). Dyniowe piwo z Brovarii swoją drogą bardzo posmakowało Ani i faktycznie jak na pumpkina było niezłe.

Przy stoisku Probusa stwierdziłem, że nutki rozpuszczalnika w pitej niedawno butelce Obipaxa to wypadek przy pracy – w wersji lanej niczego takiego nie wyczułem, było za to połączenie czekolady, prażonego ziarna oraz skórki pomarańczy, która gra w symbiozie z chmielami, ale jako dyrygent, więc dominuje (7/10). Gorzej było z Percivalem, jedynym chyba jasnym piwem z dodatkiem kokosu, jakie mi dotychczas dane było pić. Trochę wodniste, mało soczyste, no i ten kokos tutaj moim zdaniem nie gra z jasną bazą, narzuca skojarzenia z chmielem Sorachi Ace i nie jest w żadnym stopniu przegryziony z cytrusowymi nutkami chmielowymi (4/10). Boreal to RIS cierpiący trochę od nutek emulsyjnych, jest też lekko kwaskowy, co ujemnie wpływa na odczucie pełni. Ale to ciało które jest wyczuwalne, jest wypełnione przyjemnymi nutami czekolady oraz prażonego ziarna, nie jest więc bynajmniej źle (6/10).

Dobrze, że w końcu trafiłem na stoisko Nepomucenu, bo Mateusz poczęstował mnie Roadem, czyli vermont ipą, po skosztowaniu któego skonstatowałem, że muszą mieć niesamowite problemy z butelkowaniem piw, co mi Mateusz potwierdził. Otóż ten świeży Road z kija to było niebo a ziemia w porównaniu z pitym jakiś czas temu Roadem z butelki. Piwo mega soczyste, tropikalne, świetne połączenie żółtych owoców z białymi sadowymi, zero utlenienia, karmelu czy landrynki. Dość gorzkie jak na styl, co mnie nie przeszkadzało wcale (7,5/10). Na tym samym poziomie było Echo Wild Barrel Aged. Bretty są przyjemne, przy czym nie zjadły głębokiej, czekoladowej bazy do cna. To jest świetne piwo – co prawda wersja bazowa jest moim zdaniem jeszcze lepsza (będzie o niej za jakiś czas), ale eksperyment poszedł moim zdaniem tak jak trza (7,5/10).

Trójkącik (o ile dobrze spisałem nazwę) z Warsztatu Piwowarskiego to ciasteczka pokryte melonowo-białoowocowym nachmieleniem, które w moim odczuciu jest mdłe. Technicznie ok, ale nie mój gust (5/10). Lepszy jest Beerphegor, sour ale z bergamotką. Kwaśność lekka do średniej, bergamotka dominuje, co daje efekt earl grey, a chyba jeszcze bardziej kwaskowej cytrusowej herbaty w granulacie. Ciekawy pomysł, który dobrze wyszedł (6,5/10).

W sklepie odpuściłem sobie rocznicowe portery z Widawy ze względu na cenę. Na PTP w lanej wersji 5th Anniversary Baltic Porter Bourbon zdecydowanie taniej wychodził, no i był to strzał w dziesiątkę. Beczka średnio intensywna, z balansem przechylonym na korzyść kokosa względem wanilii. Czekoladowa podstawa silnie obecna, delikatna śliwka w tle, alkohol trochę grzeje, ale nie daje piwu cierpkości. Ciało średnie do mięsistego, a smak raczej słodki, choć nie zalepiający. Super piwo, godny wywar na urodziny (8/10).

A teraz przechodzimy do najlepszego piwa, jakie piłem na PTP. Nie spodziewałem się, że akurat z browaru Bytów, ale tak właśnie się stało. Gryf Pomorski to w zasadzie już jest top3 polskich RISów. Ja wiem, że polskie RISy często trącą myszką, ale peleton jest jednak wyczesany. Gryf natomiast to słodkie, gęste i wylepiające piwo. Fest palone, pumperniklowe, z kawą w posmaku i nutkami winnymi. Miód owszem, da się wyczuć, i jest on świetnie przegryziony z bazą. Alkohol? Lekko grzeje, nic więcej. Piwo złożone, głębokie, wybitnie degustacyjne. Jestem zachwycony (8,5/10). W porównaniu do niego Donald T, pity mało roztropnie chwilę potem, z początku wydawał się mieć mało ciała, więc poczekałem, aż mi się kubki smakowe uspokoją i stwierdzam, że Donald T tego ciała jednak trochę ma. Ten wędzony RIS jest w głównej mierze czekoladowy, trochę palony, z klasyczną wędzonką na uzupełnienie. Piwo po słodkiej stronie mocy, bardzo dobre (7/10).

Browar Pustynny rok temu na Targach był dla mnie miłym zaskoczeniem. Na tegorocznych okazał się rozczarowaniem. Nomada to piwo totalnie przegazowane, zdominowane przez słodką pomarańczę w formie cukierkowej. Nic dobrego (4/10). Australian Rye Pale Ale to ponownie przegazowanie, pomarańcza i cukierki, ale i trochę delikatnie oleistej słodowości, czyniącej to piwo śladowo lepszym (4,5/10).

Na koniec poświęcę trochę miejsca browarom oraz kontraktowcom, z którymi wcześniej nie miałem (nie)przyjemności. Nie ukrywam, że skosztowałem ich piw trochę jako kompletysta, ale i być może kierowała mną podświadomie chęć wyrównania korzystnego wrażenia, jakie zrobiło na mnie wiele wystawców na PTP. Odrobina dziegciu bowiem zawsze musi być.

Nie wszędzie jednak była kiszka.

Ciekawym browarem restauracyjnym jest na przykład Wiatr, prowadzony przez trzy siostry, z których każda ma trójkę dzieci. No więc oto opis trzech piw: Pils dostał złoto na KPR, a traf chciał, że chwilę wcześniej go piłem. Moim zdaniem to taki pils raczej w kierunku hellesa, nachmielenie mogłoby być bardziej zdecydowane, natomiast poza tym nie mam zastrzeżeń – fajna, nieco zbożowa słodowość, lekka goryczka, świeżość, wysoka pijalność (6,5/10). Weizen stylowy, kwaskowy, bananowo-goździkowy z lekką, niewadzącą siarką. Dobre (6,5/10). Najlepszy okazał się Bock, również medalista na KPR. Był piwem nieco konfundującym, bo bezkarmelowym, mocno słodowym, chlebowym, mięsistym, z wytrawnym finiszem oraz nutką trawiasto chmielową. Konfuzja wynikła z tego, że był to koźlak jasny, a nie ciemny. Niebo a ziemia w porównaniu do niemieckich heller bocków jakie piłem, zazwyczaj głęboko odfermentowanych, nieznośnie alkoholowych, często w dodatku aldehydowych. Ten z Wiatru jest właściwie bezkonkurencyjny, jedynie Winterbock z Miśni jest mu w stanie dorównać w obrębie stylu (7,5/10).

Także Langier Beer zaskoczył pozytywnie. Double IPA akurat była najsłabsza, ale to przez przesterowaną moim zdaniem melonowość, przykrywającą ananasa i cytrusy, czyniącą to piwo mdłym, mimo odczuwalnej, nielichej mocy (4,5/10). Fajnie wyszedł Foreign Extra Stout z tonką. Silnie waniliowy, czekoladowy, trochę palony, dość pełny, gładki i lekko oleisty. Polecam bardzo (7/10). Torfik to nazwany opisowo RIS, w zbalansowany sposób torfowo-czekoladowy z nutkami jagód oraz prażonego ziarna. Z jednej strony lekko słodki, z drugiej w miarę wytrawny w finiszu. Bdb (7/10). Hazy Crazy z kolei to jedna z lepszych krajowych hazy IPA. Żółte tropiki, cytrusy, mega soczyste piwo z umiarkowaną goryczką, delikatnie pikantne. Tutaj miałem skojarzenia z wyrobami Ziemi Obiecanej, a to jest duży komplement (7,5/10).

Browar Wbrew na wejściu zapunktował witem My Dear Witbier, którego skórkowa cytrynowość kojarzyła mi się częściowo z ziołami pokroju werbeny. Bardzo rześkie piwo, bez zastrzeżeń (7/10). Był też Mehr Kölsch, dobry dlatego, że nie był to do końca kölsch, bo jak kölsch jest mocno dochmielony, to przeczy to idei kölscha. Mehr Kölsch jest więc golden ejlem z wyczuwalną jasnosłodową bazą, ale wyraźnie dochmielonym zielonymi nutkami. Dobry (6,5/10). Spróbowałem też american rye lagera, który był w moim odczuciu mdły, oraz Have A Weizen. Pochwalam ideę robienia weizena na drożdżach z Weihenstephanu, wszak Weihenstephaner to jedna z najlepszych pszenic na świecie, zaś rezultat jest mocno żółtoowocowy, ale lepiej to robić jednak w ten sposób, żeby w gotowym piwie ewidentna siarka nie zalatywała kiblem (3,5/10). No ale generalnie nie jest źle z tym Wbrewem.

Źle było z pozostałymi browarami, czy też kontraktowcami. Takim na przykład Za Miastem, za którym stoją ponoć ludzie, którzy uciekli z Kampanii Piwowarskiej. Cóż, nie trzeba było nigdzie uciekać żeby uwarzyć taki Długi Weekend, niby pils, ale woniący miodem, kukurydzą, a i delikatnie owocami i przy tym ino lekko gorzki (3/10). Z drugiej jednak strony, taki Święty Spokój, to fajna rzecz. Earl grey IPA z małą ilością earl greya (to chyba dobrze), cytrusowa, podszyta ciasteczkami, odrobinę może landrynkowa. Dobre (6,5/10).

Z Kamienicy skosztowałem dwóch piw. Jasny Anioł to lekko chmielowe zboże. Wrzucone do kibla (2,5/10). Dymione Śnieżnickie z kolei to zboże, orzechy i groszek z puszki. Wszystko wrzucone do kibla (2/10). Lanie piwa z kiblozą na festiwalu, który ma z założenia promować markę, to nie jest chyba najszczęśliwszy pomysł, z jakim się spotkałem.

Nieszczęśliwie również wypadł Marcegis z Browaru Świdnica. Piwo ma być odwzorowaniem tradycyjnego marcowego świdnickiego, którego faktyczny smak jako ostatni żyjący konsument mógł pewnie potwierdzić król Jan Kazimierz albo ktoś tego pokroju. No i jakby założyć, że tradycyjne marcowe świdnickie było mocno zainfekowane brettami, to może dałoby się uratować koncepcję. Totalne bretty, dzikość, posmak wody kolońskiej, delikatne czerwone owoce. Wyobraźcie sobie Żyrardomyces z Beer Bros w wersji 38x bardziej męczącej. Z początku mnie zaintrygowało, po kilku łykach nie potrafiłem jednak już wziąść następnego. Jest to więc ciekawe piwo, co doceniam, ale niekoniecznie nadające się do konsumpcji (3/10).

Piwa z Kaszebskiej Koruny nie były ani ciekawe ani konsumowalne. Jasny koźlak Społem, pardon, Stolëm, wyszedł owocowy, ale i kwiatowy, a także kukurydziany i cierpko alkoholowy. Ano i trochę słodowy. Niebywale męczący wywar (2,5/10). Jego słabszy brat, czyli pils, bodajże o nazwie Wieżyca, to zdecydowany festiwalowy wyznacznik kukurydzy w piwie. Jest też keczup i gotowana marchewka, wystarczy więc dodać pierś z kurczaka, kapustę pekińską oraz przyprawy i będzie z tego sałatka gyros. Omijać slalomem (1,5/10).

Rekapitulując wszystkie wady i zalety Targów, to mimo wszystkich wymienionych błędów lub celowych, niekorzystnych decyzji na poziomie organizacyjnym, wciąż nie wpisują się w schemat zawołania „Gdzie nie bywać, kogo nie znać”. Najmniej rzecz jasna w pierwszej połowie tegoż zawołania, bowiem akurat ludzie to największy i najważniejszy plus tego typu wydarzenia. Rzecz jasna jest to plus tyleż bezdyskusyjny, co czasami kłopotliwy, przejście bowiem kilkudziesięciu metrów po Targach, bez spotkania kogoś znajomego i wdania się z nim w pogawędkę, jest tutaj rzeczą niemalże niemożliwą. Ale właśnie o to chodzi – z takimi ludźmi to ja się mogę bawić i na festynie strong lagera w Złym Mięsie (tak, jest taka wieś), a bez nich to by mi chyba mimo wszystko szkoda było jechać nawet na festiwal z najlepszym wyborem piw.

Jeśli chodzi o imprezę towarzyską, PTP nie zawiodły więc ani trochę, natomiast jeśli chodzi o festiwal piwny jako taki, to mam wrażenie, że poza galą KPR Targi się częściowo wypaliły. Czynnik ludzki jest wprawdzie na tyle ważny, że pewnie i tak za rok można by mnie spotkać ponownie w Poznaniu, ale skoro w zbliżonym terminie odbywają się również Lubelskie Targi Piwne, o których słyszałem sporo dobrego, a które pod względem towarzyskim zapewne będą dysponować podobnymi walorami, no to kto wie, czy w listopadzie 2018 roku nie wybiorę się właśnie na wschód. Wszak ex oriente lux.

Poznańskie Targi Piwne 2017 7723319213161367570

Publikowanie komentarza

  1. Co Wy macie z tymi "fuckami" pokazywanymi do zdjęć? O co Wam chodzi?

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem bilet na taki festiwal powinien mieć formę karnetu uprawniającego do zakupu 10 dowolnych piw w kubeczkach o pojemności np. 125 ml (niekoniecznie w szkle). Na stoiskach odcinano by tylko kupony, co skróciłoby czas oczekiwania w kolejkach. Wewnątrz istniałaby możliwość dokupienia kolejnych karnetów. Nie ma co liczyć na promocyjny aspekt imprezy bez szeroko zakrojonej reklamy wykraczającej poza środowisko "wtajemniczonych" - a takiej najzwyczajniej brakuje w przypadku wszystkich imprez tego typu w Polsce. No i festiwal food tracków to za mało, aby przełamać stagnację; niezbędne byłoby zorganizowanie imprez towarzyszących o innym charakterze niż sama konsumpcja.
    Piwnica Fritzla

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest chyba słuszna koncepcja, żeby w cenie wstępu było również piwo. Niekoniecznie w ilości, jaką zasugerowałeś (dowolne piwa i tak by to nie mogły być, bo przecież były dostępne zarówno stosunkowo tanie pale ale jak i drogie RISy), wystarczy choćby symboliczna ilość, ale tego właśnie oczekują ludzie spoza środowiska, kiedy widzą, że jest festiwal piwny, na który wstęp jest płatny. Uberowiec, który mnie wiózł na teren Targów tak właśnie zareagował, jak mu opowiedziałem o cenie biletu. Powiedział: "No to sporo, ale w tym przecież są degustacje."

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)