Loading...

Dyskretny urok stałości

Bardzo lubię wyjazdy do moich teściów. Szczególnie te zimowe, tradycyjnie między drugim dniem świąt Bożego Narodzenia a Sylwestrem. W Kacwinie, małej wiosce wklejonej między zbocza pagórków, ciągnących się przez oddaloną o dwa kilometry granicę aż do słowackich Tatr, faktycznie odpoczywam. Raz, że płuca dosłownie tańczą kankana, jak dostają przy pierwszym wdechu po opuszczeniu samochodu podwójną dawkę tlenu w porównaniu do moich rodzimych stron w okresie grzewczym. Dwa, że w tym miejscu wiem, czego oczekiwać. Stałe punkty programu, które wypełniają nasz pobyt w tym miejscu są orzeźwiającą odtrutką na ulegające ciągłym przemianom otoczenie świata współczesnego.

Zawsze jest śnieg i słońce. Zawsze jest baranina na obiad. Zawsze są Zlate Bazanty i Urquelle, które Teść przywozi regularnie od –nastu lat w tych samych kartonowych pudłach z tych sklepików przygranicznych, które przetrwały masakrę cen po wprowadzeniu na Słowacji Euro. Zawsze jest spacer po wsi, czy to do kościoła, czy na cmentarz, czy też w celu podziwiania upstrzonego w zimę w ogromną wielobarwną gwiazdę górskiego hotelu Mr. Johna, pokiereszowanego przez życie, leciwego emigranta do Ameryki, który po pełnej boleści tułaczce powrócił do kraju i wystawił z typowo amerykańskim gestem największą chałupę we wsi. Zawsze jest co najmniej jedna wycieczka rowerem (latem) bądź samochodem (w zimie) do przygranicznej rusińskiej wsi Osturnia, a stamtąd wąską boczną drogą w kierunku Tatr. Nie inaczej było kilka dni temu.

Kiedy wyruszyliśmy z Kacwina, nieboskłon był całkowicie zachmurzony. Jednak już za złożoną w sporej mierze ze starych drewnianych domków Osturnią na niebie zawitał błękit. Przejazd między olesionymi wzgórzami pokrytymi mieniącą się srebrzyście warstwą śnieżnego puchu zawsze mnie pozytywnie nastraja. Tym razem potrzebowałem mocnego kopa serotoniowego, bo 2mm bieżnika to jednak trochę przesada, jeśli człowiek wybiera się białą drogą w góry. W takim miejscu warto się zatrzymać, wyłączyć silnik, wyjść na zewnątrz i napawać się ciszą, której słyszalny w oddali, przedzierający się przez drzewostan wiatr paradoksalnie nie unieważnia, lecz wręcz podkreśla.

Kolejne zakręty powoli ujawniają wzrokowi majestatyczne, pokryte śniegiem i lodem zbocza Tatr. Wraz z nabieraniem wysokości słońce chyli się ku miejscowemu zachodowi – za Tatrami o tej porze roku zachodzi już około godziny 14ej, dzięki czemu można podziwiać czerwieniejące promienie słoneczne ślizgające się po mijanych autem ośnieżonych zboczach w kierunku północnym, kierunku Polski. Fantastycznym podkładem to podróży w tych okolicznościach przyrody są monumentalne pejzaże muzyczne kreślone przez Chimp Spannera.

Krótkie intermezzo w Zdziarze przy stokach narciarskich unaocznia, jak bardzo międzynarodowym ośrodkiem stało się to miejsce w obrębie ostatnich kilku lat. Po samochodach widać, że zjeżdżają tutaj nie tylko Słowacy i Polacy, ale również Rumuni, Węgrzy czy Łotysze, nie mówiąc już o Niemcach, których widok obecnie nie zdziwi nawet na najbardziej odległej od cywilizowanego świata bezludnej wyspie czy w głównej chacie wodza plemienia ludożerców w rejonie Wysp Nikobarskich.

Nie Zdziar był jednak głównym celem tego wypadu, a nieodległa Tatrzańska Łomnica, jeden z głównych tatrzańskich kurortów we Słowacji. Jako że wspominałem o stałych elementach gry, to jest nim też poślizg po słowackiej stronie granicy. Poprzednim razem ratowałem się przekierowaniem auta w zaspę, kiedy drogę mi zajechał ślepiec na rejestracjach nowosądeckich. Tym razem sam nie wyhamowałem za Słowakiem chcącym uskutecznić skręt w lewo i musiałem zahaczyć o zaspę przy drodze, żeby wyhamować samochód nieco gwałtowniej i nie wjechać nim do bagażnika SUVa przede mną. Udało się, ale wina leżała po mojej stronie – zbyt krótki odstęp, no i wspomniane dwumilimetrowe bieżniki, które w pewnych sytuacjach niwelują wszelkie plusy napędu na cztery koła.

W Tatrzańskiej Łomnicy mieści się na chwilę obecną być może jedyna craftowa miejscówka w Wysokich Tatrach. Salus to najwyżej średnich rozmiarów restauracja przyhotelowa, reklamująca się zivym pivem i craft beerem. Mimo że jest to „piwowar”, to jednak „koczowny”, co oznacza, że wewnątrz żadnego sprzętu do warzenia się nie uświadczy. Przynajmniej piszą o tym wprost, choć nie udało mi się ustalić, w którym stacjonarnym browarze tworzą bądź też tylko zamawiają swoje produkty. Restauracyjka jest całkiem przytulna, w stylu górskim minus cepelia plus stare zdjęcia na ścianach, pierogi z bryndzą dają radę, zaś hermelin jest typowo po czesku i słowacku zbyt świeży. A ma się moim zdaniem rozpływać na talerzu. Swoją drogą z jakiegoś powodu najlepszego hermelina, jakiego jadłem, sam sobie zrobiłem, nota bene zgodnie ze wskazówkami Kowala umieszczonymi na smakipiwa.pl.

Piwna strona lokalu to całe osiem kranów, częściowo rotacyjnych. Poza dwoma dedykowanymi własnemu piwu oraz trzema Kalteneckerami (meh) można się napić produktów innych słowackich mikrusów. Oraz Urquella, do którego zaraz wrócę. 

Ipka od Salusa niestety się skończyła, więc zamówiłem Sálus Tatranský špecál 12°. Słodowy, chlebowy helles o nikłej zawartości chmielu, z lekkim zacięciem kukurydzianym. Piłem już gorsze rzeczy, ale może to i lepiej że ipka się skończyła (5,5/10). Zwróciłem się ku piwom konkurencji. Krúžok Ajris 12° to irlandzkie czerwone z mocno podkreśloną estrowością. Karmel, a poza tym sok, herbata i żelki z czerwonych owoców. Wytrawny finisz muśnięty trawą, poza tym przesterowana owocowość czyni to piwo mdłym (4,5/10). Na koniec Pivný Rauš Blackota 14°. Pierwszy plus za sam styl, black IPA to jeden z moich ulubionych, a obecnie można go spotkać niemalże tak rzadko jak altbiera. Wprawdzie jest to mocno słodowa black IPA, no ale wciąż. Pełne i zbalansowane piwo. Trochę czekolady i paloności, trochę borówek i trochę żywicy przechodzącej w ciekawe rejony korzenne. Kremowe i dośc cieliste, z wytrawnym finiszem. Przez korzenność w zasadzie lekko świąteczne. Kontraktowiec ze Svitu mnie  pełni do siebie przekonał (7/10).

No i na koniec co do Urquella, to niestety, ale gdyby nie Blackota, to byłby najlepszym kranem. W craftowej knajpie. Na szczęście nie świadczy to jednak o ogólnym poziomie słowackiego craftu, który przybliże Wam już niebawem w ramach sporych rozmiarów relacji z Bratysławy.

Tatrzańska Łomnica 2545723282027055216

Publikowanie komentarza

  1. Mòj przyjaciel z Łomnicy, który dobrze zna właściciela Salusa, twierdzi, że on te piwa warzy w domu. Z wielu piw wypitych w tym pubie, zwłaszcza w poprzedniej lokalizacji pod moim domem, tylko dwa pamiętam, że nadawały się do powtòrzenia bez przykrości - Wit IPA i Black Panther IPA - oba z Corvusa. Ale za to szkło mają ładne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tak w Słowacji można? Fajna sprawa, ale szkoda, że mu na razie niezbyt wychodzi. No i powrotu do jakiegokolwiek piwa Corvusa bez grymaszenia raczej nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Choć Wit IPA jeszcze była faktycznie w porządku. Szkło Salusa ładne, to prawda. Generalnie jednak na dobre piwo trzeba po prostu zjechać do Popradu.

      Usuń

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)