Loading...

Sześciopak polskiego craftu 111-114

Po sylwestrze jedziemy dalej z wyrównaniem sześciopakowym roku 2018. Tym razem edycja obejmuje piwa pite latem tego (nie, wróć, przecież już ubiegłego) roku, w tym mini przegląd craftowych pilsów, którego miałem nie publikować, ale uznałem, że mam jednak potrzebę publicznego ponarzekania na wyrzucone piniondze. Poprzedni wpis w tej serii zawiera jak na moją twórczość bardzo dużo wysoko ocenionych piw. W obecnym wracamy do szarej rzeczywistości. Nie ma jak rozpocząć nowy rok od małego pojazdu po crafciku.

Ach te craftowe pilsy. Co się nie udało wielu rodzimym craftowcom, to się udało Pincie. No dobra, udało się trochę innymi środkami, wszak Yes, Pils! (ekstr. 9%, alk. 4%) jest chmielony nowofalowo. Tak więc mamy tutaj odchmielowe cytrusy i w bardziej ograniczonym zakresie tropiki. Jest pilsowo a nie ajpowo, czyt. chmiele są wyraźne ale nie przytłaczają zmysłów. Słodowość jest nikła, zaś profil czysty jak łza. Goryczka jest podkreślona ale nie przeholowana, zaś w posmaku przewija się przejrzała sałatka z owoców tropikalnych. Piwo jest bardzo rześkie i ręka sama sięga po szkło, żeby poczynić następny łyk. Komuś może przeszkadzać wyłaniająca się z czasem kocia nuta, ale ja z nią nie mam problemów. To jest bardzo dobra rzecz. (7/10)

Zdecydowanie piwem niezbytecznym jest łańcutowy berliner Das Ist Kwass (ekstr. 8%, alk. 3,4%). Łańcut w berlinerach jest biegły, więc wysoka forma Kwassa nie zadziwia. Piwo jest mocno owocowe, trąci mi wręcz moszczem agrestowo-jabłkowym domowej roboty, doprawionym hojną dawką soku z cytryny. Kwaśność jest w wysokim rejestrze, nie jest to więc raczej berliner dla początkujących, z kolei jogurtowe naleciałości zredukowano do minimum. Bardzo dobre, wyraziste, rześkie piwo. (7/10)

W ramach szóstej odsłony serii Nomono (ekstr. 15,5%, alk. 5,6%) Wojtek Solipiwko sięgnął po owoc mango. Wbrew pozorom oraz wyglądowi piwa trunek wprawdzie trochę nim trąci w aromacie, ale w smaku zdecydowanie brakuje mu soczystości. Finisz to jest już tylko trawa i ściągająca goryczka, no i cierpki posmak alkoholu. Wpływ chmieli w zasadzie ograniczył się do wspomnianej goryczki oraz denerwującej coraz bardziej z każdym łykiem pikantności na podniebieniu. Szkoda, bo miała być bomba owocowa, a wyszło mocno rozklekotane piwo. (4,5/10)

Marakujowy berliner od Rockmilla – to brzmi jak samograj. Jest jednak z Passion Parade (ekstr. 10%, alk. 3,8%) jeden mały problem. Otóż marakui jest tutaj bardzo mało. Ba, wręcz ginie pod naporem cytryny/agrestu/białej porzeczki. Bacillus wygryzł passiflorusa. Wspomniany konglomerat owocowy jest jednak bardzo przyjemny, więc zasadniczo nie jest to problem, który ważył by na smakowitości tego piwa. Kwaśność jest wyraźna, ale zarazem stosunkowo krótka. Po przebyciu ¾ ust zmywana jest przez jogurtowo-pszeniczną kombinację, czyli strukturalnie ten berliner w przypadku mojej osoby trafia w dziesiątkę. Nawet odległe tchnienie siarki mi nie przeszkadza. Bardzo dobre piwo. (7/10)

Prosty, rześki, sesyjny. Taki zapewne miał być MVPils od Trzech Kumpli (ekstr. 10,5%, alk. 4,4%). Wnioskuję to po tym, że tak właśnie wyszedł, a im akurat piwa zazwyczaj wychodzą zgodnie z założeniami. W aromacie w głównej mierze cytrusowy, lekko żywiczny. W smaku dodatkowo lekko owocowy (agrest, białe grono). Jako że jestem czepialski, to się doczepię subtelnej marchewki w tle. Inny by się nie doczepił. Smaczne piwo. (6,5/10)

Wprawdzie warzenie altbiera na drożdżach US-05 to nie jest podejście tradycjonalistyczne – a na te drożdże zdecydował się Hoppy Beaver w przypadku swojego Light My Fire (ekstr. 12%, alk. 4%) - niemniej jednak słodowość faktycznie jest w klimatach düsseldorfskich. Nuty brzeczki płynnie przechodzą w lekką orzechowość, trochę karmelu – jest dobrze. Dodatki w postaci skórek pomarańczy i mandarynki niezbyt się przebijają przez wymienioną słodowość (może i dobrze, bo te szczątkowe cytrusowe akcenty są moim zdaniem i tak zbyteczne), za to mimo obecności chmielu Summit nie wyczułem w piwie cebuli. Drugi chmiel, czyli Mandarina Bavaria, jest wyczuwalny, choć raczej delikatny, za to obecna w piwie owocowość wydaje się być przynajmniej w części pochodzenia drożdżowego. I to nie szkodzi, altbiery takie bywają. Bywają także dość solidnie chmielone na goryczkę, co i tutaj ma miejsce. Piwo mi smakowało, a myślę, że bez skórek cytrusów byłoby jeszcze smaczniejsze. (6,5/10)

Nie wszystkie kwasy Pinty były udane, ale za to kiedy już jakiś jest udany, to po pełnej linii. I tak właśnie wyszedł Kwas My (ekstr. 16,5%, alk. 6,7%), czyli ‘limoncello sour’. Faktycznie pachnie to piwo jak limoncello, a bardziej opisowo jak marynowane cytryny. Razem ze skórką. W przeciwieństwie do włoskiego likieru cytrynowego rozlewanego w pizzeriach Livigno za darmo pijusom z Polski, Kwas My jest wprawdzie wyczuwalnie słodki, ale to jednak kwasek jest tutaj bardziej wyraźny. Udało się zupełnie ukryć lekko podbity przecież alkohol, wskutek czego piwo jest zdradliwie pijalne. No i dodatkowo w smaku wychodzi bardzo subtelne, ale jednak pałętające się w tle lacto, co uważam za sympatyczny niuans. Świetne piwo, faktycznie ekstremalnie cytrusowe, choć dzięki ksylitolowi nie wykręcające gardła. (7,5/10)

Rzadko kiedy wit IPA jest zbalansowaną stylistycznie hybrydą – częściej wahadło ciąży ku jednemu z członów. Weźmy takie Start Me Up od Hoppy Beavera (ekstr. 14%, alk. 6%). Jest to bardziej wit niż IPA, bo mimo zielonych akcentów chmielowych (na szczęście omijających stereotypową summitową cebulkę) czuć głównie skórkę pomarańczy, kolendrę (czy może szerzej przyprawowość), a także drożdże. Piwo jest zbalansowane, z umiarkowaną goryczką, która jest jednoznacznie mocniejsza niż w wicie, ale sporo jej brakuje do rejestrów typowych dla ajpy. Dobre, pijalne piwo. Nasuwa mi się porównanie do pintowskiej Viva La Wita. (6,5/10)

Przechodzimy do piwa z mojego póki co ulubionego polskiego browaru restauracyjnego. Mariacki Black IPA łączy cytrusowo-żywiczne nuty chmielowe z minimalną czekoladowością i akcentami palonymi w finiszu. Słodycz resztkowa jest odczuwalna, a zarazem jest kontrowana wytrawną goryczką. Bardzo pijalne piwo, ciężko nie zamówić kolejnej szklanki. Nie jest przechmielone, a jednak smakuje jaśniej niż barwa pozwala przypuścić – szczególnie biorąc pod uwagę typowe polskie, często wręcz nieco stoutowe interpretacje stylu. Świetne piwo. (7,5/10)

You Are The Champions (ekstr. 12%, alk. 4,7%), mundialowe piwo w wykonaniu Pinty oraz rosyjskiego Bakunina, wlałem sobie do szkła po kilku dniach picia nieudanych owocowych polskich pilsów, więc miało ułatwione zadanie, żeby mnie zadowolić. Generalnie jednak dobrze nie jest. Owszem, jest grejpfrut i lekko przejrzała mandarynka, ale jak na new englanda nie ma szału pod względem intensywności. W smaku jest gorzej, bo chmielowość wyhamowuje w połowie ust, a finisz jest pustawy. Minimalnie aromatyczny, gorzki, ale i zastanawiająco mineralny. Nieźle się to pije przy okazji, na przykład przy okazji meczu (jakkolwiek akurat mecz Polska-Senegal był złą okazją na cokolwiek wykraczającego poza walenie głową w parapet), ale nie zapada w pamięć. (5,5/10)

Piwa Szpunta mocno mnie wewnętrznie polaryzują. Z jednej strony potrafią ocierać się o wybitność, z drugiej jak już rozczarowują, to po całej linii. Vermont IPA (ekstr. 15%, alk. 6%) to trochę żywicy i sporo owoców na melonową modłę, plus ledwo uchwytne pomelo. Nie dość że przewodnia rola melona czyni bukiet mdłym, to w dodatku piwo obywa się niemalże bez goryczki, nawet eurolagiery bywają pod tym względem bardziej charakterne. No i soczystości brak. To się panockom niezbyt udało. (4/10)

Rozczarowało również Double Ego od Piwnego Podziemia (ekstr. 18,5%, alk. 8,4%). Intensywny bukiet łączy w sobie przejrzałe mandarynki, naftę, a także mniejsze pokłady ananasa i cebulki. W smaku piwo jest soczyste, z mocno stonowaną goryczką, ale i szczątkową słodyczą resztkową. Odzywa się pomelo, ale i niestety alkohol, który w finiszu daje o sobie znać w nieco spirolowy sposób. Można to było zrobić lepiej. (5,5/10)

Wracamy do Szpunta i mniej chlubnej strony portfolio (i to w sytuacji, w której w top 20 za miniony rok 3 piwa od chłopaków jak najbardziej by się znalazły). APA (ekstr. 12%, alk. 5,6%) charakteryzuje się nikłym zapachem. Herbaciano-cytrusowym, z ulotnym akcentem różanym przechodzącym w słabo uchwytne liczi. W tle utrzymuje się niezbyt zalotna landrynka, smak jest wodnisty, a goryczka nikła. Słabo. (4/10)

Oczywiście podrasowanie być może najlepszej polskiej black ipy skórkami cytryny i limonki musiało wyjść trochę inaczej niż oryginał, ale zarazem oczywiste jest, że nie mogło wyjść źle. Blackcyl Special Edition (ekstr. 16,5%, alk. 7%) to melanż czekolady, żywicy, odchmielowych cytrusów, nut prażonego ziarna oraz nieco ciastowo-perfumowej, niemniej jednak przyjemnej nuty dodanych skórek cytrusowych. Piwo mięciutkie, wręcz kremowe, któremu do uberklasy brakuje jedynie większego kopa aromatycznego. Wyszło bardzo dobrze. (7/10)

Sztos Box to dość krindżowa nazwa na wiązkę ciężkich piw, ale myślę, że ReCraft zdaje sobie z tego jak najbardziej sprawę. Skoro działa na konsumentów, no to kim ja jestem, żeby sądzić? Aha, no tak, blogerem. Piwa które wylądowały w jednym z pierwszych Sztos Boksów to jednak niezła rzecz. Brett Porter (ekstr. 15,5%, alk. 7%) to połączenie faszerowanej wiśniami czekolady z leciutko spoconym koniem w tle. W smaku robi się bardziej palono i ziemiście, zarazem jednak piwo ma gładką fakturę. Mimo stosunkowo smukłego ciała oraz niezbyt imponującej głębi w smaku jest to piwo umiejętnie skomponowane i smaczne. (6,5/10)

ReCraft Bourbon Bock (ekstr. 19%, alk. 8%) można śmiało określić mianem koźlaka parkietowego. Dominacja drewna jest wszechogarniająca, brązowe nuty słodowe pełnią jedynie rolę uzupełniającą. Przy czym pomijając bardzo subtelną wanilię nie jest to typowo bourbonowy melanż kokosowo-wanilinowy, głównym skojarzeniem jest bowiem właśnie drewniany parkiet. No i mimo wszystko, mimo jednowymiarowości i osobliwego profilu drewna, dobrze się to pije. (6,5/10)

Z całej trójki zdecydowanie najlepiej wypadł Winter Ale (ekstr. 21%, alk. 8,5%), co zaskakuje, spodziewałem się bowiem przeładowanego korzeniami ulepka, tymczasem piwo zrobiono z odpowiednim wyczuciem. Niespodziewanie orzechowe, słodowe, rodzynkowe, z nutami świątecznych śliwek i bardzo umiarkowanej korzenności. Przyprawy wprowadzają trochę becherovkowy klimat (ja lubię), a mimo słodyczy nie zapomniano o odpowiedniej goryczkowej kontrze. Świetne piwo, jeden z najlepszych świątecznych wywarów, jakie piłem. (7,5/10)

Prosty, uczciwy, wyraźnie nachmielony styl piwa, czyli pils, doczekał się interpretacji przez Gzuba. Gzub Pils (ekstr. 12%, alk. 5,1%) jest piwem prostym, uczciwym i wyraźnie nachmielonym. Pełno ziół i siana, podkreślona ziołowa goryczka, wycofane słody. Piwo prościutkie w konstrukcji, lekkie i rześkie. Nie spodobały mi się marchewkowe motywy w posmaku, ale wyszło naprawdę nieźle. (6/10)

Gorzej sztuczka wyszła Golemowi wespół z Czarnkowem. Ten Pils (ektr. 11,5%, alk. 4,7%) jest wyraźnie inny. Nachmielenie jest bardziej stonowane, ale ma też inny profil. Trochę ziół i trawy, ale i kwiatów czy owoców sadowych z rejonów gruszki. W smaku piwo jest wodnisto-kwaskowe, goryczka lekka do średniej. Przewija się trochę zapałki na poziomie minimalnym, nie przeszkadzając w piciu. Przeszkadza miałkość piwa, któremu brakuje siły i zdecydowania, a skoro jest już stonowane – to brakuje mu również gracji, która mogłaby je jakoś wybronić. Nie ma marchewki (to dobrze), ale piwo w takiej postaci jest kompletnie zbyteczne. (4/10)

Piaseczyńskie Pils (ekstr. 12%, alk. 5%) zaczyna się nieźle, ale szybko pikuje. Z początku pachnie niczym niemiecki pils – słodkim zbożem oraz pikantnymi nutami chmielowymi. Po lekkim ogrzaniu zboże wypiera chmiel, przekierowując piwo na trajektorię hellesa, a po dalszych kilku chwilach robi się dodatkowo trochę owocowo, czyli w zasadzie nieco eurolagerowo. Na domiar złego piwo jest wyraźnie słodkie, ale nie dysponuje godną wzmianki goryczką, zaś zagęszczający je dodatkowo słód żytni jest niepotrzebny, a w takiej konstelacji wręcz przeszkadzający. Nie smakowało mi wcale. (3,5/10)

Limanowskie Pils od Browars (ekstr. 12,5%, alk. 4,7%) jest z kolei tak nachmielone na goryczkę, że aż nieprzyjemnie cierpkie. Zapewnia to przeciwwagę dla słodyczy resztkowej, jakkolwiek mało umiejętnie. Poza tym piwo jest w bukiecie głównie słodowe, przy czym słodkie nuty zbożowe są dość męczące, zaś ponadprogramowe owocowe i kwiatowe nuty denerwujące. Mało umiejętnie skomponowane piwo, nie znajduję w nim przyjemności. (4/10)

Na delikatny wyłom w tym korowodzie pilsowych miernot zapowiadał się Pils z Browaru Jana (ekstr. 12,5%, alk. 5,6%). Nie jest to piwo wybitne, ale jest, a raczej byłby to uczciwy, nieźle wykonany lager. Ponownie na przedzie rządzi zboże, ale i ziołowe, lekko tytoniowe nuty chmieli naszych południowych sąsiadów są obecne, choć mocno w tle. Profil w tym piwie jest stosunkowo czysty, nie jest tak owocowe jak piwa powyżej. Jest się jednak do czego przyczepić – dość rachityczna goryczka, która pilsowi nie przystoi, czy delikatny sznyt kukurydziano-marchewkowy. I jeszcze dziwne ciemne nuty w połowie drogi między spalenizną a sosem sojowym, które są ostatnią rzeczą, jakiej się tu spodziewałem. No, więc tych rzeczy, do których się przyczepiam, jest całkiem sporo. Słabo to sumarycznie wyszło. (4/10)

Jak sobie ze stylem poradził Szpunt? Pils (ekstr. 12%, alk. 5%) jest, co trzeba uczciwie przyznać, wprawdzie tak jak poprzednie piwa w tym wpisie dość zbożowy, ale przy tym przynajmniej w miarę nachmielony, co manifestuje się w postaci lekkiej ziołowości, ale i subtelnej ziemistości. Profil jest dość czysty, ale problemem piwa jest zbyt duża słodycz resztkowa przy zbyt słabej goryczce. Nie spina się to do końca. Średnie. (5/10)

Piłkarskie Złoto od Radugi (ekstr. 12%, alk. 5%) jest jednak gorsze niż średnie. Trochę zboża, trochę kartonu, trochę szmacianych nutek, trochę trawiastych i trochę owocowych. Do tego stosunkowo przyciężkawe ciało, brak podkreślonej słodyczy resztkowej, ale i niemalże brak goryczki. Chmiel ginie pod naporem nijakości. Nie ma się co rozwodzić nad tym wprawdzie nie wodnistym, ale męczącym gniotem na poziomie Połczyna-Zdroju. (2,5/10)

Rozczarowującym mini-przeglądem craftowych (bieda)pilsów kończę na dziś. Niski poziom craftowych pilsów był minionego roku jednym z moich głównych branżowych rozczarowań. W zasadzie mógłbym większość ich producentów odesłać na korepetycje do Redenu i Łańcuta. Odnośnie pozostałych piw w przeglądzie – ReCraft, Browar Mariacki, Pinta, Trzech Kumpli, Rockmill i Łańcut zaserwowali piwa zdecydowanie ponadprzeciętne, solidnie wypadł też Hoppy Beaver. Reszta gorzej.

slider 1318297887252163285

Prześlij komentarz

emo-but-icon

Strona główna item

Popularne wpisy (ostatni miesiąc)